Goście

środa, 17 lipca 2019

Związki internetowe

Wracałam sobie właśnie z przedłużonego weekendu z mężem, kiedy naszła mnie refleksja, że nie ufam związkom internetowym. I mówię to z pełną świadomością, że w najbliższym otoczeniu mam dwie pary, które tak zaczynały, a teraz są szczęśliwe (lub dobrze udają) w RL. 
Nie mam tu bynajmniej na myśli samego poznania się przez internet - internet jest tak samo dobrym miejscem do nawiązywania znajomości, jak cokolwiek innego. Mówię o budowaniu związku przez internet, planowaniu wspólnej przyszłości, a nawet planach matrymonialnych na tej podstawie.

Pominę tu najbardziej oczywisty argument czyli oszustwa internetowe, bo to chyba oczywiste. 

Tak naprawdę nie ufam związkom internetowym, bo łatwo można się oszukać samemu. Łatwo paść ofiarą myślenia życzeniowego, zebrać okruchy informacji i ułożyć w obraz, który się nam podoba i przegapić fakt, że rzeczywistość jest trochę inna. Wynika to z tego, że przez internet poznajemy tylko wycinek pewnej osoby: to co ona nam o sobie powie, to co zechce nam pokazać, to co my z tego zrozumiemy. Nie ma za bardzo możliwości zweryfikowania tego obrazu z rzeczywistością, co jest naturalnym procesem zachodzącym non-stop w znajomościach toczących się w RL. Bo do tego jest potrzebna obserwacja człowieka w codziennym życiu. Tak po prostu. Czy kasuje bilet w autobusie, czy mówi 'dzień dobry' wchodząc do sklepu, czy daje napiwek, czy odpisuje na smsy będąc na randce, jak odnosi się do innych ludzi, jak traktuje koleżanki, kolegów, czy ogląda się za ładnymi kobietami na ulicy, czy ma pedantyczny porządek, czy może poza zasięgiem kamery nowa cywilizacja rozwija kolonie na starych talerzach... I tak dalej, wiadomo o co chodzi. I o ile rozmowy są bardzo ważne, pozwalają poznać czyjeś wnętrze, jego przekonania, ideały, wartości, marzenia, cele, plany to jednak (powtórzmy wszyscy razem): czyny znaczą więcej niż słowa. Już o tym pisałam poprzednio: co komu po najpiękniejszych słowach, jeśli nie mają odzwierciedlenia w czynach?
Ale do rzeczy. Jak to się wszystko ma do mojego weekendu? Ano tak, że związek przez internet, to raczej związek na odległość. Oczywiście są spotkania, jedno jeździ do drugiego na weekendy lub urlopy. "Przecież poznałam go osobiście, byłam u niego 3 razy, wiem jaki jest" można często usłyszeć. I wiecie co? No nie.
Z Szalonym Naukowcem byliśmy ze sobą ponad 4 lata, a mieszkaliśmy razem niecałe 4, kiedy dostał postdoc za granicą i zaczął spędzać tam nieprzyjemnie dużo czasu. Teraz, kiedy jesteśmy razem głównie w weekendy (na szczęście już niedługo), widzę, jak to się różni, od wspólnego spędzania czasu wcześniej. Jakbyśmy wpadali w specjalny tryb randkowy: mieszkanie jest posprzątane przed moim albo jego przyjazdem, zakupy zrobione, a my skupiamy się na nadrabianiu zaległości kinowych albo w życiu towarzyskim, chodzimy na długie spacery, oddajemy się różnym rozrywkom jadamy na mieście. Staramy się zmieścić w ciągu weekendu wszystkie fajne rzeczy, które miałyby miejsce w ciągu "straconych dni". Siłą rzeczy nie da się wcisnąć wszystkiego. Dlatego nie robimy tego, co zwykle robimy sami ze sobą w wolnym czasie - co na dłuższą metę by na pewno nie zadziałało, bo każde z nas potrzebuje przestrzeni dla siebie. Nie ma złych humorów, nie ma kłótni o to kto pozmywa gary. Nikogo nie interesuje pranie, sprzątanie ani w ogóle jakiekolwiek obowiązki. Nie mówiąc o ich podziale A większość bardziej problematycznych, nieprzyjemnych albo po prostu nudnych spraw czeka na koniec weekendu.
A normalne życie przecież tak nie wygląda.
Kryzysy w pracy, stresy, problemy finansowe, awarie, choroby, wypadki, rodzina albo znajomi potrzebujący pomocy, sprawy urzędowe, wizyty lekarskie, organizacja domu, imprez, remontów i przemeblowań i cała masa innych rzeczy różnego kalibru dzieje się pomiędzy spotkaniami. I oczywiście można być w tym razem, wspierać się (na odległość), ale spontaniczne reakcje drugiej osoby na to wszystko (które mówią o człowieku tak wiele) często odbywają się gdzieś poza naszym zasięgiem. Jak można poznać się bez tego?
Ona może nigdy się nie dowiedzieć, że on w stresie rzuca przedmiotami o ścianę albo nigdy nie sprząta, nie robi prania ani nie gotuje, bo to domena kobiety.
On może nie odkryć, ze ona każdy problem lubi przegadać z siostrą przez telefon i że te rozmowy odbywają się codziennie i trwają godzinę, a w jej szafie kryją się dziesiątki ubrań kupionych na poprawę samopoczucia i nigdy nie noszonych. I tak dalej.
Większość przykładów jakie tu podaję to proste sprawy, z którymi większość par świetnie sobie radzi. Brudne naczynia, różnice zdań w kwestii napiwku - no jakie to ma znaczenie, gdy ludzie się kochają? Pewnie niewielkie. To tylko przykłady, które - podobnie jak wiele innych rzeczy, także tych ważniejszych, które podlegają temu mechanizmowi - sumują się w bogaty, pełen szczegółów i różnych odcieni, obraz człowieka. Oczywiście nie trzeba jakości 4k żeby rozpoznać twarz. Pewnie wystarczy XGA (jakby ktoś nie wiedział XGA to rozdzielczość 1024x768, podczas gdy 4k to: 4096x3112 - dowiedziałam się tego dzisiaj). Ale czy budowanie planów na przyszłość w oparciu o obraz XGA, zamiast 4k jest rozsądne? Jak wiecie gorąco wierzę w teorię, że kluczem do dobrego związku jest dobre dobranie partnera, a to oparte jest na jego dogłębnym poznaniu. Dlatego zdecydowanie opowiadam się za 4k
PS. Nie mówię, że naprawdę dobre poznanie kogoś w jakości 4k przez internet jest niemożliwe. Nie jest. Ale jest niezwykle trudne i - moim zdaniem - po prostu bardzo rzadkie.

