Tyle czasu już piszę o związkach mieszanych na wszelkie możliwe sposoby i od każdej możliwej strony - dziś pora na refleksję na temat tego czym związek mieszany różni się od niemieszanego?
Zauważyłam, że wiele osób wyobraża sobie tego typu relacje jako z definicji bardzo trudne, wymagające ciężkiej pracy, poświęceń, wyrzeczeń, rezygnacji z siebie, pełne problemów, konfliktów i zgniłych kompromisów. Nie zrozumcie mnie źle, faktycznie może tak być - ale po pierwsze nie musi, a po drugie, tak samo może być w każdej innej relacji. Bo związek mieszany to taki sam związek jak każdy inny. Może być szczęśliwy i nieszczęśliwy; udany i nieudany; rozwijający i podcinający skrzydła; spokojny i pełen konfliktów. Budują go dwie różne osoby, o różnych charakterach, doświadczeniach, z różnym bagażem. Mogą do siebie pasować, mogą się bardzo różnić - i tyle. Wszystko zależy od tego, czy dobrze się dobrały, czy nie - i jak z ewentualnym niedopasowaniem sobie radzą. I to jest cała filozofia.
Każdy człowiek ma swoje tradycje, przyzwyczajenia, sposoby funkcjonowania, nastawienia, opinie, wartości, światopogląd. Czasami trafiamy na osoby kompatybilne pod tymi względami, a czasami nie. Z pozoru wydaje się, że łatwiej o poznanie kogoś podobnego w ramach tego samego kraju, czy kręgu kulturowego - i pewnie na poziomie globalnym, uśredniając, nie jest to całkiem błędne założenie. Ale pamiętajmy o tym, że prawidłowości obserwowanych w skali makro, w skali grup, społeczności czy społeczeństw, nie należy przenosić na poziom jednostkowy.
Chociażby my: ja wychowałam się w Polsce, mój mąż w Maroku, a naszą kompatybilność oceniam na jakieś 90%. Wyznajemy te same wartości, mamy zbliżony światopogląd, dzielimy opinie na wiele ważnych tematów. Dla porównania: wcześniej miałam dwóch chłopaków z Polski i jednego z innego kraju i z każdym z nich więcej mnie dzieliło niż łączyło.
Naprawdę wierzę, że dobre dobranie się z partnerem to już połowa sukcesu jeśli chodzi o szczęśliwy związek. Dużo przecież łatwiej żyć wegance z wegetarianinem, niż z facetem, który nie wyobraża sobie posiłku bez mięsa, a w wolnych chwilach lubi polować, prawda? To samo dotyczy innych istotnych wartości czy stylu życia. Ja na przykład nie mogłabym żyć z człowiekiem o silnie konserwatywnych przekonaniach, przywiązanym do tradycyjnego modelu rodziny: niezależnie od tego czy pochodziłby z Polski, Francji czy Maroka. Jest wiele kobiet, które właśnie takie wartości cenią, ale ja do nich nie należę i nie widzę powodu żeby się zmuszać i dopasowywać na siłę. I wiecie co? W ogóle nie interesowałyby mnie argumenty "u mnie w kraju tak jest" (względnie "u mnie w rodzinie zawsze tak było") ani żadne teksty o różnicach kulturowych, które trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Nie trzeba. Jeśli coś nam nie pasuje, to wcale nie trzeba tego przyjmować tylko dlatego, że gdzieś indziej "tak jest". W związku mamy się czuć dobrze i móc być sobą, a nie zmieniać się i dopasowywać na siłę do czyichś oczekiwań.
Życie ze źle dobranym partnerem może być ciężkie, pełne dramatów, konfliktów, trudnych wyborów i rezygnacji z ważnych rzeczy niezależnie od tego, czy pochodzimy z różnych krajów, czy sąsiednich ulic. Podobnie - a raczej odwrotnie - z dobrze dopasowaną drugą połówką.
Na to czy dwie osoby okażą się dobrze dopasowane, czy też nie, wpływa cała masa rzeczy: od sławetnych różnic kulturowych, przez religię, wychowanie, wykształcenie, własny światopogląd i system wartości, po cechy osobowości i temperamentu. Naturalnie poznając osobę z całkiem innego kręgu kulturowego musimy się liczyć z większym prawdopodobieństwem wystąpienia poważnych różnic. Jednak to, czy staną się one problematyczne dla przyszłego związku, będzie zależało od wielu czynników wpływających na to jak dwie osoby sobie radzą z różnicami, czyli od takich rzeczy jak na przykład szacunek, otwartość, elastyczność, akceptacja inności, gotowość do współpracy, przywiązanie do tradycji, norm i schematów, czy potrzeba kontroli.
Im bardziej człowiek przywiązany do swoich utartych, stałych sposobów funkcjonowania i im sztywniejsze one są, tym bardziej prawdopodobne jest, że taka osoba będzie chciała je egzekwować w związku i narzucać partnerowi. Tym bardziej, jeśli charakteryzuje się ona wysoką potrzebą kontroli. I nieważne, czy mówimy tu o tradycjach w podstawowym znaczeniu tego słowa (obyczaje, sposoby myślenia i zachowania, normy społeczne itd przekazywane z pokolenia na pokolenie), czy o sposobie ubierania choinki, pakowania walizki albo ładowania naczyń do zmywarki. Im większa elastyczność, akceptacja i otwartość na inne, nowe rzeczy, tym większa szansa na to, że związek dwóch nawet różniących się osób będzie fajnie funkcjonował.
Wracając jeszcze na chwilę do dobrego dopasowania się - to w ogóle nie jest łatwa sprawa, bo żeby się dobrze dopasować, to trzeba się dobrze poznać. Zjeść razem beczkę soli. Przedyskutować tysiące godzin i setki tematów, często wielokrotnie, z różnych stron i w różnych ujęciach - tematów głębokich, ważnych, dotykających najgłębszych, podstawowych wartości, rdzenia konstrukcji umysłowej i duchowej;nie tylko kręcących się dookoła spraw życia codziennego, czyichś pięknych oczu i w ogóle habibi ajlowju. Przeżyć razem różne rzeczy; poobserwować człowieka z którym jesteśmy w różnych sytuacjach codziennych i niecodziennych, łatwych i trudnych, w obliczu różnych wyzwań,triumfów i porażek.
Nawiasem mówiąc, nigdy nie zapomnę, jak kiedyś na pewnej grupie multi-kulti przeczytałam, jak to wiele uczestniczek nie rozmawia z mężami na takie tematy jak polityka czy ekonomia. Naprawdę nie mieści mi się w głowie, że można wyjść za faceta, którego poglądów się nie zna. Zawsze gdy coś takiego słyszę, zastanawiam się, czy ta sama osoba wyszłaby za mąż za Polaka nie wiedząc, czy głosuje on na Razem, czy na Konfederację?
No ale wracając do rzeczy: może właśnie w tym poznawaniu się tkwi pewna pułapka dla par z różnych krajów. A konkretnie mam na myśli znajomość powszechnych kodów kulturowych. Bo jednak nie ma co ukrywać: wychowanie w jednej kulturze i jednym języku dużo upraszcza. Na przykład widząc osobę z napisem "nie czytam Gazety Wyborczej" albo "piekło kobiet" na koszulce od razu mamy pewne wyobrażenie na temat ideałów z którymi ona sympatyzuje, prawda? Tak samo wiele jesteśmy w stanie wyczytać ze słownictwa, jakim ktoś się posługuje, tego jak pisze itd. W przypadku relacji z cudzoziemcem nie dysponujemy takimi wskazówkami i nie mamy żadnych dróg na skróty. A nasz umysł bardzo drogi na skróty lubi - dlatego tak chętnie operuje stereotypami, uproszczeniami i heurystykami. Nie lubi natomiast pustki i w razie braku informacji bardzo chętnie uzupełnia puste pola niemalże czymkolwiek (co tłumaczy, czemu większość ludzi chcąc nie chcąc czerpie "wiedzę" na temat rzeczy kompletnie sobie obcych z filmów). I dlatego łatwo jest przeoczyć, że tak naprawdę wcale czegoś o drugiej osobie nie wiemy. Łatwo zinterpretować zachowanie w znany nam sposób i wysnuć wniosek: sensowny i uzasadniony dla nas i naszego tła kulturowego - kompletnie nieadekwatny w innym. Choćby zarzucenie marynarki na odkryte ramiona ukochanej w Polsce może być romantycznym gestem związanym z ochroną jej przed chłodem, a w kraju arabskim: próbą zakrycia jej przed wzrokiem innych mężczyzn.
Ale żeby wziąć pod uwagę alternatywną interpretację trzeba wiedzieć, że ona istnieje, prawda? Dlatego wiążąc się z człowiekiem z importu - poza absolutnie kluczową sprawą jaką jest dobre poznanie się - nie można zapomnieć o roli poznania kultury, religii, historii kraju jego pochodzenia.
Zaczęłam ten artykuł od stwierdzenia, że związki mieszane nie różnią się znacząco od innych i tym samym chciałabym go zakończyć. W ostatecznym rozrachunku wszystko przecież sprowadza się do dwóch chcących być ze sobą osób, które mniej czy bardziej się od siebie różnią i lepiej lub gorzej umieją sobie z tymi różnicami poradzić. I do pracy, którą chcą (lub nie) wykonać żeby zrozumieć to pierwsze i osiągnąć to drugie.
Tylko tyle i aż tyle.
Goście
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na poważnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na poważnie. Pokaż wszystkie posty
środa, 5 sierpnia 2020
piątek, 26 czerwca 2020
Czerwcowe wspomnienia
Dziś będzie trochę dwutorowo.
Po pierwsze dziś mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy obroniłam swoją pracę magisterską i oficjalnie zamknęłam za sobą studencki rozdział życia. Wielu osobom czasy studiów kojarzą się z kolorowymi migawkami z imprez, koncertów, wypadów z przyjaciółmi, picia taniego wina w parku itd - z resztą sami wiecie. Mnie nie. Kiedy myślę dziś o tamtych latach, widzę je głównie w barwach szarości, w cieniu poważnej chandry. Mimo dyplomu z psychologii nie pokuszę się o samodiagnozę, zdecydowałam się więc nie używać słowa "depresja" - nie chcę go dewaluować. Zostańmy więc przy "chandrze". Jej przyczyn pewnie trochę by się znalazło, ale w mojej pamięci na plan pierwszy wysuwa się jedna, mianowicie mój ówczesny związek z S.
Być może wspominałam już, że Kolega Małżonek nie jest pierwszym cudzoziemcem, z którym się spotykałam. Wcześniej był S. Poznałam go na pierwszym roku studiów, kiedy z kilkoma koleżankami zaangażowałyśmy się w ramach wolontariatu w pomoc zagranicznym studentom, przyjeżdżającym na naszą uczelnię. Leczyłam wtedy złamane serce, a przy okazji cierpiałam z powodu dość zaniżonej samooceny. W pewnym sensie wszystko zaczęło się więc od typowej przygody typu rebound. Jak na taką relację przystało: sprawy rozwinęły się błyskawicznie. Niestety błyskawicznie się nie zwinęły. Byliśmy "razem" (ten cudzysłów niebawem się wyjaśni) przez ponad cztery lata. Po niecałym roku S. zdecydował się szukać szczęścia we Francji, a ja zostałam w Polsce. Ogarnął sobie tam pobyt, znalazł pracę (a potem wiele kolejnych). Mnie przyjechał odwiedzić raz. RAZ. Ja natomiast przez każdy rok akademicki zbierałam pieniądze, uczyłam się francuskiego i przyjeżdżałam do niego co wakacje. Za pierwszym razem na tydzień (prezent od rodziców), później już na miesiąc kursu francuskiego.
Jak może sobie policzyliście, to było jakieś 13 lat temu: roaming był drogi, a internetu w telefonie nie było wcale. Kontaktowaliśmy się więc głównie przez telefon stacjonarny: S. dzwonił do mnie z komórki, ale przy pomocy takich specjalnych kart telefonicznych do połączeń zagranicznych, głównie na numer stacjonarny (bo taniej), raz dziennie na maks pół godziny. Z czasem na krócej bo "był zajęty". On był zajęty, ja natomiast byłam wyrozumiała. Starałam się rozumieć zmagania imigranta w nowym kraju: człowieka bez języka, który nie ma jak wykorzystywać swoich kwalifikacji i musi pracować w knajpach czy na budowie. Prosiłam go o więcej kontaktu, czasu, uwagi, o głupiego smsa od czasu do czasu, a on zawsze powtarzał, że jak tylko zmieni pracę (lub nastąpi cokolwiek innego, tych "jak tylko" miał całkiem sporo), wszystko będzie lepiej. No ale nie było. Kiedy przyjechałam do niego - jak się potem okazało - ostatni raz, większość czasu spędzałam sama. On pracował wtedy w knajpie w porze lunchu i potem wieczorem z przerwą po środku. Jeździłam więc, często dwa razy dziennie, na drugi koniec Paryża, w porze kiedy kończył pracę. To miało na celu zmaksymalizowanie czas jaki spędzaliśmy razem - szkoda tyko, że on głównie gadał wtedy przez telefon. Kiedy teraz to piszę, aż nie mogę uwierzyć jak głupia (nie bójmy się tego słowa), naiwna i zaślepiona byłam. Ta relacja w ogóle bardzo źle wpływała na moje samopoczucie, samoocenę, wiarę w siebie, wciągnęła mnie jak jakieś emocjonalne ruchome piaski (a nawet: bagno), a ja w ogóle tego wszystkiego nie widziałam.
Do tego dochodziła cała masa różnic kulturowych i osobowościowych. Długo tego nie zauważałam, ale S. bardzo lubił mnie kontrolować. Na przykład przez pewien czas sprzeciwiał się moim wyjściom z koleżankami (że niby lepiej żebym się skupiła na studiach). A że pora, kiedy mógł do mnie zadzwonić (pomiędzy zmianami w restauracji) wypadała tuż po zakończeniu moich zajęć na uczelni: naturalnie wracałam od razu do domu - do telefonu. Wieczory spędzałam najczęściej też wypłakując się przyjaciółce na komunikatorze i nasłuchując dźwięku telefonu (który nie dzwonił). Jak możecie się domyślić, moje życie towarzyskie raczej nie kwitło. Z resztą większość moich koleżanek chyba nie za bardzo rozumiała ani ten cały "związek" (no i w sumie miały rację) ani stan psychiczny w którym byłam.
No ale do brzegu.
W końcu przyszedł rok 2010: rok kiedy miałam skończyć studia i wyjechać na 6 tygodni do Paryża, a później w ogóle się tam przeprowadzić. Rok jednak zaczął się od wyjazdu S. do rodzinnego Bangladeszu. Wyjazd się przedłużał, trwał chyba ostatecznie 2 czy 3 miesiące podczas których właściwie wcale nie mieliśmy kontaktu (jakież to typowe). No ale hej, przecież byłam taka WYROZUMIAŁA. Spoiler alert: później odkryłam, że prawdopodobnie w tym czasie zaręczył się (a może i ożenił) z dziewczyną, która cały czas tam na niego czekała.
S. w kocu wrócił, ale nasze relacje i kontakt pozostały na niezwykle marnym poziomie. No i tak to sobie wszystko trwało, aż przyszedł 25 czerwca.
Obroniłam się na 5. I tego dnia coś we mnie pękło. Ten - jakby nie patrzeć - sukces wzmocnił mnie psychicznie na tyle, że w ciągu kilku dni stwierdziłam, że mam dość, że koniec z dawaniem szans i czekaniem na kolejne "jak tylko". Odwołałam wyjazd do Francji i zerwałam. Mailem. Z tego ostatniego nie jestem dumna, ale w tamtym momencie moja świeżo nabyta siła była zbyt delikatna żeby czekać X dni na okazję do dłuższej rozmowy i zmagać się z jego reakcją Która mnie i tak nie ominęła, ale to już temat na inną historię).
(tl;dr) Dlatego właśnie 25 czerwca oznacza dla mnie nie tylko koniec studiów, ale coś dużo ważniejszego - wyrwanie się z mocno toksycznego związku.
Na początku wspomniałam, że będzie dwutorowo. Ale nie martwcie się, nie będzie drugiego kilometrowego eseju. Drugi tor przyjmie formę zdjęć - jako ze nadal większość czasu spędzam w domu (nie wróciliśmy jeszcze do pracy w biurze), podróże stoją pod znakiem zapytania, a pogoda w tych dniach nie rozpieszcza: przeglądam album ze zdjęciami sprzed (dokładnie) roku i wspominam jedno z najpiękniejszych miejsc, w których kiedykowliek byłam. Także proszę bardzo #throwbackThursday #Zanzibar #honeymoon
Po pierwsze dziś mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy obroniłam swoją pracę magisterską i oficjalnie zamknęłam za sobą studencki rozdział życia. Wielu osobom czasy studiów kojarzą się z kolorowymi migawkami z imprez, koncertów, wypadów z przyjaciółmi, picia taniego wina w parku itd - z resztą sami wiecie. Mnie nie. Kiedy myślę dziś o tamtych latach, widzę je głównie w barwach szarości, w cieniu poważnej chandry. Mimo dyplomu z psychologii nie pokuszę się o samodiagnozę, zdecydowałam się więc nie używać słowa "depresja" - nie chcę go dewaluować. Zostańmy więc przy "chandrze". Jej przyczyn pewnie trochę by się znalazło, ale w mojej pamięci na plan pierwszy wysuwa się jedna, mianowicie mój ówczesny związek z S.
Być może wspominałam już, że Kolega Małżonek nie jest pierwszym cudzoziemcem, z którym się spotykałam. Wcześniej był S. Poznałam go na pierwszym roku studiów, kiedy z kilkoma koleżankami zaangażowałyśmy się w ramach wolontariatu w pomoc zagranicznym studentom, przyjeżdżającym na naszą uczelnię. Leczyłam wtedy złamane serce, a przy okazji cierpiałam z powodu dość zaniżonej samooceny. W pewnym sensie wszystko zaczęło się więc od typowej przygody typu rebound. Jak na taką relację przystało: sprawy rozwinęły się błyskawicznie. Niestety błyskawicznie się nie zwinęły. Byliśmy "razem" (ten cudzysłów niebawem się wyjaśni) przez ponad cztery lata. Po niecałym roku S. zdecydował się szukać szczęścia we Francji, a ja zostałam w Polsce. Ogarnął sobie tam pobyt, znalazł pracę (a potem wiele kolejnych). Mnie przyjechał odwiedzić raz. RAZ. Ja natomiast przez każdy rok akademicki zbierałam pieniądze, uczyłam się francuskiego i przyjeżdżałam do niego co wakacje. Za pierwszym razem na tydzień (prezent od rodziców), później już na miesiąc kursu francuskiego.