czwartek, 4 lipca 2019

Czyny mówią więcej niż słowa

"Mówił, że zrobi dla mnie wszystko, choć nie zrobił nawet kawy rano" przeczytałam w zajawce artykułu Wysokich Obcasów na temat rozstań i przypomniało mi się moje ulubione powiedzenie "czyny znaczą więcej niż słowa".
Słowa są fajne. Można dzięki nie mu przekazać swoje myśli, swój stan ducha, poglądy, przekonania innej osobę. Dokładnie się wyrazić. Słowami można też powołać do życia całe nowe światy, tworzyć historie. Niekoniecznie istniejące w rzeczywistości.
Dawno, dawno temu miałam chłopaka. Nazwijmy go eS (jak eks). S miał gadane. Potrafił świetnie wykręcić kota ogonem i przegadać mnie na wszystkie strony i zawsze znaleźć dla wszystkiego jakieś pokręcone uzasadnienie. Ach jak on mnie kochał, jak mu zależało, jak planował ze mną wspólną przyszłość, jaki był wspaniały: pracowity, otwarty*, tolerancyjny, godny zaufania... w gębie. A ja wierzyłam. Sporo czasu zajęło mi dojście do wniosku, że dopóki nie idą za nimi czyny, słowa pozostają tylko... pustymi słowami i niczym więcej. I że mam prawo oczekiwać czynów, a nie tylko gadania. Oraz, że człowiek potrafi powiedzieć na swój temat naprawdę różne rzeczy, aby przedstawić się w pożądanym świetle, a obraz, który kreuje może bardzo różnić sie od rzeczywistości. I to nawet nie zawsze musi być celowe kłamstwo, ale zwykłe koloryzowanie żeby przedstawić się w lepszym świetle (typowe na początku romantycznej znajomości) albo przedstawianie mylnego wyobrażenia na swój temat. Chyba żaden człowiek nie widzi siebie w sposób obiektywny, ale niektórzy wykazują się naprawdę silnym myśleniem życzeniowym - ale to już temat na inny post. Do rzeczy.
Co z tego, że mówi, że jest tolerancyjny i ma otwarty umysł*, jeśli przeszkadzają mu twoje szorty albo bluzka na ramiączkach?
Co z tego, że mówi, że jest gotów ciężko pracować na waszą wspólną przyszłość, jeśli nic nie robi, bo żadna praca nie jest dla niego dość dobra?
Co z tego, że mówi, że jesteście partnerami, jeśli po pracy zasiada na kanapie a ty ogarniasz sama wasz wspolny dom?
Co z tego, że mówi, jak bardzo cię szanuje, jeśli spóźnia się na umówione spotkania i nie dzwoni wtedy, kiedy obiecał?
Co z tego, że mówi, że chce się tobą opiekować i o ciebie dbać, jeśli nawet nie przychodzi mu do głowy zaproponować, że odprowadzi cię wieczorem do domu, albo zrobić ci zakupy, gdy jesteś chora?
Co z tego, że mówi, że cię wspiera, jeśli jednocześnie oczekuje, że porzucisz pracę, która jest dla ciebie ważna i zajmiesz się domem?
Co z tego, że mówi, że ci ufa, jeśli nie chce żebyś wychodziła wieczorem z koleżankami?
Co z tego, że mówi, że chce spędzać z tobą czas, jeśli jednocześnie nie podejmuje wysiłku ani inicjatywy żeby się z tobą spotkać albo porozmawiać przez telefon?
Co z tego, że mówi, że mu na tobie zależy jeśli nie dba o zaspokojenie twoich potrzeb?
Co z tego, że mówi, że możesz na nim polegać jeśli nie dotrzymuje słowa?
Co z tego, że mówi, że uwielbia z tobą rozmawiać, jeśli jego inicjatywa w rozmowie ogranicza się do "jak minął ci dzień"?
Co z tego, że mówi, że możesz na niego liczyć, jeśli nie ma go przy tobie, gdy go potrzebujesz?
Co z tego, że mówi, że zrobiłby dla ciebie wszystko, jeśli nie robi nawet kawy?
* nie wiem jak wy, ale ja nie znoszę określenia "open-minded". Kiedy słyszę, jak ktoś mówi o sobie "I'm open-minded" dostaję reakcji alergicznej. Może dlatego, że jeszcze nigdy nie spotkałam osoby, która by faktycznie była "open-minded" i użyła tego określenia pod swoim adresem.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Zanzibar 4 czyli refleksje po podróży