Jak może sobie policzyliście, to było jakieś 13 lat temu: roaming był drogi, a internetu w telefonie nie było wcale. Kontaktowaliśmy się więc głównie przez telefon stacjonarny: S. dzwonił do mnie z komórki, ale przy pomocy takich specjalnych kart telefonicznych do połączeń zagranicznych, głównie na numer stacjonarny (bo taniej), raz dziennie na maks pół godziny. Z czasem na krócej bo "był zajęty". On był zajęty, ja natomiast byłam wyrozumiała. Starałam się rozumieć zmagania imigranta w nowym kraju: człowieka bez języka, który nie ma jak wykorzystywać swoich kwalifikacji i musi pracować w knajpach czy na budowie. Prosiłam go o więcej kontaktu, czasu, uwagi, o głupiego smsa od czasu do czasu, a on zawsze powtarzał, że jak tylko zmieni pracę (lub nastąpi cokolwiek innego, tych "jak tylko" miał całkiem sporo), wszystko będzie lepiej. No ale nie było. Kiedy przyjechałam do niego - jak się potem okazało - ostatni raz, większość czasu spędzałam sama. On pracował wtedy w knajpie w porze lunchu i potem wieczorem z przerwą po środku. Jeździłam więc, często dwa razy dziennie, na drugi koniec Paryża, w porze kiedy kończył pracę. To miało na celu zmaksymalizowanie czas jaki spędzaliśmy razem - szkoda tyko, że on głównie gadał wtedy przez telefon. Kiedy teraz to piszę, aż nie mogę uwierzyć jak głupia (nie bójmy się tego słowa), naiwna i zaślepiona byłam. Ta relacja w ogóle bardzo źle wpływała na moje samopoczucie, samoocenę, wiarę w siebie, wciągnęła mnie jak jakieś emocjonalne ruchome piaski (a nawet: bagno), a ja w ogóle tego wszystkiego nie widziałam.
Do tego dochodziła cała masa różnic kulturowych i osobowościowych. Długo tego nie zauważałam, ale S. bardzo lubił mnie kontrolować. Na przykład przez pewien czas sprzeciwiał się moim wyjściom z koleżankami (że niby lepiej żebym się skupiła na studiach). A że pora, kiedy mógł do mnie zadzwonić (pomiędzy zmianami w restauracji) wypadała tuż po zakończeniu moich zajęć na uczelni: naturalnie wracałam od razu do domu - do telefonu. Wieczory spędzałam najczęściej też wypłakując się przyjaciółce na komunikatorze i nasłuchując dźwięku telefonu (który nie dzwonił). Jak możecie się domyślić, moje życie towarzyskie raczej nie kwitło. Z resztą większość moich koleżanek chyba nie za bardzo rozumiała ani ten cały "związek" (no i w sumie miały rację) ani stan psychiczny w którym byłam.
No ale do brzegu.
W końcu przyszedł rok 2010: rok kiedy miałam skończyć studia i wyjechać na 6 tygodni do Paryża, a później w ogóle się tam przeprowadzić. Rok jednak zaczął się od wyjazdu S. do rodzinnego Bangladeszu. Wyjazd się przedłużał, trwał chyba ostatecznie 2 czy 3 miesiące podczas których właściwie wcale nie mieliśmy kontaktu (jakież to typowe). No ale hej, przecież byłam taka WYROZUMIAŁA. Spoiler alert: później odkryłam, że prawdopodobnie w tym czasie zaręczył się (a może i ożenił) z dziewczyną, która cały czas tam na niego czekała.
S. w kocu wrócił, ale nasze relacje i kontakt pozostały na niezwykle marnym poziomie. No i tak to sobie wszystko trwało, aż przyszedł 25 czerwca.
Obroniłam się na 5. I tego dnia coś we mnie pękło. Ten - jakby nie patrzeć - sukces wzmocnił mnie psychicznie na tyle, że w ciągu kilku dni stwierdziłam, że mam dość, że koniec z dawaniem szans i czekaniem na kolejne "jak tylko". Odwołałam wyjazd do Francji i zerwałam. Mailem. Z tego ostatniego nie jestem dumna, ale w tamtym momencie moja świeżo nabyta siła była zbyt delikatna żeby czekać X dni na okazję do dłuższej rozmowy i zmagać się z jego reakcją Która mnie i tak nie ominęła, ale to już temat na inną historię).
(tl;dr) Dlatego właśnie 25 czerwca oznacza dla mnie nie tylko koniec studiów, ale coś dużo ważniejszego - wyrwanie się z mocno toksycznego związku.
Na początku wspomniałam, że będzie dwutorowo. Ale nie martwcie się, nie będzie drugiego kilometrowego eseju. Drugi tor przyjmie formę zdjęć - jako ze nadal większość czasu spędzam w domu (nie wróciliśmy jeszcze do pracy w biurze), podróże stoją pod znakiem zapytania, a pogoda w tych dniach nie rozpieszcza: przeglądam album ze zdjęciami sprzed (dokładnie) roku i wspominam jedno z najpiękniejszych miejsc, w których kiedykowliek byłam. Także proszę bardzo #throwbackThursday #Zanzibar #honeymoon
wtorek, 9 czerwca 2020
Don't call me Murzyn
Tyle się teraz mówi o Black Lives Matter. W Polsce jednocześnie w internecie krąży zdjęcie ciemnoskórej dziewczynki trzymającej napis Don't call me murzyn. Można też przeczytać post poświęcony temu tematowi autorstwa czarnoskórego Polaka i posłuchać dyskusji przygotowanej przez #Afropolki.
Internet jak to internet rozgorzał dyskusją na temat tego czy słowo "Murzyn" jest obraźliwe, czy też jednak nie jest. Cytowany jest słownik, wypowiedzi autorytetów językowych, a nawet wikipedia. Widzę, że zdania są mocno podzielone i w sumie się nie dziwie, bo sama poczułam się mocno skonfundowana. Ja też miałam słowo "Murzyn" za neutralne. No po prostu słowo określające czarnoskóre osoby, o - co odkryłam później - dziwnej etymologii (no bo określa czarnoskórych, a pochodzi od Maurów czyli mieszkańców Maghrebu czyli Berberów i później Arabów, a to wszystko za sprawą jakiegoś niemieckiego świętego). Jako dziecko czytałam wierszyk o Murzynku Bambo i nie budził we mnie żadnych negatywnych/pogardliwych/wyższościowych uczuć: ba, bardzo lubiłam tego Murzynka. Taki z resztą chyba cel przyświecał jego autorowi. Jakoś nie zwracałam uwagi na powiedzonka, gdzie słowo "murzyn" występuje w roli synonimu dla "niewolnik" ("murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść", "traktować kogoś jak murzyna"), czy te w stylu "sto lat za murzynami". Człowiek chyba za rzadko się zastanawia nad takimi rzeczami.
No ale język ewoluuje, słowa zmieniają swój wydźwięk. To ze cos kiedyś ma wydźwięk neutralny, nie znaczy, ze zawsze tak będzie - weźmy takie na przykład słowo "kutas". Nie każdy zawsze to od razu czuje, nie każdy w ogóle to czuje, nie każdy się z tym zgadza. Jednak jeśli osoby (nawet jeśli nie wszystkie), których dane słowo dotyczy same mówią, że dla nich jest ono pejoratywne czy obraźliwe, bo - jak w tym przypadku - kojarzy się z dewaluującymi powiedzonkami, to ja wolę to przyjąć i zmienić słowo niż niechcący kogoś urazić.
Takie są moje odczucia, z perspektywy osoby, której mąż zalicza się do grupy nazywanej przez co elokwentniejszych obywateli "ciapatymi" (takie tam niewinne słówko od indyjskiego chlebka i takie użyteczne na wszystkich za białych na "czarny" i za czarnych na "biały), ale też z perspektywy osoby, która w życiu była niejednokrotnie nazywana i przezywana na różne sposoby, niekoniecznie były przyjemne (chociaż nie miały przecież u podstaw żadnego problemu ze mną, moim wyglądem ani pochodzeniem).
a Wy co myślicie?
PS. A tu wspomniany filmik, myślę, ze warto:
https://m.youtube.com/watch?feature=youtu.be&v=xwIfFRmJM0c
Internet jak to internet rozgorzał dyskusją na temat tego czy słowo "Murzyn" jest obraźliwe, czy też jednak nie jest. Cytowany jest słownik, wypowiedzi autorytetów językowych, a nawet wikipedia. Widzę, że zdania są mocno podzielone i w sumie się nie dziwie, bo sama poczułam się mocno skonfundowana. Ja też miałam słowo "Murzyn" za neutralne. No po prostu słowo określające czarnoskóre osoby, o - co odkryłam później - dziwnej etymologii (no bo określa czarnoskórych, a pochodzi od Maurów czyli mieszkańców Maghrebu czyli Berberów i później Arabów, a to wszystko za sprawą jakiegoś niemieckiego świętego). Jako dziecko czytałam wierszyk o Murzynku Bambo i nie budził we mnie żadnych negatywnych/pogardliwych/wyższościowych uczuć: ba, bardzo lubiłam tego Murzynka. Taki z resztą chyba cel przyświecał jego autorowi. Jakoś nie zwracałam uwagi na powiedzonka, gdzie słowo "murzyn" występuje w roli synonimu dla "niewolnik" ("murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść", "traktować kogoś jak murzyna"), czy te w stylu "sto lat za murzynami". Człowiek chyba za rzadko się zastanawia nad takimi rzeczami.
No ale język ewoluuje, słowa zmieniają swój wydźwięk. To ze cos kiedyś ma wydźwięk neutralny, nie znaczy, ze zawsze tak będzie - weźmy takie na przykład słowo "kutas". Nie każdy zawsze to od razu czuje, nie każdy w ogóle to czuje, nie każdy się z tym zgadza. Jednak jeśli osoby (nawet jeśli nie wszystkie), których dane słowo dotyczy same mówią, że dla nich jest ono pejoratywne czy obraźliwe, bo - jak w tym przypadku - kojarzy się z dewaluującymi powiedzonkami, to ja wolę to przyjąć i zmienić słowo niż niechcący kogoś urazić.
Takie są moje odczucia, z perspektywy osoby, której mąż zalicza się do grupy nazywanej przez co elokwentniejszych obywateli "ciapatymi" (takie tam niewinne słówko od indyjskiego chlebka i takie użyteczne na wszystkich za białych na "czarny" i za czarnych na "biały), ale też z perspektywy osoby, która w życiu była niejednokrotnie nazywana i przezywana na różne sposoby, niekoniecznie były przyjemne (chociaż nie miały przecież u podstaw żadnego problemu ze mną, moim wyglądem ani pochodzeniem).
a Wy co myślicie?
PS. A tu wspomniany filmik, myślę, ze warto:
https://m.youtube.com/watch?feature=youtu.be&v=xwIfFRmJM0c
wtorek, 5 maja 2020
Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.
Pamiętacie tę piosenkę Happysad?
Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty
To też nie diabeł rogaty
Ani miłość kiedy jedno płacze
A drugie po nim skacze
Bo miłość to żaden film w żadnym kinie
Ani róże ani całusy małe duże
Ale miłość kiedy jedno spada w dół
Drugie ciągnie je ku górze
Miłość to nie buziaki wysyłane na komunikatorze, serduszka na Facebooku ani nawet urocze fotki na Instagramie. Miłość to nie piękne gładkie słówka, które możesz obracać w reku jak kamyki. Miłość to nie drogie prezenty, i 25 czerwonych róż w Walentynki. To nie wyznania wyszeptane w drodze do łóżka ani nie seks, nawet najlepszy na świecie.
A już tym bardziej to nie miłość, kiedy brakuje czasu, zainteresowania i wsparcia. To nie miłość, kiedy on(a) odzywa się kiedy czegoś potrzebuje, a potem znika jak meteoryt (do następnego razu). To nie miłość, kiedy ktoś podcina ci skrzydła, a zamiast zaufania oferuje kontrolę i ograniczenia. To nie miłość, kiedy pojawia się manipulacja, osądzanie albo kłamstwa. To nie miłość, kiedy wszystko to twoja wina. To nie miłość, kiedy musisz się starać aby na nią zasłużyć, stawać na czubkach palców, wciągać brzuch, wypinać biust i pilnować żeby czasem nie powiedzieć czegoś nie tak.
Miłość jest wtedy, możesz być najdziwniejszą wersją siebie, a on(a) patrzy na ciebie z takim samym ciepłem w oczach. I wtedy gdy zawsze jest czas żeby porozmawiać, nawet jeśli nie ma czasu na nic. Miłość jest wtedy, kiedy on(a) podaje ci rękę i pomaga wstać po piętnastym potknięciu o ten sam błąd i mówi "to nic, dasz radę". Miłość to wsparcie, czas i uwaga, o które nie trzeba zabiegać, czułość, szacunek i dbanie o siebie.
Miłość mieszka w miriadzie drobiazgów: pocałunku przed wyjściem do pracy, usypianiu na łyżeczki, kupowaniu jego ulubionego sera, odprowadzaniu na lotnisko i odbieraniu z dworca, przypominaniu o szaliku i obieraniu mandarynek ("Chcesz mandarynkę?" "Nie" "A jak ci obiorę?"). To tańczenie w kuchni zawsze gdy TA piosenka leci w radiu i robienie herbaty, mimo, ze wlasnie sie pokłóciliście. To dyskusje po świt, wspólny śmiech, a czasem wspólne łzy.
To pragnienie poznania i zrozumienia drugiej osoby do samego dna oraz wyrozumiałość i akceptacja dla tego co się na tym dnie znajdzie. To wyjście poza swoj egoizm w kierunku drugiej osoby i nieoczekiwanie nieczego w zamian. To naprawianie jak coś się zepsuje, trwanie, i odpowiedzialność za to co oswoiliśmy.
Miłość jest wtedy, gdy ta jedna osoba różni się od wszystkich innych róż bo jest twoja i zostaje tak samo jedyna i najważniejsza niezależnie od tego ile płatków zgubi - bo to właśnie ona.
Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.
Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty
To też nie diabeł rogaty
Ani miłość kiedy jedno płacze
A drugie po nim skacze
Bo miłość to żaden film w żadnym kinie
Ani róże ani całusy małe duże
Ale miłość kiedy jedno spada w dół
Drugie ciągnie je ku górze
Miłość to nie buziaki wysyłane na komunikatorze, serduszka na Facebooku ani nawet urocze fotki na Instagramie. Miłość to nie piękne gładkie słówka, które możesz obracać w reku jak kamyki. Miłość to nie drogie prezenty, i 25 czerwonych róż w Walentynki. To nie wyznania wyszeptane w drodze do łóżka ani nie seks, nawet najlepszy na świecie.
A już tym bardziej to nie miłość, kiedy brakuje czasu, zainteresowania i wsparcia. To nie miłość, kiedy on(a) odzywa się kiedy czegoś potrzebuje, a potem znika jak meteoryt (do następnego razu). To nie miłość, kiedy ktoś podcina ci skrzydła, a zamiast zaufania oferuje kontrolę i ograniczenia. To nie miłość, kiedy pojawia się manipulacja, osądzanie albo kłamstwa. To nie miłość, kiedy wszystko to twoja wina. To nie miłość, kiedy musisz się starać aby na nią zasłużyć, stawać na czubkach palców, wciągać brzuch, wypinać biust i pilnować żeby czasem nie powiedzieć czegoś nie tak.
Miłość jest wtedy, możesz być najdziwniejszą wersją siebie, a on(a) patrzy na ciebie z takim samym ciepłem w oczach. I wtedy gdy zawsze jest czas żeby porozmawiać, nawet jeśli nie ma czasu na nic. Miłość jest wtedy, kiedy on(a) podaje ci rękę i pomaga wstać po piętnastym potknięciu o ten sam błąd i mówi "to nic, dasz radę". Miłość to wsparcie, czas i uwaga, o które nie trzeba zabiegać, czułość, szacunek i dbanie o siebie.
Miłość mieszka w miriadzie drobiazgów: pocałunku przed wyjściem do pracy, usypianiu na łyżeczki, kupowaniu jego ulubionego sera, odprowadzaniu na lotnisko i odbieraniu z dworca, przypominaniu o szaliku i obieraniu mandarynek ("Chcesz mandarynkę?" "Nie" "A jak ci obiorę?"). To tańczenie w kuchni zawsze gdy TA piosenka leci w radiu i robienie herbaty, mimo, ze wlasnie sie pokłóciliście. To dyskusje po świt, wspólny śmiech, a czasem wspólne łzy.
To pragnienie poznania i zrozumienia drugiej osoby do samego dna oraz wyrozumiałość i akceptacja dla tego co się na tym dnie znajdzie. To wyjście poza swoj egoizm w kierunku drugiej osoby i nieoczekiwanie nieczego w zamian. To naprawianie jak coś się zepsuje, trwanie, i odpowiedzialność za to co oswoiliśmy.
Miłość jest wtedy, gdy ta jedna osoba różni się od wszystkich innych róż bo jest twoja i zostaje tak samo jedyna i najważniejsza niezależnie od tego ile płatków zgubi - bo to właśnie ona.
Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.
poniedziałek, 16 marca 2020
Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 1.
Dość długo miałam spory dystans do koronawirusowej paniki, ale ostatnich kilka dni sprawiło, że doszłam do wniosku, że sytuacja jest poważna, a przykład Włoch pokazuje, co może się stać, gdy podejdzie się do niej zbyt lajtowo. A wygląda na to, że w Polsce ma szansę być dużo gorzej: chyba wszyscy czytaliśmy o szokująco małej ilości testów i o bardzo słabym przygotowaniu szpitali - choćby pod względem zasobów takich jak stroje ochronne, nie mówiąc już o miejscach na OIOMie. Nie jestem specjalistą od epidemiologii czy wirusologii, ale czytam oficjalne źródła, statystyki, newsy i zalecenia i bardzo wierzę, że trzeba zrobić wszystko co się da, żeby osłabić/spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa.
Dlatego od czwartku oboje z Szalonym Naukowcem siedzimy w domu i ograniczamy wszystkie wyjścia i interakcje społeczne oraz - ogólnie - kisimy się we własnym sosie. Oboje mamy to szczęście, że możemy pracować zdalnie, ale o ile on całkiem to lubi: ja wręcz przeciwnie. Mimo, że od bodajże dwóch lat mam taką możliwość i od czas do czasu z niej korzystam: nie przepadam za tym. Przede wszystkim ze względów zawodowych (nad którymi nie będę się w tej chwili rozwodzić), ale także dlatego, że chodzenie do pracy i wynikająca z niego struktura dnia są mi potrzebne dla higieny psychicznej. Podobnie z resztą jak w ogóle wychodzenie z domu i życie towarzyskie. Po dniu pracy zdalnej (zwłaszcza połączonym z weekendem w domu) zaczynam się często czuć jak wrastający w podłoże ziemniak (niezależnie jak niepoprawne z punktu widzenia biologii może być to porównanie).
Wiem, że dla wielu osób praca z domu i w ogóle siedzenie w nim nie jest problemem, ale dla wielu - tak jak dla mnie - może stanowić wyzwanie. Przygotowałam więc kilka rad jak jednak nie zamienić się z ziemniaka

Zacznijmy od kwestii pracy, jako że ona zajmuje nam połowę dnia.