Nasz miesiąc miodowy dobiegł końca. Było fantastycznie! Może czasami planuję nieco nadmiernie albo za bardzo przejmuję się szczegółami, ale co z tego, jeśli dzięki temu wyjazd udał nam sie w 100%? Hotele, które wybraliśmy w pełni zaspokoiły nasze potrzeby, spędzaliśmy czas ciekawie i przyjemnie, ani przez chwilę nie robiliśmy czegoś co by się nam nie podobało, nawet przez chwilę się nie nudziliśmy. I tak sobie teraz siedzę i myślę, że planowanie planowaniem, ale chyba najważniejszą rzeczą w udanym wyjeździe jest właściwe towarzystwo: osoba, która interesują podobne rzeczy, która podobnie odbiera świat i podobnie lubi spędzać czas.
Ludzie bardzo różnie podchodzą do podróży. Jednych interesują wykwity najnowszej cywilizacji, wielkie, tętniące życiem metropolie, które nigdy nie śpią. Innych ślady zamierzchłych kultur i cywilizacji. Jeszcze innych sztuka, jedzenie, lokalna ludność wraz z jej kulturą i trybem życia, albo przyroda. Fajnie podróżować z kimś, z kim dzielimy te preferencje. Ja na przykład chyba bym sie zanudziła na wakacjach z kimś, kto cały czas najchętniej spędziłby nad basenem. Albo chodząc po galeriach sztuki. Bądź też handlowych.
Chyba jeszcze ważniejsze od zbieżnych zainteresowań jest to, aby towarzysz podróży był osobą na której można polegać. Kimś kto wróci po ciebie, gdy fale zniosły cię daleko od łódki albo zamieni się z Tobą maską do snoreklingu, bo Twoja przecieka. Kimś kto poniesie dodatkowo twój plecak, kiedy oparzysz sobie ramiona i kto odprawi tubylca zagadującego cię o zmierzchu w pustej uliczce. Kimś kto mimo zmęczenia wstanie w nocy i zasłoni zapomnianą moskitierę dookoła łóżka, bo wie, że nie możesz spać kiedy niedaleko bzyka komar i zadba i poda ci lekarstwo jeśli się rozchorujesz. Kimś kto znajdzie drogę, gdy zgubicie się na jakimś pustkowiu, albo zachowa zimną krew, kiedy ty spanikujesz i kto (w przeciwieństwie do ciebie) nie da się podpuścić i naciągnąć na kasę.
W podróży poznajemy drugiego człowieka na zupełnie innym poziomie i w zupełnie inny sposób niż spotykając się z nim, a nawet mieszkając razem. Można odkryć wiele nowych rzeczy na temat partnera spędzając ze sobą non stop mnóstwo czasu, często na ograniczonej powierzchni i w warunkach innych, niż te do których przywykliśmy, znajdując się w zupełnie nowych sytuacjach stresowych i daleko poza strefą komfortu. Odkrywamy, czy partner jest otwarty na nowe kultury, ludzi i świat, czy niekoniecznie. Odkrywamy, czy w sytuacji stresowej i niekomfortowej reaguje konstruktywnie, czy też może zaczyna się denerwować i wyładowywać na otoczeniu? A może zamyka się w sobie, wycofuje? Czy jest elastyczny, gotowy łatwo zmieniać plany i dostosowywać się do preferencji drugiej osoby, czy wymusza robienie wszystkiego po swojemu? Czy ciągle cos mu sie nie podoba i narzeka na wszystko od zachowania lokalnej ludności względem turystów przez pogodę po jedzenie, czy pozytywnie podchodzi nawet do lekkich niedogodności?
Wspólna podróż potrafi niesamowicie zbliżać. Nowe przeżycia, doświadczenia, piękne miejsca, pyszne jedzenie są po prostu lepsze razem ale także zbliżają. Ale równie dobrze wspólna podróż może obnażyć problemy w związku. Bo jest ona takim trochę zawołaniem "sprawdzam!" - weryfikuje, czy to co nam się wydawało, albo co druga osoba nam o sobie mówiła, jest prawdą, czy może iluzją?