Największym problemem (ryzykiem?) związanym z tzw Home Office jest zlanie się czasu pracy z czasem poza pracą. Aby tego uniknąć warto zastosować kilka rozwiązań:
1. Stanowisko pracy. W miarę możliwości warto zorganizować sobie miejsce przeznaczone tylko do pracy. Nie pracuj na kanapie, na której spędzisz potem resztę dnia ani w łóżku. To ani wygodne, ani dobre dla higieny pracy (także psychicznej). Jeśli nie możesz wygospodarować osobnego miejsca tylko do pracy i korzystasz na przykład ze stołu w salonie (jak ja) postaraj się zlikwidować stanowisko, po zakończonym dniu pracy.
2. Przedpracowe rytuały. Chodząc do pracy wykonujemy całą serię czynności, które przenoszą nas z trybu "dom" do trybu "praca". Oczywiście najważniejsze jest fizyczne przeniesienie się z miejsca na miejsce, ale jako że przy pracy zdalnej nie wchodzi to w grę: warto zbudować sobie pewien rytuał, który umożliwi chociaż przeniesienie się mentalne. Nie proponuję tu nakładania makijażu i garsonki (chyba, że twoja praca zdalna wymaga videokonferencji), ale może prysznic, przebranie się w coś innego niż piżama, śniadanie i kawa? Poza tym warto trzymać się stałych godzin rozpoczynania (i kończenia) pracy: nawet jeśli nie ma to większego znaczenia dla twojego szefa i wykonywanych zadań.
3. Wyraźne granice (czasu) pracy. Po przeniesieniu się w tryb "praca" warto w nim pozostać przez czas, który masz zamiar na tę pracę poświęcić. Unikaj włączania telewizora, odpalania netfliksa czy (intensywniejszego niż gdy jesteś w biurze) korzystania z mediów społecznościowych. To pranie też nie musi być zrobione właśnie teraz. A gdy już ta 17 (czy któraś inna,) wybije: dobrze w jakiś wyraźny sposób zaznaczyć zakończenie dnia pracy. Niech to będzie coś więcej niż zamknięcie okienka aplikacji firmowej i zastąpienie jej okienkiem facebooka. Jeśli masz miejsce dedykowane tylko do pracy: posprzątaj je i opuść. Jeśli korzystasz z miejsca, służącego także do innych celów: tak jak pisałam w punkcie 1: zlikwiduj stanowisko pracy. Da ci to poczucie mentalnego zakończenia trybu "praca" i możliwość przejścia do trybu "dom".
4. Ruch. W normalnych czasach wychodzisz z domu, może idziesz pieszo albo przynajmniej dochodzisz do przystanku czy samochodu. Chodzisz też po biurze i ogólnie zapewne poruszasz się sporo więcej niż w domu. Dlatego warto pilnować, żeby chociaż co godzinę wstać z krzesła, przejść się po mieszkaniu, może trochę porozciągać? Może masz piłkę na której możesz siedzieć zamiast krzesła? Czemu to jest ważne chyba nie muszę tłumaczyć (i nie chodzi tylko o punkt A poniższego mema)
Sytuacja, w której się znajdujemy wiąże się oczywiście nie tylko z pracą w domu, ale ogólnie siedzeniem w czterech ścianach, co na dłuższą metę może nie mieć dobrego wpływu na twoje samopoczucie. Na moje nie ma. W następnej części napiszę wam swoje przemyślenia jak radzić sobie z przedłużającym się uziemieniem w kontekście pozapracowym, a może też w związkowym.
A wy jakie macie sposoby na zachowanie higieny psychicznej i skuteczności podczas pracy z domu?
niedziela, 1 marca 2020
Jak rozpoznać oszusta, naciągacza, wizowca - subiektywny poradnik.
Zagadnął cię kiedy wygrzewałaś się na słońcu w kurorcie, wreszcie na zasłużonych wakacjach, rozluźniona i otwarta na przygodę. Zasypał cię komplementami, jak nikt nigdy wcześniej, patrzył namiętnie w oczy tak, jakby dotykał twojej duszy, a ty poczułaś się najpiękniejszą kobietą na ziemi. W końcu motyle zaczęły latać ci po brzuchu całymi chmarami, a na twoim nosie - oprócz słonecznych - zawitały różowe okulary. Świata poza nim nie widzisz, ale urlop się kończy więc po oblanym łzami rozstaniu, przenosicie relację do internetu planując już kolejne spotkania i wspólną przyszłość.
A może zagadnął cię na facebooku lub instagramie, bo tak urzekły go twoje piękne oczy na profilówce. Potem otoczył uwagą i wysłuchał jak dawno nikt tego nie zrobił. Pytał czy jadłaś kolację i martwił się, że wracasz sama wieczorem do domu, doradzał żebyś uważała na siebie i założyła szalik. Jego troska, uwaga no i te komplementy pod każdym Twoim zdjęciem sprawiły, że czekasz na jego wiadomości co rano z bijącym sercem, różowe okulary tym razem towarzyszą tym do ekranu, a ty siedzisz i kombinujesz jakby tu poznać tego cudownego faceta osobiście.
Tak czy inaczej, jesteś zauroczona do szpiku kości, bujasz w obłokach no i snujesz plany na przyszłość.
A ja wyleję ci wiadro zimnej wody na głowę: Decydując się na taką relację (czy zawartą na wakacjach, czy przez internet) odbierasz sobie szanse na weryfikację większości tego co on ci mówi: nie ma wspólnych znajomych, nie znasz realiów i standardów w jego kraju, nie widzisz jak on zachowuje się w codziennym życiu (poza krótkim okresem wakacji). Nic łatwiejszego niż wierzyć w każde słodkie niczym daktyl słowo spływające z jego ust i pozwolić swojemu myśleniu życzeniowemu i różowym okularom przejąć władzę nad rozumem.
Zawierając nowe znajomości, zwłaszcza międzynarodowe przez internet czy na wakacjach, trzeba się jednak liczyć z tym, że egzotyczny książę z bajki może nie być tym, za kogo się podaje.
Niestety status Europejki czyni cię celem ambitnych panów z biedniejszych (oraz wymagających wizy do UE) krajów. Ewentualnie panów, którzy w swoim konserwatywnym społeczeństwie nie mają za bardzo jak się zabawić, mimo, że bardzo by chcieli. Oczywiście nie dotyczy to tylko kobiet: np. Anglicy czy Amerykanie cieszą się wielkim zainteresowaniem łowczyń fortun i wiz z Ameryki Łacińskiej czy Filipin. Jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą ze strony facetów - z tego powodu, dla wygody będę się trzymała rodzaju męskiego.
Ale do brzegu.
Kiedyś byłam w bardzo toksycznym związku mieszanym. Co prawda moj eks nie był wizowcem ani naciągaczem, tylko zwykłym dupkiem, który chciał się zabawić z Europejką (podczas gdy żona/narzeczona czekała w domu na papiery). Trochę żałuję, że nie znałam wtedy żadnej grupy o związkach multi-kulti ani bloga, gdzie ktoś bardziej doświadczony w tej tematyce wylałby mi wspomniane wyżej wiadro zimnej wody na głowę. Może nie zmarnowałabym sobie czterech lat życia.
Dlatego teraz mam nadzieję, że ten artykuł pomoże chociaż jednej osobie w niezmarnowaniu czasu sobie.
Poniżej lista sygnałów alarmowych, które mogą (ale nie muszą) wskazywać na to, że twój amant z importu nie ma do końca czystych intencji. Naturalnie ta lista ani nie jest w 100% kompletna (jestem pewna, że jest mnóstwo innych sygnałów*), ani nie daje gwarancji, że masz do czynienia z oszustem. To są wyłącznie subiektywnie wybrane sygnały alarmowe. Może być tak, że twój adorator prezentuje jedno lub kilka poniższych zachowań, a jest całkowicie szczery i uczciwy. Ale może też być inaczej. Szczerość i uczciwość obroni się sama, a ty wyświadczysz sobie przysługę, jeśli przemyślisz i zweryfikujesz motywy swojego habisia zanim zdecydujesz się na jakieś poważne kroki.
Niektóre z poniższych punktów będą uniwersalne dla różnych typów oszustów, inne specyficzne dla wizowca, naciągacza na kasę albo dupka, który chce się zabawić z Europejką - mam nadzieję, że będzie to oczywiste.
Więc jedziemy.
- wiadomość na mediach społecznościowych mimo kompletnego braku wspólnych znajomych czy grup.
- szybkie wyznania uczuć i deklaracje miłości i wielkiej tęsknoty po krótkiej znajomości online.
- szybkie wyznania uczuć względem twoich dzieci (o ile je masz) i deklarowanie chęci bycia im ojcem.
- masa (banalnych) komplementów.
- zagadywanie po polsku (skąd niby on umie powiedzieć "jesteś piękna" jeśli nie z innych rozmów z Polkami?).
- miłość tak wielka, ze on chce - wręcz musi - być z tobą teraz-już-natychmiast.
- oczywiście w grę wchodzi tylko bycie razem w Europie. Jest bardzo niechętny rozmowom o byciu razem u niego w kraju, narzeka na niego często.
- nacisk na szybki ślub, szantaże emocjonalne ("jeśli ci na mnie zależy to...").
- mówienie tego co chcesz usłyszeć - nie jest to łatwe do zauważenia, zwłaszcza jeśli od początku jesteś otwarta. Ale jeśli zaobserwujesz sytuację w której on mówi jedno (np "kobieta powinna gotować mężowi"), ty się z tym nie zgadzasz, a on po chili powtarza mniej-więcej to co powiedziałaś, ewentualnie tłumacząc poprzednią wypowiedź w jakiś pokrętny sposób - być może właśnie nawija ci makaron na uszy.
- słaby angielski (jak można w ogóle kogoś dobrze poznać nie mając wspólnego języka) albo gwałtowne zmiany w językowym poziomie wypowiedzi. Na przykład kiedyś zagadywał mnie pan, który raz pisał dość prostym językiem z błędami gramatycznymi, a innym razem wypowiadał się pełnymi, złożonymi zdaniami pełnymi trudnych słów, w bardzo formalnym stylu - duża szansa, że nie prowadził tej rozmowy sam, lub, że jego znajomość angielskiego była na tyle słaba, że dużo korzystał z translatora - co samo w sobie nie jest złe, ale jak możesz ufać w to co mówi, jeśli nie wiesz czy sam rozumie co napisał?
- zachwyt nad twoją urodą, nawet jeśli on ma 25 lat i wygląda jak Adonis, a Ty masz lat 50, 20 letniego syna i sporą nadwagę - nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że kobieta nie ma prawa do szczęścia ze względu na wiek, posiadanie dzieci czy nadprogramowe kilogramy itd. Jak najbardziej ma i jak najbardziej może znaleźć miłość. Ale czy potraktowałabyś poważnie wielką miłość (i chęć bycia ojczymem dla wspomnianego 20-letniego syna) w przypadku Krzyśka lat 25 poznanego w warzywniaku?
- przerzucanie odpowiedzialności za ogarnięcie papierów związanych z wizą na ciebie: pozwala ci dzwonić do urzędów i ambasad, spędzać godziny poszukując informacji w sieci, zamiast zająć się tym samemu - nie mówiąc nawet o dostaniu się do Europy bez zaproszenia od ciebie lub wcześniejszego ślubu.
- błyskawiczne przedstawianie rodzinie przez skajpa czy inny komunikator i natychmiastowy entuzjazm tejże.
- unikanie przedstawienia rodzinie i zaproszenia do domu rodzinnego, jeśli pofatygowałaś się odwiedzić go w jego kraju (pomimo deklaracji poważnych zamiarów względem ciebie i planów na pobranie się).
Tak, zdaję sobie sprawę, że dwa ostatnie punkty stoją w lekkiej sprzeczności, niemniej znane są sytuacje, w których cała rodzina bierze udział w planie wysłania syna, brata, ba! czasem nawet męża do Europy. Z drugiej strony jeśli facet kompletnie unika poznania cię z rodziną, jednocześnie deklarując poważne zamiary, czy chęć ożenku - coś tu może być nie tak. Być możne na przykład ma już żonę. Albo wie, że jego rodzina nie zaakceptuje tego związku. Albo nie traktuje tej znajomości poważnie.
- niemożność znalezienia i/lub utrzymania pracy.
- jednocześnie z powyższym brak wykształcenia, a także brak zauważalnych chęci aby dokształcać się i zdobywać doświadczenia, imać się różnych choćby dorywczych prac. Pan chętnie natomiast spędza czas w kawiarniach z kolegami. Ma ambicje, ale tylko w gębie. Tak, być może w jego kraju naprawdę jest ciężko z pracą. I tak, przecież to nie jest jego wina, że nie jest wykształcony, może rodziny nie było stać na to żeby się uczył - ale pracowitym i starającym się można być w każdych warunkach. W naszych realiach bez problemu odróżnisz obiboka od wartościowego faceta, warto tej samej miary użyć do oceny egzotycznego absztyfikanta.
- ciągłe narzekanie na trudną sytuację, na to że go wykorzystują albo go nie doceniają.
- nagła utrata pracy/wyrzucenie ze studiów (w obu przypadkach nie z jego winy).
- ciężka choroba jego lub członka rodziny - oczywiście wymagająca kosztownego leczenia.
- inne finansowe obciążenia jak opieka nad młodszym rodzeństwem, ślub siostry, studia brata itd.
- kiedy decydujesz się przyjechać poznać go osobiście, bez żadnego problemu obciąża Cię kosztami biletów, hotelu (w którym będziecie przecież spędzać czas wspólnie) i wszelkich rozrywek. Żeby było jasne - jestem chyba ostatnią osobą, która uważa, że facet powinien płacić za randkę, podróż czy cokolwiek. Ponadto uważam, że jadąc po raz pierwszy poznać jednak w pewnym sensie obcego faceta, lepiej nie wytwarzać sytuacji zależności finansowej i poczucia zobowiązania.
Natomiast (przepraszam za uogólnienie) większość mężczyzn z krajów arabskich uważa za swoją powinność płacenie za kobietę, a za dyshonor: branie pieniędzy od kobiety. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, jeśli z jego strony nie pada nawet najlżejsza sugestia przejęcia na siebie choćby części kosztów, czy nawet zatrzymania się u jego rodziny.
- zniknie na wiele godzin czy dni bez kontaktu, niechęć do tłumaczenia, gdzie był, agresja gdy o to pytasz lub też najróżniejsze wymówki.
- ciągłe gadanie przez telefon w twojej obecności, oczywiście w języku, którego nie rozumiesz.
- chowanie telefonu, blokowanie go, ukrywanie się podczas przeglądania maila czy mediów społecznościowych.
- ukrywanie waszego związku przed znajomymi.
- rozmawianie ze znajomymi w twojej obecności w języku, którego nie rozumiesz i niepodejmowanie prób tłumaczenia - oczywiście możliwie jest, że jego koledzy po prostu nie mówią po angielsku, ale w takiej sytuacji należy oczekiwać prób pośredniczenia w rozmowie i tłumaczenia ci, co kto powiedział, a nie ignorowania twojej obecności i oddawania się pogaduszkom. Jeszcze gorzej, jeśli wygląda na to, że mogą się z ciebie śmiać.
- wszelkie nieścisłości i sprzeczności w tym co mówi - to może wskazywać na to, że gubi się w kłamstwach albo prowadzi wiele podobnych konwersacji równolegle.
*jeśli macie pomysły na to, co można by tu dołączyć: piszcie w komentarzach. Im więcej takich sygnałów tym lepiej.
niedziela, 23 lutego 2020
Nazwisko a normy społeczne
Może cześć z was nie wie, że w krajach muzułmańskich (a przynajmniej tych z okolic basenu Morza Śródziemnego - nie wiem jak np. w Indonezji - kobieta nie zmienia nazwiska po ślubie (facet z resztą też). W islamie ważne jest zachowanie jasności w kwestii linii krwi, dlatego nawet adoptowane dzieci nie zmieniają nazwiska. Podobnie nikt nie zmienia nazwiska w Hiszpanii (i chyba krajach Ameryki Łacińskiej): tam ma się po dwa nazwiska - po każdym z rodziców (chociaż nie mam pojęcia jak to działa, skoro każde z rodziców też ma dwa). We Włoszech również nikt nazwiska nie zmienia*. Natomiast w Polsce (między innymi), jak zapewne wszyscy wiecie, wychodząc za mąż kobieta przyjmuje nazwisko męża. Jest to - w mojej skromnej opinii - tradycja zakorzeniona mocno w patriarchalnym społeczeństwie, gdzie kobieta była przekazywana spod opieki (władzy) ojca pod opiekę (władzę) męża, a nazwisko w pewnym sensie wskazywało na jej przynależność.
Jak może zdołaliście się zorientować, nie jestem wielką fanką tradycji dla samej tradycji ("tradition - peer pressure from dead people" hehehe), jednak, kiedy musieliśmy z Szalonym Naukowcem zdecydować w temacie naszych przyszłych nazwisk, doszłam do wniosku, że podoba mi się idea posiadanie jednego, wspólnego. Widzę to jako symbol tego, że tworzymy teraz rodzinę, drużynę i że przynależymy do siebie. Z drugiej strony: pod czyim banerem to się odbędzie, nie ma wielkiego znaczenia. Jednak jako, że zawsze byłam przywiązana do swojego (panieńskiego) nazwiska, naturalnie zaproponowałam jeszcze-wtedy-nie-mężowi, żeby je przejął -na co on chętnie by przystał - gdyby nie to, że w Maroku nie ma prawnej możliwości zmiany nazwiska, z powodów, które podałam wyżej. I tak oto dorobiłam się nazwiska podwójnego.
A teraz do rzeczy.
Jako dziecko social mediów, niedługo po tym jak się zaręczyliśmy, zapisałam się do dużej, popularnej grupy facebookowej o tematyce ślubno-weselnej. I na tej grupie wspomniałam, o pomyśle przyjęcia przez (jeszcze wtedy) przyszłego małżonka mojego nazwiska. Mało mnie tam kobiety nie zjadły żywcem. Padały argument o męskości, o kastrowaniu faceta, o demonstrowaniu na siłę swojej niezależności oraz o leczeniu kompleksów (moich rzecz jasna).
I tak sobie myślę: jakie to smutne, że kompletnie arbitralne normy kulturowe wsiąkają w ludzi tak głęboko. Pełno wszędzie zasad typu "kobieta powinna to i to", "prawdziwy mężczyzna powinien być taki i taki", jakby jakieś zachowania czy postawy były atrybutami danej płci niczym genitalia (które swoją drogą także niekoniecznie są). No wiecie: kobieta ma biust, waginę i zmienia nazwisko, a facet ma penisa, owłosienie na klatce piersiowej i nie płacze. A najgorsze, że zaczyna się to już od urodzenia: róż, księżniczki i "jestem śliczna" dla dziewczynki, niebieski, superbohaterowie i "jestem odważny" dla chłopca. Ostatnio widziałam gdzieś w internecie atak na kobietę, która zdecydowała się wykorzystać ciuszki po starszym dziecku siostry, dla swojego - odmiennej płci. Wyobrażacie sobie? Nie mówiąc już nawet o podziale zabawkach na te przeznaczone dla chłopców i dla dziewczynek.
Dopóki takie normy dotyczą rzeczy w sumie nieistotnych jak to, kto przejmuje czyje nazwisko, albo jaki kolor bodziaka zakładamy noworodkowi - nie jest jeszcze tak źle. Zdecydowanie gorzej jest, kiedy uczymy dzieci, że dziewczynka ma być ładna, skromna i spolegliwa, a chłopiec silny, twardy i przebojowy. W ten sposób tworzymy kobiety, które boją się walczyć o swoje i mówić nie oraz mężczyzn, którzy popełniają samobójstwa wielokrotnie częściej niż kobiety, bo nie umieją sobie radzić z emocjami (tak, wiem, upraszczam).
A co z normami, które wymagają od kobiet zajmowania się domem i dziećmi, a od mężczyzny utrzymania tegoż domu; które wymagają od kobiet zakrywania ciała (żeby nie prowokowało), nie pozwalają im samodzielnie podróżować; które nakazują poślubić wybraną przez rodzinę (często obcą) osobę, stawiać wolę rodziców ponad własną; normami, które nakazują lub zakazują jedzenia konkretnych produktów albo narzucają picie alkoholu; albo normami, które wymagają okaleczania genitaliów dziewczynkom?
Nie wszystkie normy społeczne i uwarunkowania kulturowe są z gruntu złe. Wiele z nich natomiast ogranicza ludzi i narzuca im wzorce postępowania, które wcale nie są dla nich dobre. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z nas ma rozum, który pozwala na krytyczną analizę i świadome odrzucenie (bądź przyjęcie) zasad, które narzuca nam społeczeństwo. Warto z tego korzystać.
Dlatego następnym razem zrobisz coś "bo tak się robi", zrezygnujesz z czegoś "bo kobiecie/mężczyźnie nie wypada", albo osądzisz kogoś w internecie "bo powinno być inaczej" - pomyśl.
* A jak jest z nazwiskami w innych krajach, których tradycje znacie?
Nie wiem, skąd pochodzi ta ilustracja, ja pierwszy raz widziałam ją na Blog Ojciec choć nieco przerobiłam ją na potrzeby tego wpisu
Jak może zdołaliście się zorientować, nie jestem wielką fanką tradycji dla samej tradycji ("tradition - peer pressure from dead people" hehehe), jednak, kiedy musieliśmy z Szalonym Naukowcem zdecydować w temacie naszych przyszłych nazwisk, doszłam do wniosku, że podoba mi się idea posiadanie jednego, wspólnego. Widzę to jako symbol tego, że tworzymy teraz rodzinę, drużynę i że przynależymy do siebie. Z drugiej strony: pod czyim banerem to się odbędzie, nie ma wielkiego znaczenia. Jednak jako, że zawsze byłam przywiązana do swojego (panieńskiego) nazwiska, naturalnie zaproponowałam jeszcze-wtedy-nie-mężowi, żeby je przejął -na co on chętnie by przystał - gdyby nie to, że w Maroku nie ma prawnej możliwości zmiany nazwiska, z powodów, które podałam wyżej. I tak oto dorobiłam się nazwiska podwójnego.
A teraz do rzeczy.
Jako dziecko social mediów, niedługo po tym jak się zaręczyliśmy, zapisałam się do dużej, popularnej grupy facebookowej o tematyce ślubno-weselnej. I na tej grupie wspomniałam, o pomyśle przyjęcia przez (jeszcze wtedy) przyszłego małżonka mojego nazwiska. Mało mnie tam kobiety nie zjadły żywcem. Padały argument o męskości, o kastrowaniu faceta, o demonstrowaniu na siłę swojej niezależności oraz o leczeniu kompleksów (moich rzecz jasna).
I tak sobie myślę: jakie to smutne, że kompletnie arbitralne normy kulturowe wsiąkają w ludzi tak głęboko. Pełno wszędzie zasad typu "kobieta powinna to i to", "prawdziwy mężczyzna powinien być taki i taki", jakby jakieś zachowania czy postawy były atrybutami danej płci niczym genitalia (które swoją drogą także niekoniecznie są). No wiecie: kobieta ma biust, waginę i zmienia nazwisko, a facet ma penisa, owłosienie na klatce piersiowej i nie płacze. A najgorsze, że zaczyna się to już od urodzenia: róż, księżniczki i "jestem śliczna" dla dziewczynki, niebieski, superbohaterowie i "jestem odważny" dla chłopca. Ostatnio widziałam gdzieś w internecie atak na kobietę, która zdecydowała się wykorzystać ciuszki po starszym dziecku siostry, dla swojego - odmiennej płci. Wyobrażacie sobie? Nie mówiąc już nawet o podziale zabawkach na te przeznaczone dla chłopców i dla dziewczynek.
Dopóki takie normy dotyczą rzeczy w sumie nieistotnych jak to, kto przejmuje czyje nazwisko, albo jaki kolor bodziaka zakładamy noworodkowi - nie jest jeszcze tak źle. Zdecydowanie gorzej jest, kiedy uczymy dzieci, że dziewczynka ma być ładna, skromna i spolegliwa, a chłopiec silny, twardy i przebojowy. W ten sposób tworzymy kobiety, które boją się walczyć o swoje i mówić nie oraz mężczyzn, którzy popełniają samobójstwa wielokrotnie częściej niż kobiety, bo nie umieją sobie radzić z emocjami (tak, wiem, upraszczam).
A co z normami, które wymagają od kobiet zajmowania się domem i dziećmi, a od mężczyzny utrzymania tegoż domu; które wymagają od kobiet zakrywania ciała (żeby nie prowokowało), nie pozwalają im samodzielnie podróżować; które nakazują poślubić wybraną przez rodzinę (często obcą) osobę, stawiać wolę rodziców ponad własną; normami, które nakazują lub zakazują jedzenia konkretnych produktów albo narzucają picie alkoholu; albo normami, które wymagają okaleczania genitaliów dziewczynkom?
Nie wszystkie normy społeczne i uwarunkowania kulturowe są z gruntu złe. Wiele z nich natomiast ogranicza ludzi i narzuca im wzorce postępowania, które wcale nie są dla nich dobre. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z nas ma rozum, który pozwala na krytyczną analizę i świadome odrzucenie (bądź przyjęcie) zasad, które narzuca nam społeczeństwo. Warto z tego korzystać.
Dlatego następnym razem zrobisz coś "bo tak się robi", zrezygnujesz z czegoś "bo kobiecie/mężczyźnie nie wypada", albo osądzisz kogoś w internecie "bo powinno być inaczej" - pomyśl.
* A jak jest z nazwiskami w innych krajach, których tradycje znacie?
Nie wiem, skąd pochodzi ta ilustracja, ja pierwszy raz widziałam ją na Blog Ojciec choć nieco przerobiłam ją na potrzeby tego wpisu

poniedziałek, 3 lutego 2020
Zarządzanie pieniędzmi (a związek mieszany)
Pieniądze stanowią na tyle częsty powód konfliktów w parze, że kłótnie o nie są wręcz przysłowiowe. Wynika to z faktu, że ludzie wchodząc w związek, wnoszą do niego swoje - często sprzeczne - oczekiwania, wyobrażenia, preferencje i sposoby funkcjonowania często sprzeczne dotyczące wszystkiego od zarządzania pieniędzmi po sposób wieszania prania - a te pierwsze są dla większości ludzi po prostu ważniejsze. I z tego powodu naprawdę warto przedyskutować ten temat zanim podejmiemy Ważne Życiowe Decyzje.
Z racji swojej specyfiki, związki mieszane są narażone na konflikty na tle finansowym być może bardziej niż inne. Poglądy na temat zarabiania i wydawania pieniędzy (jak i na wiele innych rzeczy) zaczynają się bowiem kształtować już młodości w domu rodzinnym. Zawsze powtarzam, że człowiek po to ma rozum, żeby przeanalizować różne rzeczy, które mu wpojono i świadomie je przyjąć lub odrzucić, ale prawda jest taka, że nie każdy to robi, dlatego wiążąc się z osobą wychowaną w innym kręgu kulturowym, warto być świadomym zjawisk z którymi możemy się zetknąć.
Z jednej strony jest wiele kultur, w których od dzieci (zwłaszcza mężczyzn) oczekuje się wspierania finansowo rodziców lub/i rodzeństwa. W kulturze muzułmańskiej, z kolei, bardzo często mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie domu, podczas gdy kobieta swoje ewentualne zarobki zachowuje dla siebie. Dodatkowo członek rodziny żyjący w Europie jest często postrzegany jako bogaty (nawet jeśli wcale tak nie jest). Rodziny emigranta miewają rozbuchane oczekiwania materialne, a sam emigrant: poczucie, że powinien je zaspokajać. Czasem potrafi to przybierać dość skrajne formy kiedy pieniądze wysyłane są w sekrecie, a listy życzeń obejmują nowe smartfony, telewizory i markowe ubrania, a wszystko to odbywa się kosztem nowej rodziny. Nie mówiąc już nawet o sytuacjach, kiedy cała rodzina bierze udział w oszustwie wspierając wizowca, który łowi Europejkę, mającą stanowić źródło papierów i gotówki.
I dlatego także w związku multi-kulti takie ważne jest omówienie wizji zarządzania budżetem i nakreślenie jasnych, akceptowalnych dla obu stron zasad.
Wspominałam kiedyś, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem decydując się na wspólne zamieszkanie, było ogarnięcie podziału obowiązków domowych. Drugą z takich rzeczy było opracowanie zasad i szczegółów funkcjonowania wspólnego budżetu. Od tamtego czasu minęło z 6 lat i sporo się pozmieniało, ale w efekcie udało nam się wypracować system, który wg mnie jest optymalny (dla dwojga pracujących osób). Pozwala na wspólną kontrolę nad wydatkami, zapewnia przejrzystość i jasność, ale też pewien zakres niezależności.
Oto przepis:
1. Spis wspólnych wydatków. W tym kroku należy sporządzić listę wszystkich wydatków, które mamy zamiar ponosić razem: od czynszu, przez rachunki za media i internet, jedzenie, chemię domową, rozrywkę itd. To jest moment, kiedy trzeba przedyskutować jak bardzo wspólny budżet chce się mieć. My ostatecznie zdecydowaliśmy się włączyć tu prawie wszystko poza wydatkami na swoje hobby, wyjścia ze znajomymi (bez partnera), ciuchy i prezenty, ale w poprzednich latach bywało inaczej. Do tego wszystkiego trzeba doliczyć kwotę, jaką chcielibyśmy miesięcznie razem odkładać.
2. Podział. Gotową listę dzielimy. My zdecydowalismy się na podział proporcjonalnie do zarobków: wydaje mi się on bardziej sprawiedliwy niż pół na pół, ale taka opcja też jest możliwa.
Kwotę, która tu wyszła, każde przelewa na wspólne konto na początku miesiąca.
3. Część własna. Różnica pomiędzy wypłatą, a wartością uzyskaną w punkcie drugim stanowi budżet własny, którym każde dysponuje wedle uznania i z którego nie ma obowiązku się tłumaczyć. Umożliwia to ewentualną pomoc rodzicom czy rodzeństwu, ale nie kosztem własnej rodziny. Ewentualnie pozwala na nieskrepowane zakupy dowolnej natury bez stresu (ze strony) partnera
4. Komunikacja i feedback. Wszystkie większe wydatki przegadujemy - szczególnie te, które wymagają odkładania pieniędzy. Na koniec miesiąca waeto zrobić podsumowanie wszystkich rozchodów w stosunku do planu i na tej podstawie ewentualnie aktualizować na bieżąco budżet na kolejne miesiące.
Temat wysyłania rodzinie pieniędzy, zawsze wzbudza sporo emocji i gorących dyskusji. Żona i dziecko powinny być pierwsze; jak można matce nie pomóc; dawanie hajsu pazernym pasożytom jest nieakceptowalne; dla nich rodzina zawsze będzie najważniejsza; nie pozwalam na wysyłanie pieniędzy; gdyby mój facet oczekiwał, że przestanę pomagać mamie, musielibyśmy się rozstać.
Kto ma racje?
Wiążąc się z facetem z importu trzeba pamiętać, że chęć wspierania finansowo rodziny jest zupełnie normalna. W wielu krajach system emerytalny jest bardzo słaby albo nie ma go wcale, podobnie z opieką zdrowotną. Dostęp do edukacji też bywa kosztowny. Twój chłopak czy mąż ma prawo chcieć pomagać rodzinie, zwłaszcza, że - jak wspomniałam wyżej - być może w kulturze z której pochodzi jest to standard i jest to od niego oczekiwane. Ma prawo nawet chcieć mieszkać w klitce i jeść byle co, po to żeby wysłać kilkaset euro miesięcznie do domu. Ma prawo chcieć wozić drogie prezenty, nawet tylko po to żeby się pokazać.
Ale związek tworzą dwie osoby i obie muszą się w nim czuć dobrze. Inaczej to po prostu nie ma sensu. Nie musisz się godzić na nic, co ci nie pasuje w imię różnic kulturowych i tego, że "oni tak mają". Masz prawo mieć swoje potrzeby i masz prawo oczekiwać, że rodzina którą wy (s)tworzycie będzie na pierwszym miejscu. Masz prawo chcieć mieszkać wygodnie, jeść smacznie, a nawet wyjeżdżać na wakacje. Nazwijmy takie oczekiwania naszą kulturą.
Jest wiele rodzin, które nie mają żadnych oczekiwań materialnych, a wręcz pomagają dzieciom na emigracji. Są takie, które mają problemy finansowe, zdrowotne itd, a są i takie, które po prostu chcą kasy i przedmiotów, na które mogłyby zarobić same. Są faceci (lub kobiety) z importu, którzy nic nie dają, są tacy, którzy robią to czasami i tacy, którzy robią to często i szczodrze. No i analogicznie: są partnerki (partnerzy), chętnie angażujące się w takie wsparcie i te kompletnie temu przeciwne.
Widzicie już do czego zmierzam? Czasem te dążenia po prostu są nie do pogodzenia. Można dyskutować, kto ma rację, porównywać kupowanie mamie leków lub siostrze smartfona z zabieraniem żony na randkę i przerzucać się rożnego rodzaju argumentami. Problem w tym, że nie ma dobrej odpowiedzi. Jedyne co można zrobić to poznać oczekiwania i plany drugiej osoby i próbować wypracować rozwiązania, które zadowolą oboje. Ewentualnie znaleźć kogoś bardziej kompatybilnego.
Fot. Unsplash

poniedziałek, 27 stycznia 2020
Czy warto mieć gdzieś krytykę?
Ostatnio bardzo często obserwuję wśród ludzi postawę typu to moje życie i mam gdzieś, co inni myślą. Niby jest to fajna, wyzwalająca postawa, która pozwala zdystansować się od krępujących, bezsensownych norm społecznych i najróżniejszych "co ludzie powiedzą". I to jest bardzo spoko, gdyż wiele z nich tak naprawdę nie daje jednostce niczego poza ograniczeniami.
Ta postawa zazwyczaj pociąga za sobą także stwierdzenia takie jak nie obchodzi mnie krytyka innych i ludzie krytykują, bo leczą swoje kompleksy. Wiele osób na pewno się zgodzi zwłaszcza z tym ostatnim stwierdzeniem. I w pewnym sensie to prawda, wypowiadanie negatywnych opinii na temat czyjegoś wyglądu czy poziomu inteligencji, często jest podyktowane kompleksami i niską samooceną.
Tylko czy to jest krytyka?
W potocznej polszczyźnie słowo "krytyka" i "krytykować" są używane w dwóch różnych znaczeniach, na które tak naprawdę mamy dwa różne terminy:
- Krytyka (łac. criticus – osądzający) – analiza i ocena dobrych i złych stron z punktu widzenia określonych wartości (np. praktycznych, etycznych, poznawczych, naukowych, estetycznych, poprawnych) jako niezbędny element myślenia. /za wikipedią/
- Krytykanctwo «niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania» /za SJP/
Także potoczne "krytykowanie kogoś" ("ona mnie ciągle krytykuje"), niekoniecznie jest krytyką, a często krytykanctwem, które - pewnie wszyscy się zgodzimy - nie jest niczym dobrym.
A co z krytyką?
Człowiek przez całe swoje życie się zmienia. Nauka nowych rzeczy, naprawianie błędów, wychodzenie z nałogów i traum, zmienianie (nomen omen) sposobów funkcjonowania czy zachowania - to wszystko są zmiany. Zmiany są niezbędne, bez nich nie można mówić o rozwoju, dojrzewaniu, pracy nad sobą, postępach ani leczeniu czy terapii. Każdy z nas (mam nadzieję) chce się stawać lepszym człowiekiem - jakkolwiek by tego nie definiował - co jest przecież procesem nieustającej zmiany.
Czasami jest to prostu naturalne i przychodzi niejako "samo", jak nauka chodzenia. Ale często wymaga świadomego, skoncentrowanego wysiłku. A jaki jest pierwszy krok do takiej intencjonalnej zmiany? Otóż: uświadomienie sobie, że jest ona potrzebna - co nie jest wcale takie proste.
Dlaczego o tym piszę w tym momencie? Dlatego, że tu właśnie pojawia się rola krytyki.
Bardzo często druga osoba, patrząca z zewnątrz widzi rzeczy, których sami w sobie nie dostrzegamy. Począwszy od sałaty między zębami, przez spodnie pogrubiające w tyłku, po zachowania, reakcje i wybory życiowe. Często działamy lub reagujemy w sposób, który z naszego punktu widzenia jest jak najbardziej uzasadniony i adekwatny do sytuacji, podczas gdy zewnętrzny obserwator ma zupełnie inne refleksje. Nierzadko druga osoba zauważa związki, połączenia, wzory zachowań, których w ogóle nie jesteśmy świadomi.
Osoba nadużywająca alkoholu; facet, który źle traktuje partnerkę; kobieta wykorzystywana przez ukochanego; dziewczyna, która ciągle przyciąga nieodpowiednich mężczyzn i nie wie dlaczego; ktoś komu ciągle nie udaje się dostać awansu - to przykłady sytuacji, w których może być ciężko dostrzec samemu istotę problemu. Zwłaszcza, że obraz własnej osoby bardzo zakłócają nam mechanizmy obronne, których (w uproszczeniu) rolą jest zapewnianie nam względnie dobrego samopoczucia psychicznego. Dlatego 5 piw dziennie w oczach tego, kto je pije to tylko "relaks do którego każdy ma prawo po ciężkim dniu w pracy", a nie problem alkoholowy - czym zapewne jest dla otoczenia. Wyzywanie żony od idiotek to tylko reakcja na jej głupie (a jakże) zachowania, których nikt normalny by nie zniósł - a nie przemoc psychiczna. Nieodpowiedni faceci po prostu pojawiają się sami, zupełnie bez związku z lateksową mini i gorsetem w cętki prezentowanymi co piątek w klubie razem z 15cm szpilkami, wyzywającym makijażem i piciem bez kontroli. Brak awansu to skutek układu i faworyzowania innych osób, a nie godzinnych przerw na kawkę, spóźnień, czy braku zaangażowania.