poniedziałek, 24 czerwca 2019

Zanzibar 3

Ten moment, kiedy siedzisz sobie na werandzie bungalowu, słuchasz szumu fal i patrzysz na nowy dzień budzący się nad oceanem. I myślisz sobie, że razem tworzycie genialną drużynę, a godziny poświęcone na wspólne planowanie podróży opłaciły się stokrotnie, bo wyjazd jest (jak dotąd) idealny


czwartek, 20 czerwca 2019

Zanzibar 2 - dziwne dialogi


Podczas spaceru po Zanzibar City zaczepił nas dziś kolejny tubylec.
- Jambo! - zakrzyknął, jak oni wszyscy. W Swahili znaczy to "cześć".
- Jambo - odpowiedzieliśmy.
Następnie nastąpiła standardowa wymiana zdań a propos tego, czy szukamy taksówki (nie, jesteśmy na spacerze), to może później (nie, mamy wynajęty samochód), wycieczki do Prison Island (nie, już byliśmy) albo przewodnika (nie, dziękujemy). Potem tubylec przystąpił do wypytywania o nasze plany na wieczór, bo on może nam polecić świetną knajpę. Fakt, ze już mamy plany go wcale nie zniechęcił: przeszedł do kolejnego standardowego punktu rozmowy, mianowicie zapytał skąd przyjechaliśmy. Jak zawsze odpowiedzieliśmy, że z Polski. Większość w tym momencie prezentuje znajomość kilku polskich słów (Zanzibar najwyraźniej zrobił się popularnym kierunkiem wakacyjnym) albo dzieli się uwagami o tym, jacy Polacy są fajni (jakby pozytywna ocena mojego narodu miała mnie zachęcić do oferowanych usług). Ten pan jednak był z tych bardziej dociekliwych. Obrzucił wnikliwym spojrzeniem twarz Szalonego Naukowca i zapytał skąd on oryginalnie pochodzi. Na wieść, ze z Maroka, najpierw wygłosił kilka zwrotów w dialekcie egipskim, a następnie przyjrzał się mi i zapytał: czy w Polsce kobietom wolno się mieszać z mężczyznami innych narodowości.
#wtf

Podróż poślubna - Zanzibar

Zanzibar, w przeciwieństwie do Tanzanii, jest w większości muzułmański. Chodząc po uliczkach można usłyszeć muezina nawołującego do modlitwy - chociaż nie widziałam żeby ktokolwiek na to wezwanie reagował, jak to jest w Maroku. Wiele kobiet chodzi mniej czy bardziej zakrytych (chociaż tzw kobiet-ninja nie ma zbyt wiele, przynajmniej nie w Zanzibar City). Spacerując w okolicach zachodu słońca nadbrzeżem lub plażą, widać cale mnóstwo młodych chłopców grających w piłkę, ćwiczących (tak, biegają, przetaczają oponę, robią pompki, przysiady itp), albo zabawiających się w skoki do wody - i ani jednej dziewczyny. Zastanawiam się co one robią w tym czasie?
Lokalna ludność, żyjąca z turystów uprawia skrajnie bezpośredni marketing: turysta non-stop jest zaczepiany przez kolejnych tubylców zachęcających, czasem w bardzo nachalny sposób do skorzystania z ich usług w zakresie organizacji wycieczek, przejazdu taksówką, zakupu pamiątek itd. Na dłuższą metę jest to dla mnie raczej męczące. Ale wiecie co? Ze względu na to,ze jest to społeczność muzułmańska, zaczepiają wyłącznie mojego małżonka, który w ciągu dwóch dni został bratem i przyjacielem polowy mieszkańców miasta, podczas gdy ja wędruję sobie dalej prawie bez zakłóceń. #tyleWygrac