W każdym z tych przypadków zapewne był w otoczeniu ktoś, kto - w przeciwieństwie do samego zainteresowanego - doskonale widział, co i/ lub dlaczego się dzieje. Z dystansu po prostu widać często lepiej.
Dlatego dobrze być otwartym na konstruktywną krytykę. Jeśli mamy w swoim otoczeniu osoby, których opinię i rozsądek cenimy, a dobrej woli ufamy, nie zaszkodzi posłuchać co mają do powiedzenia i przemyśleć ich uwagi w momencie (bolesnej) autorefleksji. Nie jest to proste, bo komunikaty tego typu w sposób naturalny budzą opór. Warto jednak odłożyć go na chwilę na półkę i zastanowić się, czy może jednak jest coś co w nas nie gra oczywistego dla wszystkich dookoła?
czwartek, 9 stycznia 2020
(Nie)docenianie
Dwa dni temu wpadł mi w oko komentarz dość popularnego blogera wyjaśniający dlaczegóż to związki ludziom nie wychodzą. Ogólnie był to całkiem sensowny pod wieloma względami tekst (jeśli chcecie, mogę wrzucić linka do posta, pod którym go znajdziecie), ale między tymi trafnymi analizami pojawiło się takie oto stwierdzenie:
ludzie w związkach zwracają uwagę głównie na złe rzeczy i bardzo trudno jest to stłumić. Bo po pewnym czasie przyjmuje się, że normalnym jest, że ktoś upierze, ugotuje, załatwi lekarza dla dzieci, pójdzie do tego lekarza etc. To jest normalne. To jest standard. Problem pojawia się tylko wtedy, kiedy ten standard zostanie naruszony. I wtedy jest darcie ryja. Czyli nie doceniamy kogoś za robienie dobrych rzeczy, bo przyjmujemy to za naturalne, a opierdalamy za najdrobniejsza pomyłkę.
Jestem jak najbardziej za cieszeniem się z drobiazgów i docenianiem małych rzeczy, zwłaszcza, że ewolucja sprawiła, że bardziej zauważamy i zapamiętujemy te złe.
No ale bez przesady.
Myślałam o tym z perspektywy ostatniego wpisu o obowiązkach domowych i doszłam do wniosku, że dla mnie tak naprawdę mycie garów, czyszczenie kibla i wyrzucanie śmieci (a także prowadzenie dzieci do lekarza - o ile ktoś je ma), to jest standard. Zajmowanie się własnym domem albo dziećmi to jest absolutnie podstawowy standard i naprawdę nie widzę tu pola do doceniania kogokolwiek.
Czy oczekujemy doceniania za to, że nie spóźniliśmy się do pracy, zapłaciliśmy rachunek za telefon albo wysłaliśmy PIT? Nie. Bo to są nasze obowiązki. Wypełnienie ich to (sorry za powtórzenia) standard, a niedociągnięcia grożą nieprzyjemnymi konsekwencjami (naganą, niższą oceną roczną, karą pieniężną itp.). Dlaczego z obowiązkami domowymi miałoby być inaczej?
I nie mówię tu, że należy "drzeć ryja" za każdym razem, kiedy partner nie umyje garów. Każdy ma prawo do słabszego dnia, wyrozumiałość to fajna cecha, którą warto w sobie rozwijać, a związek polega też na tym, żeby wspierać się w takich momentach i albo po prostu olać te gary, albo - jeśli się z jakiegoś powodu nie da - ogarnąć je za partnera.
Nie mówię też, że nie należy doceniać partnera - doceniajmy jak najbardziej. Doceniajmy cechy, które sprawiły, że to właśnie z tą osobą jesteśmy. Ja na przykład doceniam swojego za system wartości, dzięki któremu ten nasz podział obowiązków domowych jest możliwy i funkcjonuje. Doceniam go za charakter: to, że jest odpowiedzialny i obowiązkowy, dzięki czemu nie muszę w ogóle myśleć o jego części obowiązków, bo wiem, że wszystko będzie ogarnięte (i vice versa). Doceniam też wszystkie rzeczy "ekstra" (ponad standard): śniadanie do łóżka, ulubioną czekoladę kupioną przy okazji robienia zakupów na obiad, nadłożenie drogi, żeby odebrać moją paczkę, bo ja musiałam dłużej zostać w pracy. Ale czy muszę wychwalać go pod niebosa, bo odkurzył?
Jak myślicie? Jestem wredną zołzą o wygórowanych wymaganiach, czy też nie?
Za co Wy doceniacie swoje drugie połówki?
ludzie w związkach zwracają uwagę głównie na złe rzeczy i bardzo trudno jest to stłumić. Bo po pewnym czasie przyjmuje się, że normalnym jest, że ktoś upierze, ugotuje, załatwi lekarza dla dzieci, pójdzie do tego lekarza etc. To jest normalne. To jest standard. Problem pojawia się tylko wtedy, kiedy ten standard zostanie naruszony. I wtedy jest darcie ryja. Czyli nie doceniamy kogoś za robienie dobrych rzeczy, bo przyjmujemy to za naturalne, a opierdalamy za najdrobniejsza pomyłkę.
Jestem jak najbardziej za cieszeniem się z drobiazgów i docenianiem małych rzeczy, zwłaszcza, że ewolucja sprawiła, że bardziej zauważamy i zapamiętujemy te złe.
No ale bez przesady.
Myślałam o tym z perspektywy ostatniego wpisu o obowiązkach domowych i doszłam do wniosku, że dla mnie tak naprawdę mycie garów, czyszczenie kibla i wyrzucanie śmieci (a także prowadzenie dzieci do lekarza - o ile ktoś je ma), to jest standard. Zajmowanie się własnym domem albo dziećmi to jest absolutnie podstawowy standard i naprawdę nie widzę tu pola do doceniania kogokolwiek.
Czy oczekujemy doceniania za to, że nie spóźniliśmy się do pracy, zapłaciliśmy rachunek za telefon albo wysłaliśmy PIT? Nie. Bo to są nasze obowiązki. Wypełnienie ich to (sorry za powtórzenia) standard, a niedociągnięcia grożą nieprzyjemnymi konsekwencjami (naganą, niższą oceną roczną, karą pieniężną itp.). Dlaczego z obowiązkami domowymi miałoby być inaczej?
I nie mówię tu, że należy "drzeć ryja" za każdym razem, kiedy partner nie umyje garów. Każdy ma prawo do słabszego dnia, wyrozumiałość to fajna cecha, którą warto w sobie rozwijać, a związek polega też na tym, żeby wspierać się w takich momentach i albo po prostu olać te gary, albo - jeśli się z jakiegoś powodu nie da - ogarnąć je za partnera.
Nie mówię też, że nie należy doceniać partnera - doceniajmy jak najbardziej. Doceniajmy cechy, które sprawiły, że to właśnie z tą osobą jesteśmy. Ja na przykład doceniam swojego za system wartości, dzięki któremu ten nasz podział obowiązków domowych jest możliwy i funkcjonuje. Doceniam go za charakter: to, że jest odpowiedzialny i obowiązkowy, dzięki czemu nie muszę w ogóle myśleć o jego części obowiązków, bo wiem, że wszystko będzie ogarnięte (i vice versa). Doceniam też wszystkie rzeczy "ekstra" (ponad standard): śniadanie do łóżka, ulubioną czekoladę kupioną przy okazji robienia zakupów na obiad, nadłożenie drogi, żeby odebrać moją paczkę, bo ja musiałam dłużej zostać w pracy. Ale czy muszę wychwalać go pod niebosa, bo odkurzył?
Jak myślicie? Jestem wredną zołzą o wygórowanych wymaganiach, czy też nie?
Za co Wy doceniacie swoje drugie połówki?
poniedziałek, 6 stycznia 2020
Mąż nie pomaga mi w domu
Od czasu do czasu napotykam w internecie na pytanie "czy mężowie pomagają wam w domu". I za każdym razem odpowiadam: nie, mój mąż nie pomaga mi w domu. Obowiązki wynikające ze wspólnego prowadzenia naszego wspólnego domu dzielimy równo pomiędzy siebie. A część delegujemy.
Bardzo nie lubię tego określenia: "facet pomaga w domu" - sugeruje ono, że dom to z definicji odpowiedzialność kobiety, a mężczyzna może (jeśli ma taki kaprys) ewentualnie ruszyć palcem, żeby jej "pomóc". Moim zdaniem, nasz dom to odpowiedzialność nas obojga - chyba, że umówimy się inaczej (jedno pracuje, drugie zajmuje się domem - chociaż zdecydowanie nie jestem fanką tego typu rozwiązań na dłuższą metę). Myślę, że nie zdecydowałabym się na relację z mężczyzną, który ma tzw tradycyjne podejście.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem, kiedy podjęliśmy decyzję o wspólnym mieszkaniu, było omówienie naszego podejścia do domowych obowiązków. Potem spisaliśmy je wszystkie na kartce, wraz z częstotliwością i podzieliliśmy sprawiedliwie pomiędzy nas dwoje. Nie jest tak, że wszystko działało bez zarzutu od pierwszego dnia. Sporo czasu się docieraliśmy, wiele razy spieraliśmy o sposób wykonania danych zadań. To chyba normalne, w końcu, każdy człowiek ma jakiś tam swój zbiór wyobrażeń, jak różne rzeczy powinny funkcjonować - co niekoniecznie (a w zasadzie prawie nigdy) pokrywa się z wizją drugiej osoby. Ale mimo dość długiego docierania się, podstawowy podział od samego początku był jasno zdefiniowany i respektowany.
Przeraża mnie jak wiele kobiet jest zaskoczonych takimi rzeczami jak brak zaangażowania męża w obowiązki domowe, czy opiekę nad dzieckiem. Męża - nie nowego chłopaka - człowieka, za którego zdecydowały się wyjść. Aż ciężko uwierzyć, jak wiele osób podejmuje decyzje o takiej wadze kompletnie nie omawiając z partnerem istotnych kwestii. Kiedyś myślałam, że nie jest to zjawisko aż tak częste, ale po prostu widoczne w tych częściach internetu, w których się obracam. A potem przeczytałam to:
Ludzie bardzo często wybierają święty spokój. Uważają że jak zdecydują się na udawanie, że czegoś nie ma, to ten święty spokój osiągną. O najważniejszych sprawach nie rozmawiają latami: o kwestiach systemu wartości, wyborów życiowych, sposobu wychowania dzieci, czy relacji z rodzicami [Danuta Golec w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim w ramach książki "Kochaj wystarczająco dobrze" - polecam].
Taka postawa kompletnie nie mieści mi się w głowie. Jak można w ogóle zdecydować się na spędzenie reszty życia z człowiekiem, którego systemu wartości i światopoglądu nie znamy? Jak można nie omówić takich rzeczy jak preferowany model rodziny, nasze w niej role, wychowanie dzieci, relacje z dalszą rodziną, styl życia, zarządzanie budżetem i wiele, wiele innych? Jak w takiej sytuacji można w ogóle czuć, że zna się drugą osobę? Kiedyś na jednej z grup padło pytanie o poglądy społeczno-ekonomiczne partnerów. Większość odpowiedzi brzmiała "nie rozmawiamy o polityce", a ja przez kilka dni byłam w szoku, jak można nie wiedzieć, jakie poglądy ma nasz życiowy partner?
Co ciekawe, prawie za każdym razem, gdy w jakiejś internetowej dyskusji napiszę, że takie rzeczy trzeba omawiać przed ślubem (bądź też decyzją o wspólnym spędzeniu reszty życia), pojawia się odpowiedź w rodzaju "to tylko teoria", "to tylko gadanie, życie i tak pokaże" albo wręcz "po co gadać, i tak powie ci to, co chcesz usłyszeć". Tak - życie weryfikuje wszystko. Tak - czyny są ważniejsze niż słowa, to nie ulega wątpliwości.
Ale to nijak nie znaczy, że można po prostu NIE ROZMAWIAĆ. Przecież od rozmowy wszystko się zaczyna. Po co miałabym marnować czas na "życie pokaże" jeśli już w rozmowie wychodzi, że facet uważa, że - trzymając się przykładu z początku tekstu - obowiązki domowe to domena kobiety? Z rozmowy naprawdę dużo można się dowiedzieć: nie chodzi przecież o wymianę zdań typu: "jak się pobierzemy to będziesz sprzątał?" "oczywiście kochanie" "świetnie, to weźmy ślub", ale o poznawanie siebie nawzajem przez dyskusje. Liczne dyskusje na wiele tematów. Kłamstwo w jednej najprawdopodobniej wyjdzie na jaw w jakiejś innej. A skoro mowa o kłamstwie: czy ktokolwiek rozważa decyzję o wspólnej przyszłości i ślubie z osobą, której słowom nie ufa ("powie ci co chcesz usłyszeć")? Wydaje mi się, że zastanawiając się nad takim krokiem, przynajmniej mamy pewność, że partner jest z nami szczery.
Oczywiście, nawet najszczersze intencje czasem rozjeżdżają się z rzeczywistością, dlatego warto nie tylko omówić różne rzeczy, ale przetestować je w praktyce (mieszkanie razem przed ślubem jest nie do przecenienia!). Ale gdy już się rozjadą, można powiedzieć "nie tak się umawialiśmy" i wyegzekwować uzgodniony wcześniej układ.
A jeśli wszystkie rozmowy jasno pokazują, że bardzo się różnimy pod względem ważnych wartości (co się przecież często zdarza, zwłaszcza w związkach mieszanych)- przynajmniej dają szansę podjąć świadomą decyzję co do następnych kroków i przyszłości związku.
środa, 30 października 2019
Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 2.
Wiecie co? Moje Wielkie Marokańskie Wesele (MWMW) mnie zaczęło trochę przerastać. Gdzieś mniej więcej pomiędzy momentem, kiedy dowiedziałam się, że jeszcze potrzebujemy czwartego stroju (a do każdego z nich muszę też mieć inną parę butów), a momentem, kiedy odkryłam, że teściowa mnie wysyła do fryzjera, który najprawdopodobniej zrobi mi doczepy, bo moje własne, krótkie włosy, nie będą stanowiły wystarczającej bazy do tiary, którą mam mieć na głowie. Na makijaż z resztą także, mimo, że wspomniałam, że zamierzam pomalować się sama - chyba moje własne umiejętności w tym zakresie nie budzą jej zaufania.
Mam uczucie, że teściowa jakby próbowała mnie przerobić na Marokankę - przynajmniej na ten jeden dzień. Myślę sobie, że może powinnam to docenić być mniej niewdzięczna, bo wiele kobiet w związkach mieszanych w ogóle nie miało okazji poznać teściów albo nie zostały przez nich zaakceptowane na tyle, żeby organizować im wesela. Może powinnam założyć na twarz uśmiech numer pięć i otworzyć się entuzjastycznie na to nowe, jakby nie było: jedyne w swoim rodzaju doświadczenie? (Dlaczego, ach dlaczego, nie może to być ślub jednej z moich szwagierek?). Staram się.
Mam uczucie, że teściowa jakby próbowała mnie przerobić na Marokankę - przynajmniej na ten jeden dzień. Myślę sobie, że może powinnam to docenić być mniej niewdzięczna, bo wiele kobiet w związkach mieszanych w ogóle nie miało okazji poznać teściów albo nie zostały przez nich zaakceptowane na tyle, żeby organizować im wesela. Może powinnam założyć na twarz uśmiech numer pięć i otworzyć się entuzjastycznie na to nowe, jakby nie było: jedyne w swoim rodzaju doświadczenie? (Dlaczego, ach dlaczego, nie może to być ślub jednej z moich szwagierek?). Staram się.
Tylko, że jednocześnie do głowy ciśnie się pytanie "a gdzie w tym jestem ja?" Ja: z moimi krótkimi włosami, niechęcią do bycia w centrum uwagi, i do bycia noszoną, awersją do doczepów, mocnego makijażu, sukienek i tiar (poza Tiarą Przydziału, ale coś mi mówi, że nie o taką chodzi)?
Pewnie gdzieś w tym wszystkim jest jakiś złoty środek i mam nadzieję, że uda mi się go znaleźć.
Więc jeśli ktoś wie gdzie go szukać, niech przemówi teraz (albo zamilknie na wieki)
Pewnie gdzieś w tym wszystkim jest jakiś złoty środek i mam nadzieję, że uda mi się go znaleźć.
Więc jeśli ktoś wie gdzie go szukać, niech przemówi teraz (albo zamilknie na wieki)
środa, 16 października 2019
Związek (mieszany), a opinie innych
Przeczytałam historię kobiety, która popełniła samobójstwo po tym, jak odkryła, że jej dużo młodszy tunezyjski ukochany ma na boku drugą (a może pierwszą?) żonę: Tunezyjkę w swoim wieku. W jednym ze swoich ostatnich postów, obarcza go odpowiedzialnością za swoją śmierć i wspomina o tym, że przez niego straciła rodzinę i przyjaciół, którzy odradzali jej ten związek.
Śmierć zadana własną ręką to zawsze straszna tragedia. Większość z nas pewnie nawet nie wyobraża sobie cierpienia i poczucia samotności i desperacji, jakie musi odczuwać osoba decydująca się na taki krok. Jak bardzo brakowało jej wsparcia.
Przez wszystkie te lata związku z Szalonym Naukowcem przeczytałam wiele dyskusji na temat "
Śmierć zadana własną ręką to zawsze straszna tragedia. Większość z nas pewnie nawet nie wyobraża sobie cierpienia i poczucia samotności i desperacji, jakie musi odczuwać osoba decydująca się na taki krok. Jak bardzo brakowało jej wsparcia.
Przez wszystkie te lata związku z Szalonym Naukowcem przeczytałam wiele dyskusji na temat "
co zrobić jeśli rodzina/znajomi mają coś przeciwko naszemu związkowi?. I wiecie co? 90% komentarzy to rzeczy w stylu to moje życie, nie mam zamiaru się oglądać na opinie innych; odcięłam się od nich; to twój partner, jak komuś się nie podoba, pokaż mu drzwi itd.
Szczerze mówiąc zawsze czułam się jakaś inna czytając takie komentarze. Może jestem niezwykłą szczęściarą (albo po prostu świetnie dobieram przyjaciół), bo nikt w moim otoczeniu nie miał nigdy zastrzeżeń do mojego męża. Mam wrażenie, że wszyscy go lubią (czasem może bardziej niż mnie), moi rodzice też bez problemu go zaakceptowali. Pewnie gdyby ktoś z moich znajomych miał problem z jego narodowością lub kolorem skóry - szybko przestałby być moim znajomym.
Ale nie potrafię sobie wyobrazić odcięcia się od WSZYSTKICH przyjaciół i całej rodziny. Nie potrafię sobie wyobrazić powiedzenia wszystkim pocałujcie się w nos, to moje życie i nic wam do tego, bez wzięcia pod uwagę ich argumentów i przynajmniej próby dogadania się, wyjaśnienia. Czasem wielu prób. Gdyby wszystkie bliskie mi osoby, których rozsądkowi i ocenie sytuacji ufam, twierdziły (używając racjonalnych argumentów), że mój egzotyczny absztyfikant wykorzystuje mnie dla wizy, lub po prostu źle traktuje - raczej nie potrafiłabym się ot tak po prostu od nich wszystkich odciąć.
Tak, miłość jest ważna i to może ten mężczyzna będzie twoją najbliższą rodziną przez resztę życia. Ale jesteśmy istotami społecznymi, a pozytywny wpływ sieci wsparcia społecznego na nasze zdrowie (psychiczne i fizyczne) udowodniła cała masa badań. Potrzebujemy związków z różnymi ludźmi. Czy naprawdę warto tak łatwo ucinać wieloletnie relacje?
Tak, miłość jest ważna i to może ten mężczyzna będzie twoją najbliższą rodziną przez resztę życia. Ale jesteśmy istotami społecznymi, a pozytywny wpływ sieci wsparcia społecznego na nasze zdrowie (psychiczne i fizyczne) udowodniła cała masa badań. Potrzebujemy związków z różnymi ludźmi. Czy naprawdę warto tak łatwo ucinać wieloletnie relacje?
Wierzę, że większość bliskich tak naprawdę często nieudolnie (bo nie wiedzą, bo kieruje nimi nieświadomy lęk, bo działają wszystkie możliwe błędy poznawcze i heurystyki - to temat na całkiem inny post), chce dla nas dobrze. I wierzę, że większość z nich, jak już oswoi się z nieznanym, pozna wybranka: pozbędzie się lęków i uprzedzeń oraz spojrzy obiektywnie. A jeśli jest on dobrym człowiekiem o dobrych intencjach, który nas dobrze traktuje: zaakceptuje go. Być może będą mieli wątpliwości, często bardzo stereotypowe (że przykuje cię do kaloryfera, że zamknie w domu, że każe zmienić wyznanie, odbierze dzieci i ubierze w burkę), czasem bardzo sensowne (że różnice kulturowe będą trudne do pokonania, że wyjedziesz z nim i nie będą cię już mieli blisko, że on cię oszukuje, że chce tylko wizy). Być może będzie trzeba spędzić sporo czasu słuchając, wyjaśniając, rozmawiając. Być może trzeba będzie po prostu przedstawić ich sobie i dać czasowi upłynąć. Ale wierzę, że warto przynajmniej dać im szansę. No i słuchać co mówią. Zwłaszcza, że osoba, która stoi z boku, potrafi spojrzeć z dystansem i zauważyć rzeczy, których my nie widzimy.
Oczywiście są sytuacje skrajne. Są ludzie tak przesiąknięci nienawiścią lub strachem, że jedyne na co ich stać to komentarze o zdradzie narodu, propozycje golenia głowy, teksty o dawaniu d..y "brudasowi", stawianie ultimatum albo zakaz wprowadzania partnera do domu. Mam głęboką nadzieję, że z czasem takich postaw będzie mniej i mniej. Ale tak naprawdę taką retorykę bardzo łatwo odróżnić od racjonalnych argumentów, prawda?
Odcinajmy się więc od głupiego hejtu, ale poza tym dajmy naszym bliskim chociaż szansę, nie skreślajmy ich łatwo.
A piszę to wszystko, bo nie mogę przestać myśleć o tym, że może gdyby ta kobieta z pierwszego akapitu miała więcej wsparcia od bliskich, gdyby ich nie wyrzuciła ze swojego życia, nie doszłoby do tragedii?
Oczywiście są sytuacje skrajne. Są ludzie tak przesiąknięci nienawiścią lub strachem, że jedyne na co ich stać to komentarze o zdradzie narodu, propozycje golenia głowy, teksty o dawaniu d..y "brudasowi", stawianie ultimatum albo zakaz wprowadzania partnera do domu. Mam głęboką nadzieję, że z czasem takich postaw będzie mniej i mniej. Ale tak naprawdę taką retorykę bardzo łatwo odróżnić od racjonalnych argumentów, prawda?
Odcinajmy się więc od głupiego hejtu, ale poza tym dajmy naszym bliskim chociaż szansę, nie skreślajmy ich łatwo.
A piszę to wszystko, bo nie mogę przestać myśleć o tym, że może gdyby ta kobieta z pierwszego akapitu miała więcej wsparcia od bliskich, gdyby ich nie wyrzuciła ze swojego życia, nie doszłoby do tragedii?
czwartek, 10 października 2019
Jak radzić sobie z różnicami w związku
Znacie moją teorię, że nic nie jest tak ważne dla udanego związku, jak dobre dopasowanie. Dopasowanie wcale jednak nie musi znaczyć podobieństwa. Ludzie różnią się pod bardzo wieloma względami i to jest super, bo gdybyśmy wszyscy byli tacy sami świat byłby okropnie nudny. Jednak różnorodność, która czyni świat fascynującym miejscem, niekoniecznie jest łatwa pod jednym dachem.
Różnice między ludźmi mogą mieć najróżniejszą naturę: od światopoglądowych przez osobowościowe po te związane z preferencjami, przyzwyczajeniami, gustem itp. Jedno jest katolikiem, drugie ateistą; jedno preferuje tradycyjny model rodziny, drugie: partnerski; ekstrawertyk i introwertyczka; pesymista z optymistką; jedno lubi co piątek imprezować, drugie: spędzać wolny czas na kanapie; jedno zmywa zaraz po gotowaniu, drugie zostawia gary na kilka godzin (lub dni). I tak dalej.
Różnice międzyludzkie są fajne, ciekawe, wartościowe i stymulujące, ale jeśli dwie osoby chcą dzielić życie, siłą rzeczy będzie dochodziło między nimi do konfliktów na ich tle. Niektóre z nich mogą być trudne lub niemożliwe do przeskoczenia (patrz: dobre dobranie się). Z innymi natomiast można sobie poradzić i jest na to parę strategii.
Wyobraźmy sobie Kasię i Krzyśka. Kasia i Krzysiek są ze sobą już dobrych kilka miesięcy i planują pierwszy wspólny wyjazd: na majowy długi weekend. Problem w tym, że mają bardzo różne wizje, jak ten wyjazd ma wyglądać. Krzysiek, jak przystało na ekstrawertyka, chciałby żeby pojechali - jak on co roku - z jego przyjaciółmi na Mazury, gdzie wynajmą razem domek, całymi dniami będą się kąpać w jeziorze, a wieczorami organizować ogniska i imprezy. Introwertycznej Kasi natomiast, na ich pierwszy wspólny wypad, marzy się romantyczny wyjazd we dwoje w góry. Mamy więc różnicę zdań i konflikt na jej tle. Jak można sobie z tym poradzić?
Moim zdaniem, to co charakteryzuje dobry sposób radzenia sobie z różnicami i konfliktami, to stopień zadowolenia obu zaangażowanych osób i stopień subiektywnie odczuwanej "sprawiedliwości" (który także rzutuje na satysfakcję). Uszeregowałam je wraz ze wrostem obu.
Strategia 1: walka. Kasia i Krzysiek mogą się pokłócić. On może jej wytknąć, że ona nigdy nie chce spotykać się z jego znajomymi, ona jemu - że on nigdy nie ma czasu tylko dla niej. I tak dalej - wszyscy możemy sobie wyobrazić dokąd taka wymiana zdań doprowadzi.
Strategia 2: unikanie. Kasia i Krzysiek, wiedząc, że mają różne opinie, ale nie chcąc się z tym zmierzyć, mogą unikać tematu. Najlepiej tak długo aż jedna z opcji stanie się niemożliwa. Albo obie.
Strategia 3: uleganie. Alternatywnie jedno z nich może też zrezygnować ze swoich preferencji na rzecz drugiego.
Tak naprawdę i unikanie i uleganie mogą czasami być dobrymi rozwiązaniami. Na dłuższą metę jednak obie te metody niosą ze sobą ryzyko: konflikty zepchnięte pod dywan w końcu mogą się wylać szerokim i niekontrolowanym strumieniem. A częste uleganie jednej osoby może doprowadzić do frustracji, poczucia niesprawiedliwości, "punktowania się" i rozliczania. Osoba, która cięgle ustępuje zazwyczaj po jakimś czasie zaczyna mieć pretensję do partnera zarówno o samo ustępowanie, jak i o brak docenienia go - bo jakoś tak już jest, że partner, który zazwyczaj stawia na swoim, łatwo przyzwyczaja sie do takiego stanu rzeczy i traktuje go jako coś oczywistego, wręcz należnego, zamiast zrekompensować poświęcenia przynajmniej dając wyraz wdzięczności i uznaniu. W poświęcającej się osobie narasta więc nie tylko frustracja związana z niespełnionymi oczekiwaniami i niezaspokojonymi potrzebami, ale dodatkowa typu "i po co ja to robię", "niewdzięcznik jeden".
Na szczęście są też bardziej konstruktywne sposoby:
Strategia 4: kompromis.
Kompromis to taka najbardziej oczywista rada, prawda? Ja trochę ustąpię, ty trochę ustąpisz, żadne z nas może nie będzie zadowolone w 100%, ale jakoś to będzie. Kasia i Krzysiek mogliby na przykład podzielić swój długi weekend na pół i spędzić każdą jego część inaczej (zapewne tracąc przy tym część czasu na przejazdy). Ewentualnie mogliby połączyć strategię 3 i 4 i dogadać się, że jedno ustąpi teraz, a drugie: za rok.
Kompromis to całkiem dobre rozwiązanie, a najlepiej sprawdza się w sytuacji, kiedy każdy rezygnuje z czegoś mało istotnego, a dostaje coś ważnego. Jak jednak określić co jest na ile dla kogo ważne i jak to porównać aby zapewnić pewien względny poziom poczucia "sprawiedliwości"?
I tu dochodzimy do ostatniej i jednocześnie mojej ulubionej opcji.
Strategia 5: współpraca.
Współpraca to taki trochę upgrade'owany kompromis. Chodzi w niej o to, żeby zminimalizować ustępowanie na rzecz wspólnie wypracowanego rozwiązania maksymalnie satysfakcjonującego obie strony. Nie jest to jednak takie proste: jeśli interesy/preferencje wydają się sprzeczne, trzeba się czasem nagimnastykować, aby osiągnąć rozwiązanie. Żeby do niego dojść, trzeba przebić się przez to co jest na powierzchni i otworzyć na poznanie i zrozumienie potrzeb drugiej osoby.
Kasia i Krzysiek nie mogą zatrzymać się na stwierdzeniu "on chce ze znajomymi na Mazury" i "ona chce we dwójkę w góry" - muszą oboje pójść dalej i zrozumieć jakie potrzeby stoją za tymi preferencjami. Dopiero, kiedy je poznają, będą w stanie wypracować rozwiązanie.
Na przykład mogą odkryć, że Krzyśkowi zależy na wyjeździe z przyjaciółmi - z którymi trzyma się od lat, a majowy wspólny wyjazd jest dla nich tradycją od czasu studiów - bo są oni dla niego jak rodzina. Z tatą nie ma kontaktu, a mama wiele lat temu wyszła za mąż i skupiła się na kolejnych młodszych dzieciach, i to własnie przyjaciele wspierali go we wszystkich ważnych i trudnych sytuacjach życiowych. Krzyśkowi bardzo zależy na tym, żeby lepiej poznali Kasię, bo czuje, że ich związek robi się poważny. Niestety jak dotąd nie było ku temu za wielu okazji. W sumie Krzysiek trochę się martwi, że Kasia nie lubi jego przyjaciół i dlatego unika spotkań z nimi, albo, że nie traktuje ich związku poważnie, skoro nie chce zbliżyć się z jego przyszywaną rodziną.
Kasia natomiast chciałaby spędzić trochę czasu sam na sam z ukochanym. Oboje dużo pracują, i nie mają go dla siebie za wiele. Kasia, jako osoba zdystansowana i powoli nawiązująca więź czuje, że potrzebuje takiego czasu tylko we dwoje. Spędzenie 5 dni w jednym domku z grupą obcych de facto ludzi i z zerową szansą na odseparowanie się od nich choćby na chwilę, trochę ją przeraża - podobnie jak duża zażyłość całej grupy. Sama nie ma tak bliskich przyjaciół i trochę zazdrości im tej relacji, a jednocześnie jest o nią zazdrosna, bo boi się, że przyjaciele okażą się dla Krzyśka ważniejsi niż ona. Natomiast góry, w których spędziła w dzieciństwie bardzo dużo szczęśliwych dni, to dla niej ważne miejscie, którym chciałaby sie podzielić z partnerem teraz, gdy ich związek robi się poważny.
Dopiero, kiedy już do tego wszystkiego dojdą, a byc może zejdą jeszcze głebiej, będą w stanie wypracować rozwiązanie które wyjdzie na przeciw wszystkim ważnym potrzebom. Na przykład mogą umówić się, że w maju pojadą na Mazury spędzić czas z przyjaciółmi Krzyśka, ale zamiast wynająć z nimi domek, zorganizują sobie oddzielne lokum w okolicy, dzieki czemu Kasia będzie miała przestrzeń na zregenerowanie sił psychicznych. Dodatkowo wygospodarują czas tylko dla siebie we dwoje, a Krzysiek - wiedząc już, co ją trapi - zadba o to, aby Kasia nie czuła się zepchnięta na bok w towarzystwie. Za to w czerwcu wezmą dodatkowe dwa dni wolnego i pojadą w góry.
To wszystko niezawsze jest proste. Czasami potrzeby, które tkwią u źródeł jakiś naszych preferencji są głęboko ukryte i sami nie do końca zdajemy sobie z nich sprawę. Czasem żeby do nich dojść trzeba naprawdę otworzyć się na drugą osobę, co zawsze jest trudne, bo takie odsłonięcie się czyni człowieka podatnym na zranienia i napawa go lękiem. Dlatego warto zadbać o dobrą komunikację w związku i o zbudowanie bezpiecznej przestrzeni na tego typu rozmowy.
Oczywiście nie każda różnica ma jakieś ukryte, głębokie korzenie. Czasami po prostu ona prasuje ręczniki i jest to dla niej oczywiste, bo w jej domu zawsze się tak robiło, a on nie prasuje i koniec. Ludzie mają całe mnóstwo takich "oczywistości", z którymi idą przez życie wcale się nad nimi nie zastanawiając - dopóki nie zderzą się z "oczywistościami" drugiej osoby. Nie każde takie zderzenie wymaga grzebania sobie nawzajem w duszach, czasami aby wypracować wspólne rozwiązanie wystarczy wymienić się argumentami i racjonalnie je przeanalizować.
Ale nawet w sprawach prozaicznych, kompletnie pozbawionych drugiego dna warto dążyć do wspólnych rozwiązań zamiast walczyć albo unikać, prawda?
/Fot. unsplash


poniedziałek, 23 września 2019
Związek (mieszany) a rodzina
Na jakiejś grupie multi-kulti rozgorzała dyskusja dookoła tematu: czy wasi mężowie też ciągle wiszą na telefonie z rodziną?
Problem pojawia się gdy w związku następuje konflikt systemów wartości. Jak to rozwiązać? Czyje podejście jest lepsze? Jedno tęskni za rodziną, drugie za wspólnie spędzonym czasem; dla jednego najważniejsi są rodzice, dla drugiego: małżonek i ewentualnie dzieci.
Jak rozsądzić kto ma rację? Nie da się.
Czy można ograniczać partnerowi kontakty z rodziną albo w ogóle kimkolwiek? No nie można.
Czy można się czuć odrzuconym jedząc samotnie kolejną kolację, czekając aż partner skończy rozmawiać? Można.
Mój eks miał w zwyczaju większość czasu wolnego od pracy wisieć na telefonie - nawet w okresie, kiedy ja do niego przyjeżdżałam w odwiedziny. Było mi bardzo przykro, czułam się nieważna i w sumie trochę lekceważona. Dlatego wiem, że taki stopień zaangażowania partnera w relacje rodzinne nie za bardzo mi pasuje. Jestem zadowolona, że mój Szanowny Małżonek rozmawia z rodziną średnio raz na tydzień - no i oczywiście spędza z nią większość czasu podczas wizyt w Maroku. Ja także nie gadam z rodzicami codziennie.
Dlatego powtórzę to po raz kolejny niczym mantrę: wszystko sprowadza się do dobrania sobie jak najlepiej pasującego elementu z puzzli naszego życia.
A jak jest u was? Pasujecie do siebie pod tym względem, czy nie za bardzo?
Mąż autorki pytania akurat rozmawia ze swoją z dużą intensywnością i częstotliwością, podczas gdy ona wolałaby aby poświęcał czas jej, albo takim rzeczom jak nauka języka i budowanie ich wspólnego życia. Posypały się odpowiedzi, ile czyj facet ma kontaktu z rodziną, ile mają go dziewczyny, które mieszkają za granicą, czy lepiej jak jest dużo czy mało i czy można komuś takie kontakty ograniczać.
I tak sobie myślę, że decydując się na stały związek (albo małżeństwo jeśli ktoś woli) z kimś, tworzymy z tą osobą nową rodzinę (tak, wiem, ktoś mnie zaraz poprawi, że aby mówić o zakładaniu rodziny, trzeba zrobić dziecko. Ja tak jednak tak nie uważam). Ta nowa rodzina powinna być przynajmniej tak samo ważna, jak rodzina urodzenia - a tak naprawdę to według mnie nawet ważniejsza. Uważam, że relacje z rodzicami czy rodzeństwem - chociaż ważne - powinny mieć pewne granice i być utrzymywane w taki sposób, aby nie oddziaływały negatywnie na inne aspekty życia (np związek, albo sytuację finansową). A jeśli partnerka czuje się samotna i zaniedbana to ten negatywny wpływ niewątpliwie ma miejsce.
No ale to tylko moja opinia. Wiem, że są na świecie osoby, dla których rodzina urodzenia na zawsze pozostanie najważniejsza (żona/mąż dziś jest, jutro nie ma, a matkę i ojca masz jednych). Mówi się, że jest to podejście szczególnie częste w pewnych kulturach, ale spotkałam się z nim także w Polsce. Nie zgadzam się, no ale każdy ma swój system wartości, prawda?
I tak sobie myślę, że decydując się na stały związek (albo małżeństwo jeśli ktoś woli) z kimś, tworzymy z tą osobą nową rodzinę (tak, wiem, ktoś mnie zaraz poprawi, że aby mówić o zakładaniu rodziny, trzeba zrobić dziecko. Ja tak jednak tak nie uważam). Ta nowa rodzina powinna być przynajmniej tak samo ważna, jak rodzina urodzenia - a tak naprawdę to według mnie nawet ważniejsza. Uważam, że relacje z rodzicami czy rodzeństwem - chociaż ważne - powinny mieć pewne granice i być utrzymywane w taki sposób, aby nie oddziaływały negatywnie na inne aspekty życia (np związek, albo sytuację finansową). A jeśli partnerka czuje się samotna i zaniedbana to ten negatywny wpływ niewątpliwie ma miejsce.