wtorek, 11 czerwca 2019

Przedślubne tradycje

Jak może wiecie nie jestem wielką fanka przestrzegania tradycji. Uważam, że warto przestrzegać tylko tych, które cos dla nas znaczą, albo które lubimy, a nie tych, które są nam narzucane "bo zawsze tak było albo "bo tak wypada".
Jako osoby niezwykle doświadczone w organizacji ślubów, zaczęliśmy tworzyć z Szalonym Naukowcem własne przedślubne tradycje. Niektóre są fajne: przed ślubem 1.0 byliśmy bardzo zaganiani i mocno zestresowani (mieliśmy w końcu tylko 6 tygodni na ogarnięcie wszystkiego od urzędu, przez wizy zaproszenia w Urzędzie Wojewódzkim, bilety lotnicze i zakwaterowanie dla jego rodziny, obiad wraz z menu, ciuchy, fryzurę, makijaż itd.). Ostatniego dnia, wymknęliśmy się wszystkim i udaliśmy się zobaczyć premierowo drugą część Fantastic Beasts. Przed ślubem 2.0, na który mieliśmy znacznie więcej czasu, robimy sobie prawdziwy maraton filmowy. Wczoraj byliśmy na Aladynie, dziś idziemy na Godzillę oraz Brightburn: Syn Ciemności. Zagadka: przyporządkuj tytuł filmu do osoby, która się uparła żeby go obejrzeć.
A wracając do tradycji - najwyraźniej tradycje, których się nie lubi są nieuniknioną częścią życia. W moim przypadku taką tradycja jest obcieranie sobie stóp na kilka dni przed ślubem.

sobota, 1 czerwca 2019

Okołoślubnego zderzenia kulturowego ciąg dalszy

Pamiętacie nadprogramowe 8 osób, które objawiły się niespodziewanie jakieś 6 tygodni przed ślubem? O te.
W ciągu kolejnych kilku dni, po wnikliwej weryfikacji okazało się, że liczba 8 była bardziej wyobrażeniem lub myśleniem życzeniowym mojej teściowej niż rzeczywistością. Ostatecznie stanęło na trzech. Hurra.
Dodaliśmy więc te trzy osoby do listy i - zgodnie z umową, jaką mamy z salą - podaliśmy ostateczną liczbę gości plus rozbicie na opcje jedzeniowe (a mamy trzy różne opcje ze względu na różne ograniczenia dietetyczne gości) miesiąc przed ślubem. Sala pozwala na zmiany w liczbie gości do 14 dni przed imprezą – czyli do jutra.
W związku z tym dwa dni temu kazało się, że z nadprogramowych trzech osób dwie jednak nie przyjadą….
A dziś rano okazało się, że za to jakaś inna osoba chce przyjechać. Ale jeszcze nie wie, czy będzie mogła, bo w sumie to ma inne plany też i będzie aplikować o wizę do Tajlandii i nie wie czy odbierze paszport na czas. Ale spoko, da znać przed ślubem.
Moja potrzeba kontroli wzięła się pod rękę z moim OCD i poszły planować zemstę. Tylko nie wiem jaką, skoro zrobienie tego samego przed Ślubem 3.0 na nikim nie zrobi wrażenia, bo tam to tzw business aa usual
Na szczęście są koleżanki i wiedzą jak poprawić człowiekowi humor

Image may contain: shoes

środa, 29 maja 2019

O tym jak omal nie zostałam wdową przed Ślubem 2.0 czyli: różnice kulturowe są groźne dla życia i zdrowia (psychicznego).

Tytułem wstępu: Wiecie jak organizuje się ślub i wesele w Polsce? Zajrzałam ostatnio na forum ślubne i pierwsza dyskusja, która mi się rzuciła w oczy była poświęcona temu czy już zaczynać wszystko załatwiać na ślub w roku 2021, czy może zaczekać do po wakacjach? Zdecydowana większość komentarzy sugerowała że jest niemal za późno.