No ale to tylko moja opinia. Wiem, że są na świecie osoby, dla których rodzina urodzenia na zawsze pozostanie najważniejsza (żona/mąż dziś jest, jutro nie ma, a matkę i ojca masz jednych). Mówi się, że jest to podejście szczególnie częste w pewnych kulturach, ale spotkałam się z nim także w Polsce. Nie zgadzam się, no ale każdy ma swój system wartości, prawda?
Problem pojawia się gdy w związku następuje konflikt systemów wartości. Jak to rozwiązać? Czyje podejście jest lepsze? Jedno tęskni za rodziną, drugie za wspólnie spędzonym czasem; dla jednego najważniejsi są rodzice, dla drugiego: małżonek i ewentualnie dzieci.
Jak rozsądzić kto ma rację? Nie da się.
Czy można ograniczać partnerowi kontakty z rodziną albo w ogóle kimkolwiek? No nie można.
Czy można się czuć odrzuconym jedząc samotnie kolejną kolację, czekając aż partner skończy rozmawiać? Można.
Mój eks miał w zwyczaju większość czasu wolnego od pracy wisieć na telefonie - nawet w okresie, kiedy ja do niego przyjeżdżałam w odwiedziny. Było mi bardzo przykro, czułam się nieważna i w sumie trochę lekceważona. Dlatego wiem, że taki stopień zaangażowania partnera w relacje rodzinne nie za bardzo mi pasuje. Jestem zadowolona, że mój Szanowny Małżonek rozmawia z rodziną średnio raz na tydzień - no i oczywiście spędza z nią większość czasu podczas wizyt w Maroku. Ja także nie gadam z rodzicami codziennie.
Dlatego powtórzę to po raz kolejny niczym mantrę: wszystko sprowadza się do dobrania sobie jak najlepiej pasującego elementu z puzzli naszego życia.
A jak jest u was? Pasujecie do siebie pod tym względem, czy nie za bardzo?
/fot. unsplash

piątek, 6 września 2019
Na co zwracać uwagę wchodząc w związek mieszany?
Często spotykam się z pytaniem: na co zwracać uwagę wchodząc w związek mieszany?
Postanowiłam zebrać tu swoje (subiektywne) przemyślenia na ten temat.
Po pierwsze - i jest to najważniejsza zasada, z której wynika wszystko inne - nie zgadzaj się na coś, z czym nie czujesz się komfortowo, albo na co byś się nie zgodziła z Polakiem, w imię różnic kulturowych i tego że potencjalny ukochany jest w innym kraju.
Postukałabyś się w głowę, gdyby poznany na fejsie Grzesiek po 2 tygodniach pisania, oświadczył, że cię kocha i żyć bez ciebie nie może? No to się postukaj, jak mówi Ci to Mohamed. Wyszłabyś za Tomka po kilku(nastu) miesiącach pisania i kilku spotkaniach, bo bez ślubu nie możecie być razem? Zgodziłabyś się na seks, na który nie jesteś gotowa, bo Krzysiek (lat 30+) nigdy jeszcze tego nie robił i tak bardzo tego pragnie? Zgodziłabyś się zmienić sposób ubierania albo krąg znajomych, bo Andrzejowi nie podoba się, że masz kolegów albo, że obcy mężczyźni widzą Twoje nogi?
No właśnie.
Druga rzecz, ważna zwłaszcza przy znajomościach zawieranych przez internet (ale nie tylko!): nie ma co ukrywać, jest wiele osób, które chcą przenieść się do Europy i wydaje im się, że małżeństwo jest na to najlepszym sposobem. Nie jest to rozumowanie pozbawione racji, bo o wizę w ten sposób łatwiej - o karcie pobytu nie wspominając. Dlatego, gdy zagaduje cię nieznajomy z kraju, w którym konieczna jest wiza do Europy, poza standardową ostrożnością, miej na uwadze również, że możesz być celem zakusów wizowca*. Albo: oszusta-naciągacza, bo oprócz panów, którzy marzą o przeniesieniu się do Europy, są też tacy, którym wystarczy wsparcie finansowe na odległość. Chora matka, utrata pracy (albo w ogóle jej brak), kosztowne studia brata, ślub siostry - jeśli takie wątki przewijają się w rozmowach z egzotycznym ukochanym, lepiej mieć się na baczności. O "amerykańskich" żołnierzach w Iraku/Afganistanie, spadkach i tajemniczych funduszach, wysyłanych przesyłką, za której odbiór trzeba pilnie zapłacić, nawet nie będę wspominała.
Skoro już mowa o wizowcach, zatrzymajmy się na chwilę przy kwestiach formalnych, bez których ten gatunek w ogóle by nie istniał. Jeśli Twój wybranek pochodzi spoza UE, prędzej czy później zapewne zetkniesz się z zagadnieniami wjazdowo-pobytowymi. Warto pamiętać o kilku sprawach:
- Wiza to dokument umożliwiający wjazd do danego kraju. Można na jej podstawie w nim przebywać przez okres jej ważności i tyle. Jeśli ktoś chce przebywać w danym kraju na dłużej, konieczne jest wyrobienie pozwolenia na pobyt.
- Jeśli twój luby przebywa poza UE, a wasza znajomość się rozwija, pewnie będziecie chcieli się spotkać. To może oznaczać, że on będzie potrzebował wizy: jeśli ma stałą pracę, środki na koncie itd, nie powinien mieć z tym większych problemów. Natomiast jeśli nie ma, lub też żeby zmniejszyć szansę odmowy, możesz chcieć wystawić mu zaproszenie. Zaproszenie to dokument wydawany (i rejestrowany) w Urzędzie Wojewódzkim. Nie jest on zamiennikiem wizy, ale może być częścią aplikacji o nią. Zanim jednak pobiegniesz go załatwiać, weź pod uwagę, że czyni cię on osobą odpowiedzialną za swojego gościa. Także finansowo, co może wiązać się z pokrywaniem kosztów jego deportacji, gdyby zdecydował się nie wracać zanim wygaśnie mu wiza. Zastanów się trzy razy, zanim weźmiesz na sobie odpowiedzialność za obcą osobę.
- Jeśli twój chłopak już był w Europie, kiedy się poznaliście, to niekoniecznie znaczy, że jego sytuacja jest uregulowana, a ty nie masz się czym martwić. Dlatego w twoim interesie będzie dowiedzieć się, na jakiej dokładnie podstawie przebywa (nielegalnie, wiza, pozwolenie na pobyt czasowy, pozwolenie na pobyt stały). Dopóki cudzoziemiec nie posiada pozwolenia na pobyt stały, będzie musiał co jakiś czas aplikować o kolejne pozwolenia, a tym samym - mieć ku nim podstawy. Trzeba pamiętać, że uzyskanie karty pobytu na podstawie małżeństwa jest stosunkowo łatwe i niektórym jawi się jako najlepsza droga do załatwienia tego problemu. W związku z tym warto mieć oczy (i zdrowy rozsądek) otwarte i dobrze orientować się w sytuacji. A jeśli kręci, ściemnia albo unika konkretów w rozmowie na te tematy: mieć się na baczności.
I tak jak mówiłam: nie musisz godzić się na coś, na co inaczej byś się nie zgodziła (np szybki ślub) dlatego, że ukochany nie może inaczej przyjechać/pozostać w Europie.
No i trzecia sprawa: różnice kulturowe. Już wspominałam, że nie musisz w ich imię robić nic, na co nie masz ochoty, niemniej warto mieć na uwadze, że one pewnie będą występować. I wziąć je na poważnie. Oczywiście to nie jest tak, że są one z góry złe: nowa kuchnia, muzyka, kino, moda, sposoby spędzania czasu, inne relacje rodzinne, inny stosunek do starszych osób itd - wiele rzeczy, które on wniesie do twojego życia może być ciekawych i wartościowych. Do tego dochodzą różnice indywidualne, które mogą sporo neutralizować (lub odwrotnie: zaostrzać).
Jednak to jak to wszystko wpłynie na was i wasz związek, najbardziej zależy od sposobu myślenia, systemu wartości i przekonań każdego z was. Prawda jest taka, że jeden Marokańczyk/Pakistanczyk/Turek drugiemu nierówny (tak samo jak Polak). Z czasem poznasz swojego wybranka lepiej i sama się przekonasz jaki jest. Ale zanim to nastąpi, nie zakładaj, że wiesz co on myśli. Weź pod uwagę, że może mieć zupełnie inne wyobrażenia dotyczące wszystkiego począwszy od modelu rodziny, przez pracę zawodową kobiet, twój styl ubierania się, stosunek do seksu, czy alkoholu, a nawet tego, czy danie sobie buziaka na ulicy jest ok czy nie. Może okaże się, że nie różnicie się tak bardzo (to nasz przypadek), może różnice będą wyraźne, ale dacie radę się jakoś dogadać, każde ustępując po trochu (w końcu każdy związek, to sztuka kompromisu). Może nigdy się nie dogadacie. A może w okienku komunikatora wszystko będzie wyglądało ok, a gdy on już dołączy do ciebie w Polsce (czy gdziekolwiek mieszkasz) okaże się, że czeka was bardzo ciężki okres adaptacji. Zupełnie inny tryb życia, inna mentalność ludzi dookoła, nawet inny klimat, tęsknota za rodziną, stres związany z papierami i z brakiem pracy przez pierwszy okres ich wyrabiania - to wszystko może być poważna próba dla świeżego związku. Nie każdy facet z importu jest w stanie przystosować się do stylu życia w Europie i do europejskiej żony. A ty - powtarzam - nie musisz iść na kompromisy, które kosztują cię za dużo. Jesteście w tym oboje, a różnice kulturowe działają w obie strony bi nie ma żadnego powodu, żeby tylko jedna osoba szła na ustępstwa.
*Wizowiec - potoczna określenie faceta, który wiąże się z kobietą po to aby uzyskać możliwość wjazdu do Europy i zalegalizowania pobytu (na podstawie małżeństwa).
/Fot. Unsplash
Postanowiłam zebrać tu swoje (subiektywne) przemyślenia na ten temat.
Po pierwsze - i jest to najważniejsza zasada, z której wynika wszystko inne - nie zgadzaj się na coś, z czym nie czujesz się komfortowo, albo na co byś się nie zgodziła z Polakiem, w imię różnic kulturowych i tego że potencjalny ukochany jest w innym kraju.
Postukałabyś się w głowę, gdyby poznany na fejsie Grzesiek po 2 tygodniach pisania, oświadczył, że cię kocha i żyć bez ciebie nie może? No to się postukaj, jak mówi Ci to Mohamed. Wyszłabyś za Tomka po kilku(nastu) miesiącach pisania i kilku spotkaniach, bo bez ślubu nie możecie być razem? Zgodziłabyś się na seks, na który nie jesteś gotowa, bo Krzysiek (lat 30+) nigdy jeszcze tego nie robił i tak bardzo tego pragnie? Zgodziłabyś się zmienić sposób ubierania albo krąg znajomych, bo Andrzejowi nie podoba się, że masz kolegów albo, że obcy mężczyźni widzą Twoje nogi?
No właśnie.
Druga rzecz, ważna zwłaszcza przy znajomościach zawieranych przez internet (ale nie tylko!): nie ma co ukrywać, jest wiele osób, które chcą przenieść się do Europy i wydaje im się, że małżeństwo jest na to najlepszym sposobem. Nie jest to rozumowanie pozbawione racji, bo o wizę w ten sposób łatwiej - o karcie pobytu nie wspominając. Dlatego, gdy zagaduje cię nieznajomy z kraju, w którym konieczna jest wiza do Europy, poza standardową ostrożnością, miej na uwadze również, że możesz być celem zakusów wizowca*. Albo: oszusta-naciągacza, bo oprócz panów, którzy marzą o przeniesieniu się do Europy, są też tacy, którym wystarczy wsparcie finansowe na odległość. Chora matka, utrata pracy (albo w ogóle jej brak), kosztowne studia brata, ślub siostry - jeśli takie wątki przewijają się w rozmowach z egzotycznym ukochanym, lepiej mieć się na baczności. O "amerykańskich" żołnierzach w Iraku/Afganistanie, spadkach i tajemniczych funduszach, wysyłanych przesyłką, za której odbiór trzeba pilnie zapłacić, nawet nie będę wspominała.
Skoro już mowa o wizowcach, zatrzymajmy się na chwilę przy kwestiach formalnych, bez których ten gatunek w ogóle by nie istniał. Jeśli Twój wybranek pochodzi spoza UE, prędzej czy później zapewne zetkniesz się z zagadnieniami wjazdowo-pobytowymi. Warto pamiętać o kilku sprawach:
- Wiza to dokument umożliwiający wjazd do danego kraju. Można na jej podstawie w nim przebywać przez okres jej ważności i tyle. Jeśli ktoś chce przebywać w danym kraju na dłużej, konieczne jest wyrobienie pozwolenia na pobyt.
- Jeśli twój luby przebywa poza UE, a wasza znajomość się rozwija, pewnie będziecie chcieli się spotkać. To może oznaczać, że on będzie potrzebował wizy: jeśli ma stałą pracę, środki na koncie itd, nie powinien mieć z tym większych problemów. Natomiast jeśli nie ma, lub też żeby zmniejszyć szansę odmowy, możesz chcieć wystawić mu zaproszenie. Zaproszenie to dokument wydawany (i rejestrowany) w Urzędzie Wojewódzkim. Nie jest on zamiennikiem wizy, ale może być częścią aplikacji o nią. Zanim jednak pobiegniesz go załatwiać, weź pod uwagę, że czyni cię on osobą odpowiedzialną za swojego gościa. Także finansowo, co może wiązać się z pokrywaniem kosztów jego deportacji, gdyby zdecydował się nie wracać zanim wygaśnie mu wiza. Zastanów się trzy razy, zanim weźmiesz na sobie odpowiedzialność za obcą osobę.
- Jeśli twój chłopak już był w Europie, kiedy się poznaliście, to niekoniecznie znaczy, że jego sytuacja jest uregulowana, a ty nie masz się czym martwić. Dlatego w twoim interesie będzie dowiedzieć się, na jakiej dokładnie podstawie przebywa (nielegalnie, wiza, pozwolenie na pobyt czasowy, pozwolenie na pobyt stały). Dopóki cudzoziemiec nie posiada pozwolenia na pobyt stały, będzie musiał co jakiś czas aplikować o kolejne pozwolenia, a tym samym - mieć ku nim podstawy. Trzeba pamiętać, że uzyskanie karty pobytu na podstawie małżeństwa jest stosunkowo łatwe i niektórym jawi się jako najlepsza droga do załatwienia tego problemu. W związku z tym warto mieć oczy (i zdrowy rozsądek) otwarte i dobrze orientować się w sytuacji. A jeśli kręci, ściemnia albo unika konkretów w rozmowie na te tematy: mieć się na baczności.
I tak jak mówiłam: nie musisz godzić się na coś, na co inaczej byś się nie zgodziła (np szybki ślub) dlatego, że ukochany nie może inaczej przyjechać/pozostać w Europie.
No i trzecia sprawa: różnice kulturowe. Już wspominałam, że nie musisz w ich imię robić nic, na co nie masz ochoty, niemniej warto mieć na uwadze, że one pewnie będą występować. I wziąć je na poważnie. Oczywiście to nie jest tak, że są one z góry złe: nowa kuchnia, muzyka, kino, moda, sposoby spędzania czasu, inne relacje rodzinne, inny stosunek do starszych osób itd - wiele rzeczy, które on wniesie do twojego życia może być ciekawych i wartościowych. Do tego dochodzą różnice indywidualne, które mogą sporo neutralizować (lub odwrotnie: zaostrzać).
Jednak to jak to wszystko wpłynie na was i wasz związek, najbardziej zależy od sposobu myślenia, systemu wartości i przekonań każdego z was. Prawda jest taka, że jeden Marokańczyk/Pakistanczyk/Turek drugiemu nierówny (tak samo jak Polak). Z czasem poznasz swojego wybranka lepiej i sama się przekonasz jaki jest. Ale zanim to nastąpi, nie zakładaj, że wiesz co on myśli. Weź pod uwagę, że może mieć zupełnie inne wyobrażenia dotyczące wszystkiego począwszy od modelu rodziny, przez pracę zawodową kobiet, twój styl ubierania się, stosunek do seksu, czy alkoholu, a nawet tego, czy danie sobie buziaka na ulicy jest ok czy nie. Może okaże się, że nie różnicie się tak bardzo (to nasz przypadek), może różnice będą wyraźne, ale dacie radę się jakoś dogadać, każde ustępując po trochu (w końcu każdy związek, to sztuka kompromisu). Może nigdy się nie dogadacie. A może w okienku komunikatora wszystko będzie wyglądało ok, a gdy on już dołączy do ciebie w Polsce (czy gdziekolwiek mieszkasz) okaże się, że czeka was bardzo ciężki okres adaptacji. Zupełnie inny tryb życia, inna mentalność ludzi dookoła, nawet inny klimat, tęsknota za rodziną, stres związany z papierami i z brakiem pracy przez pierwszy okres ich wyrabiania - to wszystko może być poważna próba dla świeżego związku. Nie każdy facet z importu jest w stanie przystosować się do stylu życia w Europie i do europejskiej żony. A ty - powtarzam - nie musisz iść na kompromisy, które kosztują cię za dużo. Jesteście w tym oboje, a różnice kulturowe działają w obie strony bi nie ma żadnego powodu, żeby tylko jedna osoba szła na ustępstwa.
*Wizowiec - potoczna określenie faceta, który wiąże się z kobietą po to aby uzyskać możliwość wjazdu do Europy i zalegalizowania pobytu (na podstawie małżeństwa).
/Fot. Unsplash

sobota, 10 sierpnia 2019
5 języków milości
Wspominałam już kiedyś o teorii Pięciu Języków Miłości Gary'ego Chapmana? Opiera się ona na tezie, że ludzie różnie wyrażają uczucia, co brzmi jak coś bardzo oczywistego, ale wcale do końca takie nie jest. Autor wyróżnił pięć sposobów na jakie wyrażamy miłość i nazwał je językami. Są to: Physical Touch, Gifts, Quality Time, Acts of Service albo Words of Affirmation, czyli w moim wolnym tłumaczeniu: kontakt fizyczny, prezenty, spędzanie razem czasu, przysługi i deklaracje uczuć (wyznania). Każdy człowiek ma swój wiodący język i nieświadomie zakłada, że to właśnie jest uniwersalny sposób wyrażania uczuć. I wszystko jest fajnie, jeżeli akurat on i ona korzystają z tego języka. Gorzej jeśli ona marzy o kwiatach i czekoladkach albo romantycznej randce we dwoje, a on myje jej samochód, albo chce się poprzytulać. Nic dziwnego, że może dochodzić do nieporozumień.
Jeśli ktoś ma ochotę poznać swój język miłości, darmowy test (po angielsku) jest tutaj: https://www.5lovelanguages.com/ Myślę, że fajnie zrobić go razem z partnerem i porównać wyniki - mogą one być początkiem ciekawej rozmowy.