 Więc jakby ktoś się zastanawiał: ślub i wesele w Polsce to duża operacja logistyczna. Najlepsze (choć nie wiem w jaki sposób to jest definiowane) sale, fotografowie i zespoły prowadzą kalendarz na 2-3 lata w przód. Serio. Suknie ślubne zamawia się z wyprzedzeniem ok 8-10 miesięcy albo i większym, pół roku to już bardzo krótki termin. Kobiety na forach dyskutują o winietkach, prezentach dla gości, makijażach, fryzurach i milionie innych detali na wiele, wiele miesięcy przed dniem Ś. 
Pierwsza rzecz, która usłyszałam od doświadczonych w temacie koleżanek na wieść o naszych zaręczynach - zaraz po "Gratulacje, to kiedy ten ślub?" było "Już za rok?? to musicie NATYCHMIAST zacząć załatwiać salę!". Cóż, tak też zrobiliśmy. Załatwiliśmy salę, wysłaliśmy save-the-dates (zwłaszcza, że nasi goście rozsiani są po całym świecie i wielu potrzebowało sporego wyprzedzenia) i umówiliśmy fotografa. Potem trochę nam przeszło. Nawet jak dla mnie - maniaczki planowania, organizacji, tabelek w Excelu i robienia planów B, C i D - to było za duże wyprzedzenie. Niemniej pod koniec marca mieliśmy potwierdzonych prawie całą listę gości, wybrane menu w trzech wersjach i dość konkretną wizję całości.
W jakimś momencie teściowa zapytała, czy może zaprosić kilka najbliższych osób z rodziny. Zgodziliśmy się, ale nie spodziewaliśmy, że coś z tego wyniknie (bo komu się będzie chciało tyle wydawać i tak daleko jechać skoro za kilka miesięcy będzie Ślub 3.0 czyli Nasze Wielkie Marokańskie Wesele?). Zgodnie z przewidywaniami, większość zaproszonych osób odmówiła. Temat ucichł. 
Nie przyszło mi do głowy (bo i skąd?) ani nie przyszło do głowy Szalonemu Naukowcowi (który najwyraźniej tymczasowo stracił zdolność myślenia), że to nie koniec.

I tak sobie mijał czas, plany nabierały kształtów i wypełniały się detalami, termin podania ostatecznej liczby gości managerowi sali zbliżał się wielkimi krokami, kiedy nagle okazało się, że moja teściowa była uprzejma nie wspomnieć, że spodziewa się jeszcze tak z 8 osób. Ale w sumie to jeszcze nie wie, bo te osoby nie potwierdziły, ale tez nie odmówiły więc ona myśli, że może przyjadą.
Na 6 tygodniu przed weselem. 
Na tydzień przed ostatecznym deadlinem na podanie liczby gości. 
Przy kilku tygodniach czekania na spotkanie żeby aplikować o wizę i 2 tygodniach czekania na decyzję. 
Ona myśli, że może OSIEM osób jeszcze dojdzie.

I w taki własnie sposób dowiedziałam się, że w Maroku nikt nie prowadzi listy gości. W Maroku dania na weselu serwowane są na wielkich półmiskach czy też w wielkich tajinach i każdy sobie nakłada ile chce. W Maroku jedzenia jest zawsze dużo za dużo, miejsce i talerz zawsze się znajdzie więc w sumie: o, poznałam fajnych ludzi na ulicy, chodźcie, wpadnijcie jutro na moje wesele, i zabierzcie znajomych.
Tak własnie wyglądają różnice kulturowe.
I tak własnie giną nierozważni mężowie, którzy nie biorą pod uwagę, że zderzenie marokańskiego luzu i polskiego zostały-tylko-dwa-lata-już-niemal-za-późno-żeby-to-ogarnąć oraz mojego niemal obsesyjnego zamiłowania do planowania z wyprzedzeniem, to przepis na katastrofę.

wtorek, 14 maja 2019

Jakie tematy poruszać z ukochanym zanim podejmie się decyzję na temat wspólnej przyszłości

Na jednej z grup o związkach multi-kulti padło ostatnio pytanie, o to jakie tematy poruszać z ukochanym zanim podejmie się decyzję na temat wspólnej przyszłości. Pytanie zadała dziewczyna, będąca w internetowym związku na odległość z Algierczykiem. Uważam, że to świetne pytanie, którego chyba nie zadaje sobie wystarczająca ilość osób w związkach, zwłaszcza mieszanych i ZWŁASZCZA nawiązanych przez internet.

W ogóle nie wierzę w związki przez internet. Uważam, że jako narzędzie do nawiązania znajomości internet jest tak samo dobry jak klub, speed dating czy biblioteka (chociaż dla mnie osobiście to w ogóle nie działa), ale należy znajomość błyskawicznie przenieść do realnego świata i tam kontynuować. Uważam, że prawie niemożliwe jest poznać człowieka naprawdę, ale tak naprawdę dobrze przez internet (mam w najbliższym otoczeniu taki przypadek, ale bardzo specyficzny i tylko utwierdzający mnie w przekonaniu, że jest to niezwykle trudne i tak rzadkie, że nieistotne statystycznie).

No ale to temat na inny post, nie o tym chciałam dziś pisać.
Jak już może wiecie, uważam, że kluczem do udanego związku jest dobre dobranie się, a ono wymaga naprawdę dobrego poznania drugiej osoby. Jest to ważne w każdym związku, ale być może w związkach mieszanych: jeszcze ważniejsze. Po pierwsze dlatego, że potencjalnie możemy mieć do czynienia z naprawdę poważnymi różnicami kulturowymi – a te sięgają znacznie, znacznie głębiej niż kuchnia, muzyka i styl ubierania się i często nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Po drugie dlatego, że funkcjonując w obrębie tych samych kodów kulturowych łatwiej jest pewne rzeczy wyłapać. Np. jeśli ktoś ma koszulkę z napisem „nie czytam Gazety Wyborczej” albo napis "piekło kobiet" w profilówce, to od razu wiemy – ze sporą dozą uproszczenia, ale zawsze - z jakimi poglądami mamy do czynienia. W przypadku człowieka z innego kraju nie ma takich dróg na skróty.

Długo o tym myślałam i w efekcie poniżej znajdziecie moją niezwykle subiektywną listę spraw (kolejność przypadkowa), których trzeba się koniecznie dowiedzieć o partnerze i z nim omówić zanim zdecydujemy się na wspólną przyszłość. Pomijam tu cechy temperamentu i osobowości.