Akurat niedawno rozmawiałam o książce na ten temat z parą znajomych, która dostała ją przed ślubem od księdza i przypomniało mi się, że kiedyś przywiązywałam strasznie dużą wagę do prezentów (zwłaszcza od chłopaka). Niektórzy by powiedzieli, że miałam na ich punkcie wręcz obsesję. Na swoją obronę dodam, że nie chodziło bynajmniej o jakieś wielkie i kosztowne rzeczy: raczej o takie, w które włożone by było więcej serca, myśli i wysiłku niż pieniędzy. Uszczęśliwiłaby mnie książka ulubionego autora, maskotka z serii, którą lubiłam albo srebrny wisiorek. Czasami jednak czułam się okropną materialistką skupiającą się na przedmiotach, a nie na tym, co w życiu - i związku - ważne.
Ale wiecie co? Wcale nie byłam okropną materialistką. Myślę, że przykrywałam w ten sposób niezaspokojone pragnienie bycia kochaną, ważną i sądziłam (nieświadomie), że prezent je jakoś zmniejszy, jakoś pomoże.
Spoiler alert: w żadnym przypadku to nie zadziałało.
Teraz już wiem, że zadziałać nie miało prawa, bo to w ogóle nie o to w tym wszystkim chodzi.
Szalony Naukowiec jest mistrzem prezentów, chociaż jemu samemu są one prawie obojętne (nie bez powodu z pięciu języków miłości, ten dostał u niego najmniej punktów). Nie żałuje jednak wysiłku, słucha uważnie, a z milionów rzeczy, o których mu opowiadam jakoś potrafi wyłuskać te najważniejsze, które później przekuwa w coś co sprawia mi radość. Swoją drogą większość jego najbardziej udanych pomysłów to wcale nie przedmioty. Na przykład wyprawa do Energylandii, albo przyjęcie-niespodzianka.
A ja? Ja w międzyczasie zgubiłam gdzieś swoją obsesję. Nadal lubię prezenty, ale na luzie i bez spiny.
I tak sobie myślę, że to dlatego, że wreszcie czuję się w 100% kochana i bezdyskusyjnie najważniejsza. I nie potrzebuję przedmiotów, żeby mi to udowadniały, albo żeby maskowały, że tak nie jest.
a Wy lubicie dostawać prezenty?
Jeśli ktoś ma ochotę poznać swój język miłości, darmowy test (po angielsku) jest tutaj: https://www.5lovelanguages.com/ Myślę, że fajnie zrobić go razem z partnerem i porównać wyniki - mogą one być początkiem ciekawej rozmowy.
Akurat niedawno rozmawiałam o książce na ten temat z parą znajomych, która dostała ją przed ślubem od księdza i przypomniało mi się, że kiedyś przywiązywałam strasznie dużą wagę do prezentów (zwłaszcza od chłopaka). Niektórzy by powiedzieli, że miałam na ich punkcie wręcz obsesję. Na swoją obronę dodam, że nie chodziło bynajmniej o jakieś wielkie i kosztowne rzeczy: raczej o takie, w które włożone by było więcej serca, myśli i wysiłku niż pieniędzy. Uszczęśliwiłaby mnie książka ulubionego autora, maskotka z serii, którą lubiłam albo srebrny wisiorek. Czasami jednak czułam się okropną materialistką skupiającą się na przedmiotach, a nie na tym, co w życiu - i związku - ważne.
Ale wiecie co? Wcale nie byłam okropną materialistką. Myślę, że przykrywałam w ten sposób niezaspokojone pragnienie bycia kochaną, ważną i sądziłam (nieświadomie), że prezent je jakoś zmniejszy, jakoś pomoże.
Spoiler alert: w żadnym przypadku to nie zadziałało.
Teraz już wiem, że zadziałać nie miało prawa, bo to w ogóle nie o to w tym wszystkim chodzi.
Szalony Naukowiec jest mistrzem prezentów, chociaż jemu samemu są one prawie obojętne (nie bez powodu z pięciu języków miłości, ten dostał u niego najmniej punktów). Nie żałuje jednak wysiłku, słucha uważnie, a z milionów rzeczy, o których mu opowiadam jakoś potrafi wyłuskać te najważniejsze, które później przekuwa w coś co sprawia mi radość. Swoją drogą większość jego najbardziej udanych pomysłów to wcale nie przedmioty. Na przykład wyprawa do Energylandii, albo przyjęcie-niespodzianka.
A ja? Ja w międzyczasie zgubiłam gdzieś swoją obsesję. Nadal lubię prezenty, ale na luzie i bez spiny.
I tak sobie myślę, że to dlatego, że wreszcie czuję się w 100% kochana i bezdyskusyjnie najważniejsza. I nie potrzebuję przedmiotów, żeby mi to udowadniały, albo żeby maskowały, że tak nie jest.
a Wy lubicie dostawać prezenty?
środa, 24 lipca 2019
Tęczowo, ale bardzo poważnie
Nie planowałam wypowiadać się na ten temat, ale na fali dyskusji, które widzę w internetach po wydarzeniach z Białegostoku postanowiłam podzielić się jednak refleksją.
Mianowicie: mam alergię na tekst jestem tolerancyjny, ale... albo: nie mam nic do <tu wstaw jakąś grupę>, ale...
Jak to powiedział któryś bohater Gry o Tron: wszystko przed "ale" to horseshit. A jak powiedziała postać w jakimś filmie "Every but has an asshole in the middle" (mam nadzieję, że wszyscy znają angielski, bo ciężko mi przetłumaczyć tę grę słów).
Serio, dostaję wysypki czytając takie rzeczy jak:
Jestem tolerancyjna, ale to <parada równości> to już przesada
Jestem tolerancyjna, ale to co się dzieje na tych paradach jest nienormalne
Jestem tolerancyjna i nie zaglądam nikomu do sypialni, jednakże takie przemarsze wprawiają mnie w obrzydzenie
Nie mam nic do homoseksualistów, ale niech nie wyciągają swojej orientacji publicznie
Nie mam nic do tych ludzi, niech robią w łóżku co chcą ale nie epatują tym publicznie
Dlaczego ludzie heteroseksualni jakoś nie demonstrują swojej orientacji na ulicach?
Każdy ma prawo żyć jak chce ale nie ma prawa wpychać tego innym w oczy.
Nie wiem jak wy, ale ja swoją orientację demonstruję na ulicy. Za każdym razem jak idę ulicą z mężem: trzymamy się za ręce, idziemy objęci, całujemy się. Często widzę pary zachowujące się podobnie. Nigdy jeszcze nie widziałam pary facetów trzymających się za ręce na ulicy - poza paradą równości. Mogę zliczyć na palcach jednej ręki, ile razy widziałam dwie dziewczyny trzymające się za ręce. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego i jaki to ma związek z paradami?
Parady równości to (jak sama nazwa wskazuje) parady, które promują równość i akceptację i prawa (np do zawierania małżeństw) osób LGBT, ogólnie prawa mniejszości, a także wyrażają sprzeciw przeciwko dyskryminacji. Pojawiają się postulaty takie jak: ochrona przed przestępstwami z nienawiści, edukacja seksualna, otwartość względem uchodźców i obcokrajowców, zaostrzenie kar za przemoc wobec zwierząt. Parady równości odbywają się najczęściej w czerwcu, na pamiątkę wydarzeń w nowojorskim klubie Stonewall z 1969 roku, które dały początek Gay Liberation Movement - ruchowi społecznemu na rzecz praw i równości LGBT.
Co się dzieje na paradzie? Z moich obserwacji wynika, że gra głośna muzyka, a poubierani kolorowo ludzie idą ulicami, skandują różne hasła, śpiewają. Wszyscy się śmieją i dobrze bawią. Z tego, co czytam w internecie uczestnicy stoją z pół gołymi tyłkami, piją, liżą się, ocierają o siebie, niemalże bzykając. Nie zauważyłam, ale w końcu widziałam tylko dwie czy trzy parady w Warszawie, może gdzie indziej dzieją się i takie rzeczy. Internet równie chętnie pokazuje jak gorszące i niestosowne - obok zachowań - są stroje uczestników. Wczoraj na przykład widziałam zdjęcia przedstawiające mężczyzn w szpilkach/kozaczkach na szpilkach, kabaretkach i mini albo różowo-czarnym body (coś w stylu strojów w teledysku do piosenki Lady Marmalade - nic szokującego w popkulturze), albo szpilkach i jednoczęściowym kostiumie kąpielowym. W obu przypadkach z masą kolorowych baloników przypiętych do pleców.
Doprawdy nie rozumiem zgorszenia. Latem zaobserwowanie "pół gołego tyłka" na ulicy dużego miasta (nie mówiąc o kurorcie nadmorskim) nie jest problemem: pełno dookoła dziewczyn w mini i szortach z których wystają pośladki. Widok osoby pijącej alkohol albo całującej się pary także nie jest niczym rzadkim. Nie wspominając o tym, że kobieta w mini, kabaretkach i szpikach kompletnie nikogo nie gorszy, a w wielu wywołuje zgoła odwrotne reakcje. No ale przecież po co starać się zachować obiektywizm i mierzyć ludzi równą miarą?
Nie wiem czym te skandaliczne przebrania z Parady tak naprawdę się różnią od strojów na karnawale w Rio, gdzie kobiety w ozdobnych bikini lub body, chodzą na szpilkach z pióropuszami przyczepionymi do pleców/tyłków.
A tak naprawdę to wiem: na wpół goła kobieta to widok kompletnie akceptowany społecznie, zwłaszcza jeśli jest ładna i zgrabna. Na wpół goły facet, dodatkowo jeszcze w stroju typowym dla płci przeciwnej, najwyraźniej budzi zgorszenie. A tak naprawdę różnica jest wyłącznie estetyczna.
Ale spoko, każdy ma prawo mieć swój gust i nie wszystko wszystkim musi się podobać. Mnie też nie zawsze podobają się ubrania osób, które widuję na ulicy. Na przykład opięta na wielkim, piwnym brzuchu bokserka aka (koszulka na Ferdka Kiepskiego) spod której wystaje busz wilgotnych od potu włosów. Wiecie co wtedy robię? Patrzę w inna stronę. Nie idę do internetu pisać nie mam nic przeciwko Januszom ubranym tak i tak, ale niech nie epatują swoim mięśniem piwnym na ulicach. Gdyby Janusze od mięśni piwnych zorganizowali sobie demonstrację, po prostu bym na nią nie poszła.
Ten cały przydługi tekst w zasadzie zmierza do tego:
Nie muszą Ci się podobać parady. Nie musisz w nich uczestniczyć. Ale wypowiadając się na ich temat nie trać z oczu tego o co naprawdę chodzi. Środki wyrazu - czasem źle dobrane, czasem specjalnie przesadzone żeby zwrócić uwagę, czasem po prostu niesmaczne - to tylko środki wyrazu. To co się liczy tak naprawdę to przesłanie, które mają wyrażać. Ta równość której nie ma: ani w świetle prawa ani w postawach ludzi. I to żeby mój albo twój kolega, brat albo syn mógł iść ulicą za rękę z osobą, którą kocha, tak jak Ty możesz - bez obawy że zaraz ktoś go zaatakuje słownie albo fizycznie.
PS. Ktoś mógłby zapytać dlaczego w ogóle tak się angażuję w ten temat. Odpowiedzi są dwie:
1. Bo uważam że to właściwe.
2. Bo posiadając męża imigranta i Araba* rozumiem, co to znaczy czuć sie niepewnie trzymając partnera za rękę na ulicy. Wiem jak to jest czekać na swój przystanek, żeby wysiąść z tego autobusu, gdzie pijane Sebki szukają zaczepki i kwestią czasu jest, kiedy ich uwaga skupi się na nas. I wiem, że być może jestem następna w kolejce. I że jak nie powstrzymamy tej fali nietolerancji i nienawiści, pewnie kiedyś sama usłyszę "Nie mam nic przeciwko związkom mieszanym, ale niech zachowają to do sypialni a nie pokazują się publicznie".
* no, nie do końca, ale zaokrąglę go do Araba na potrzeby retoryki.
Mianowicie: mam alergię na tekst jestem tolerancyjny, ale... albo: nie mam nic do <tu wstaw jakąś grupę>, ale...
Jak to powiedział któryś bohater Gry o Tron: wszystko przed "ale" to horseshit. A jak powiedziała postać w jakimś filmie "Every but has an asshole in the middle" (mam nadzieję, że wszyscy znają angielski, bo ciężko mi przetłumaczyć tę grę słów).
Serio, dostaję wysypki czytając takie rzeczy jak:
Jestem tolerancyjna, ale to <parada równości> to już przesada
Jestem tolerancyjna, ale to co się dzieje na tych paradach jest nienormalne
Jestem tolerancyjna i nie zaglądam nikomu do sypialni, jednakże takie przemarsze wprawiają mnie w obrzydzenie
Nie mam nic do homoseksualistów, ale niech nie wyciągają swojej orientacji publicznie
Nie mam nic do tych ludzi, niech robią w łóżku co chcą ale nie epatują tym publicznie
Dlaczego ludzie heteroseksualni jakoś nie demonstrują swojej orientacji na ulicach?
Każdy ma prawo żyć jak chce ale nie ma prawa wpychać tego innym w oczy.
Nie wiem jak wy, ale ja swoją orientację demonstruję na ulicy. Za każdym razem jak idę ulicą z mężem: trzymamy się za ręce, idziemy objęci, całujemy się. Często widzę pary zachowujące się podobnie. Nigdy jeszcze nie widziałam pary facetów trzymających się za ręce na ulicy - poza paradą równości. Mogę zliczyć na palcach jednej ręki, ile razy widziałam dwie dziewczyny trzymające się za ręce. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego i jaki to ma związek z paradami?
Parady równości to (jak sama nazwa wskazuje) parady, które promują równość i akceptację i prawa (np do zawierania małżeństw) osób LGBT, ogólnie prawa mniejszości, a także wyrażają sprzeciw przeciwko dyskryminacji. Pojawiają się postulaty takie jak: ochrona przed przestępstwami z nienawiści, edukacja seksualna, otwartość względem uchodźców i obcokrajowców, zaostrzenie kar za przemoc wobec zwierząt. Parady równości odbywają się najczęściej w czerwcu, na pamiątkę wydarzeń w nowojorskim klubie Stonewall z 1969 roku, które dały początek Gay Liberation Movement - ruchowi społecznemu na rzecz praw i równości LGBT.
Co się dzieje na paradzie? Z moich obserwacji wynika, że gra głośna muzyka, a poubierani kolorowo ludzie idą ulicami, skandują różne hasła, śpiewają. Wszyscy się śmieją i dobrze bawią. Z tego, co czytam w internecie uczestnicy stoją z pół gołymi tyłkami, piją, liżą się, ocierają o siebie, niemalże bzykając. Nie zauważyłam, ale w końcu widziałam tylko dwie czy trzy parady w Warszawie, może gdzie indziej dzieją się i takie rzeczy. Internet równie chętnie pokazuje jak gorszące i niestosowne - obok zachowań - są stroje uczestników. Wczoraj na przykład widziałam zdjęcia przedstawiające mężczyzn w szpilkach/kozaczkach na szpilkach, kabaretkach i mini albo różowo-czarnym body (coś w stylu strojów w teledysku do piosenki Lady Marmalade - nic szokującego w popkulturze), albo szpilkach i jednoczęściowym kostiumie kąpielowym. W obu przypadkach z masą kolorowych baloników przypiętych do pleców.
Doprawdy nie rozumiem zgorszenia. Latem zaobserwowanie "pół gołego tyłka" na ulicy dużego miasta (nie mówiąc o kurorcie nadmorskim) nie jest problemem: pełno dookoła dziewczyn w mini i szortach z których wystają pośladki. Widok osoby pijącej alkohol albo całującej się pary także nie jest niczym rzadkim. Nie wspominając o tym, że kobieta w mini, kabaretkach i szpikach kompletnie nikogo nie gorszy, a w wielu wywołuje zgoła odwrotne reakcje. No ale przecież po co starać się zachować obiektywizm i mierzyć ludzi równą miarą?
Nie wiem czym te skandaliczne przebrania z Parady tak naprawdę się różnią od strojów na karnawale w Rio, gdzie kobiety w ozdobnych bikini lub body, chodzą na szpilkach z pióropuszami przyczepionymi do pleców/tyłków.
A tak naprawdę to wiem: na wpół goła kobieta to widok kompletnie akceptowany społecznie, zwłaszcza jeśli jest ładna i zgrabna. Na wpół goły facet, dodatkowo jeszcze w stroju typowym dla płci przeciwnej, najwyraźniej budzi zgorszenie. A tak naprawdę różnica jest wyłącznie estetyczna.
Ale spoko, każdy ma prawo mieć swój gust i nie wszystko wszystkim musi się podobać. Mnie też nie zawsze podobają się ubrania osób, które widuję na ulicy. Na przykład opięta na wielkim, piwnym brzuchu bokserka aka (koszulka na Ferdka Kiepskiego) spod której wystaje busz wilgotnych od potu włosów. Wiecie co wtedy robię? Patrzę w inna stronę. Nie idę do internetu pisać nie mam nic przeciwko Januszom ubranym tak i tak, ale niech nie epatują swoim mięśniem piwnym na ulicach. Gdyby Janusze od mięśni piwnych zorganizowali sobie demonstrację, po prostu bym na nią nie poszła.
Ten cały przydługi tekst w zasadzie zmierza do tego:
Nie muszą Ci się podobać parady. Nie musisz w nich uczestniczyć. Ale wypowiadając się na ich temat nie trać z oczu tego o co naprawdę chodzi. Środki wyrazu - czasem źle dobrane, czasem specjalnie przesadzone żeby zwrócić uwagę, czasem po prostu niesmaczne - to tylko środki wyrazu. To co się liczy tak naprawdę to przesłanie, które mają wyrażać. Ta równość której nie ma: ani w świetle prawa ani w postawach ludzi. I to żeby mój albo twój kolega, brat albo syn mógł iść ulicą za rękę z osobą, którą kocha, tak jak Ty możesz - bez obawy że zaraz ktoś go zaatakuje słownie albo fizycznie.
PS. Ktoś mógłby zapytać dlaczego w ogóle tak się angażuję w ten temat. Odpowiedzi są dwie:
1. Bo uważam że to właściwe.
2. Bo posiadając męża imigranta i Araba* rozumiem, co to znaczy czuć sie niepewnie trzymając partnera za rękę na ulicy. Wiem jak to jest czekać na swój przystanek, żeby wysiąść z tego autobusu, gdzie pijane Sebki szukają zaczepki i kwestią czasu jest, kiedy ich uwaga skupi się na nas. I wiem, że być może jestem następna w kolejce. I że jak nie powstrzymamy tej fali nietolerancji i nienawiści, pewnie kiedyś sama usłyszę "Nie mam nic przeciwko związkom mieszanym, ale niech zachowają to do sypialni a nie pokazują się publicznie".
* no, nie do końca, ale zaokrąglę go do Araba na potrzeby retoryki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