  • Zasady i wartości, czyli jakimi zasadami on się kieruje w życiu i skąd te zasady się wzięły - czy są religijne, czy oparte na tradycji, na utartych społecznych schematach typu "kobieta powinna dobrze gotować, "prawdziwy facet nie okazuje emocji", na własnej analizie i refleksji, czy jeszcze na czymś innym;
  • Religia. Po pierwsze: jaką wyznaje i jaki ma do niej stosunek, na ile przestrzega jej zasad oraz jaki ma stosunek do innych i tego jak oni ich przestrzegają, a także jaki ma stosunek do religii swojej partnerki, jakie ma oczekiwania w kontekście religii potencjalnych dzieci.
    Warto też poruszyć temat obchodzenia świąt: jeśli planujecie życie w twoim kraju, a jesteście różnego wyznania, warto omówić udział partnera w obchodzeniu świąt z twoją rodziną (czy przyjdzie na kolację wigilijną, czy weźmie udział w komunii kuzynki), ale też: czy on będzie chciał obchodzić swoje święta i w jaki sposób. Jeśli jesteście jednego wyznania wcale nie będzie łatwiej, bo czekają Was spory o to z czyimi rodzicami spędzić święta.
  • Preferowany model rodziny, rola mężczyzny i kobiety w związku i w świecie. Czasy się zmieniają w jednych miejscach szybciej niż w innych. Dla niektórych partnerski model rodziny jest czymś oczywistym, dla innych oczywistością jest model tradycyjny. Różnice na tym polu wcale nie się specyficzne dla związków mieszanych, ale w nich potrafią być jeszcze bardziej widoczne. Dlatego warto zwrócić uwagę na jego stosunek do obowiązków domowych: czy wg niego to domena kobieca? Czy sam z siebie ogarnia zmywanie, zakupy itp czy czeka aż ty to zrobisz lub wydasz mu instrukcję?
    A jak funkcjonuje jego rodzina? To jest ważny punkt odniesienia, bo ludzie często traktują funkcjonowanie domu rodzinnego, jako coś oczywistego i przenoszą to potem do swojego związku. Oczywiście nie jest tak, że nie da się nad tym pracować, ale to już zupełnie inna sprawa. A jak on podchodzi do twojej pracy? Czy wspiera twój rozwój zawodowy, czy też może uważa, że powinnaś zajmować się domem i dziećmi?
  • Zarządzanie budżetem i stosunek do pieniędzy. Po pierwsze kto wg niego powinien zarabiać na dom, a kto zarządzać pieniędzmi. Po drugie jaki jest jego stosunek do pieniędzy (oszczędny? wydaje lekką ręką? ma długi? jest sknerą?) I po trzecie: jak wyobraża sobie, że będzie planowany i kontrolowany wasz przyszły wspólny budżet?
  • Relacje z rodziną. Jakie są jego relacje z rodziną, czy ma ona na niego duży wpływ, jaki on ma stosunek do mieszkania z rodziną, do ich wizyt (zwłaszcza jeśli będziecie mieszkać w innych krajach i nie będą to wizyty na herbatkę), wysyłania prezentów i kasy oraz do ingerencji rodziny w wasze przyszłe życie.
    Rola rodziny w innych kulturach może różnić się od tej, którą znamy i często kobiety są zaskoczone tym, jak duży ma ona wpływ na różne rzeczy (bywa, że związki się rozpadają, bo rodzina chce ożenić syna z kobietą z jego kraju albo nie akceptuje jego wybranki) albo tym, że facet wysyła regularnie wysokie kwoty nawet kosztem żony i dzieci.
  • Plany na przyszłość, preferowany styl życia. Gdzie chce mieszkać? Jakie są jego plany zawodowe, jego stosunek do pracy w ogóle i do ewentualnej pracy nie w zawodzie, a nawet pracy fizycznej? Jakie ma ambicje zawodowe i pomysły biznesowe? Wielu imigrantów po przyjeździe do Europy ma problem ze znalezieniem pracy w zawodzie. W Polsce trzeba się liczyć z długim okresem, kiedy on nie będzie mógł pracować czekając na kartę pobytu i z tym, że będzie musiał zaczynać karierę od nowa, a może i pracować np w kebabie albo restauracji. Nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, wiele osób widzi Europę jako krainę mlekiem, miodem i pracą płynącą.
    Warto też wrócić uwagę na to jaki tryb życia chcecie prowadzić (wielkomiejski, pełny imprez, a może spokojny w domku z ogródkiem), jak ważne dla obojga jest życie towarzyskie, na jakiej stopie finansowej chcielibyście żyć (skromnie czy rozrzutnie), jak chcecie spędzać wspólny czas (na kanapie oglądając telewizję, czy może biegając od spotkania do imprezy i od hobby do hobby) i ile każde z was potrzebuje czasu dla siebie i czasu razem - niedopasowanie pod tym względem może być bardzo męczące. 
  • Potencjalne dzieci. Czy i ile miałoby ich być, a także ich wychowanie na różnych etapach. Wiele różnic kulturowych daje o sobie znać w momencie, kiedy na świecie pojawia się dziecko. Nawet tylko polski internet pokazuje jak bardzo różnią się opinie na wszystkie dzieciowe tematy - a w innych krajach mogą być one jeszcze inne.
    Warto się dowiedzieć co on myśli o np diecie matki karmiącej piersią, zwłaszcza jeśli jest muzułmaninem: niektórzy mężczyźni naciskają, żeby kobieta karmiąca ich dziecko nie jadła wieprzowiny, o swojej roli w opiece nad niemowlakiem (niektórzy mężczyźni i to nie tylko z innych kultur, nie wyobrażają sobie zmieniania pieluch), przedszkolakiem itd; czy uważa, że dziecko powinno iść do żłobka i przedszkola czy siedzieć w domu z matką; jak chce je wychowywać, na co kłaść nacisk, jakie normy wpajać; kiedy by pozwolił dziecku samemu chodzić do szkoły, co myśli o chodzeniu potencjalnej córki na randki. Tak, to wiele lat do przodu, ale opinie na takie tematy dają niesamowicie dużo informacji o człowieku. 
  • Stosunek do samostanowienia. Innymi słowy: do twoich relacji z innymi ludźmi, do prywatności i do takich rzeczy jak strój. Warto zobaczyć jak on reaguje na twoje koleżanki i kolegów, na wyjścia bez niego, na to że masz swoje sprawy. Czy on ma koleżanki, lubi wychodzić bez ciebie i ma dużo swoich spraw? Co myśli o twoim samodzielnym podróżowaniu, jak podchodzi do twoich strojów (czy krytykuje krótkie spódniczki i dekolty, bo nie podoba mu się, że inni faceci się gapią?), czy chce znać twoje hasła do telefonu, fb i mieć wgląd w Twoje wiadomości?
  • No i wreszcie, chociaż to chyba przychodzi naturalnie: omówcie poglądy na wszystkie tematy, które są dla obojga ważne: od globalnego ocieplenia przez segregację śmieci czy szczepionki po aborcję - bardzo ciężko na dłuższą metę jest żyć z kimś kto ma całkiem inne poglądy na sprawy dla nas istotne. 


I na koniec bardzo ważna uwaga: komunikacja w związku to podstawa. Rozmowa jest niesamowicie ważna i nie rozumiem, jak można wchodzić w związki nie omawiając wielokrotnie i na rożne strony wszystkich ważnych tematów. Ale nie zapominajmy, że są ludzie, którzy powiedzą nam wszystko co chcemy usłyszeć (zwłaszcza jeśli nie mają do końca czystych intencji, ale też po prostu żeby zrobić dobre wrażenie). Jestem co prawda przekonana, że nikt nie potrafi ściemniać na temat swoich opinii, wartości i poglądów non stop. Jeśli rozmawiamy ze sobą dużo i na wiele tematów w końcu jednak wyjdzie szydło z worka - jeśli nie w bezpośrednim komunikacie (np "uważam że zajmowanie się domem to domeną kobiety"), to pośrednio: w tym jak mówi o innych rzeczach, innych osobach itd.
Ale po co ograniczać się do jednego źródła przekazu? Konfrontujmy to co słyszymy z tym co możemy zaobserwować "w praniu".