Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Związkowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Związkowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2020

Czym związki mieszane różnią się od niemieszanych?

Tyle czasu już piszę o związkach mieszanych na wszelkie możliwe sposoby i od każdej możliwej strony - dziś pora na refleksję na temat tego czym związek mieszany różni się od niemieszanego?

Zauważyłam, że wiele osób wyobraża sobie tego typu relacje jako z definicji bardzo trudne, wymagające ciężkiej pracy, poświęceń, wyrzeczeń, rezygnacji z siebie, pełne problemów, konfliktów i zgniłych kompromisów. Nie zrozumcie mnie źle, faktycznie może tak być - ale po pierwsze nie musi, a po drugie, tak samo może być w każdej innej relacji. Bo związek mieszany to taki sam związek jak każdy inny. Może być szczęśliwy i nieszczęśliwy; udany i nieudany; rozwijający i podcinający skrzydła; spokojny i pełen konfliktów. Budują go dwie różne osoby, o różnych charakterach, doświadczeniach, z różnym bagażem. Mogą do siebie pasować, mogą się bardzo różnić - i tyle. Wszystko zależy od tego, czy dobrze się dobrały, czy nie - i jak z ewentualnym niedopasowaniem sobie radzą. I to jest cała filozofia.

Każdy człowiek ma swoje tradycje, przyzwyczajenia, sposoby funkcjonowania, nastawienia, opinie, wartości, światopogląd. Czasami trafiamy na osoby kompatybilne pod tymi względami, a czasami nie. Z pozoru wydaje się, że łatwiej o poznanie kogoś podobnego w ramach tego samego kraju, czy kręgu kulturowego - i pewnie na poziomie globalnym, uśredniając, nie jest to całkiem błędne założenie. Ale pamiętajmy o tym, że prawidłowości obserwowanych w skali makro, w skali grup, społeczności czy społeczeństw, nie należy przenosić na poziom jednostkowy.
Chociażby my: ja wychowałam się w Polsce, mój mąż w Maroku, a naszą kompatybilność oceniam na jakieś 90%. Wyznajemy te same wartości, mamy zbliżony światopogląd, dzielimy opinie na wiele ważnych tematów. Dla porównania: wcześniej miałam dwóch chłopaków z Polski i jednego z innego kraju i z każdym z nich więcej mnie dzieliło niż łączyło.
Naprawdę wierzę, że dobre dobranie się z partnerem to już połowa sukcesu jeśli chodzi o szczęśliwy związek. Dużo przecież łatwiej żyć wegance z wegetarianinem, niż z facetem, który nie wyobraża sobie posiłku bez mięsa, a w wolnych chwilach lubi polować, prawda? To samo dotyczy innych istotnych wartości czy stylu życia. Ja na przykład nie mogłabym żyć z człowiekiem o silnie konserwatywnych przekonaniach, przywiązanym do tradycyjnego modelu rodziny: niezależnie od tego czy pochodziłby z Polski, Francji czy Maroka. Jest wiele kobiet, które właśnie takie wartości cenią, ale ja do nich nie należę i nie widzę powodu żeby się zmuszać i dopasowywać na siłę. I wiecie co? W ogóle nie interesowałyby mnie argumenty "u mnie w kraju tak jest" (względnie "u mnie w rodzinie zawsze tak było") ani żadne teksty o różnicach kulturowych, które trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Nie trzeba. Jeśli coś nam nie pasuje, to wcale nie trzeba tego przyjmować tylko dlatego, że gdzieś indziej "tak jest". W związku mamy się czuć dobrze i móc być sobą, a nie zmieniać się i dopasowywać na siłę do czyichś oczekiwań.
Życie ze źle dobranym partnerem może być ciężkie, pełne dramatów, konfliktów, trudnych wyborów i rezygnacji z ważnych rzeczy niezależnie od tego, czy pochodzimy z różnych krajów, czy sąsiednich ulic. Podobnie - a raczej odwrotnie - z dobrze dopasowaną drugą połówką.
Na to czy dwie osoby okażą się dobrze dopasowane, czy też nie, wpływa cała masa rzeczy: od sławetnych różnic kulturowych, przez  religię, wychowanie, wykształcenie, własny światopogląd i system wartości, po cechy osobowości i temperamentu. Naturalnie poznając osobę z całkiem innego kręgu kulturowego musimy się liczyć z większym prawdopodobieństwem wystąpienia poważnych różnic. Jednak to, czy staną się one problematyczne dla przyszłego związku, będzie zależało od wielu czynników wpływających na to jak dwie osoby sobie radzą z różnicami, czyli od takich rzeczy jak na przykład szacunek, otwartość, elastyczność, akceptacja inności, gotowość do współpracy, przywiązanie do tradycji, norm i schematów, czy potrzeba kontroli.
Im bardziej człowiek przywiązany do swoich utartych, stałych sposobów funkcjonowania i im sztywniejsze one są, tym bardziej prawdopodobne jest, że taka osoba będzie chciała je egzekwować w związku i narzucać partnerowi. Tym bardziej, jeśli charakteryzuje się ona wysoką potrzebą kontroli. I nieważne, czy mówimy tu o tradycjach w podstawowym znaczeniu tego słowa (obyczaje, sposoby myślenia i zachowania, normy społeczne itd przekazywane z pokolenia na pokolenie), czy o sposobie ubierania choinki, pakowania walizki albo ładowania naczyń do zmywarki. Im większa elastyczność, akceptacja i otwartość na inne, nowe rzeczy, tym większa szansa na to, że związek dwóch nawet różniących się osób będzie fajnie funkcjonował.

Wracając jeszcze na chwilę do dobrego dopasowania się - to w ogóle nie jest łatwa sprawa, bo żeby się dobrze dopasować, to trzeba się dobrze poznać. Zjeść razem beczkę soli. Przedyskutować tysiące godzin i setki tematów, często wielokrotnie, z różnych stron i w różnych ujęciach - tematów głębokich, ważnych, dotykających najgłębszych, podstawowych wartości, rdzenia konstrukcji umysłowej i duchowej;nie tylko kręcących się dookoła spraw życia codziennego, czyichś pięknych oczu i w ogóle habibi ajlowju. Przeżyć razem różne rzeczy; poobserwować człowieka z którym jesteśmy w różnych sytuacjach codziennych i niecodziennych, łatwych i trudnych, w obliczu różnych wyzwań,triumfów i porażek.
Nawiasem mówiąc, nigdy nie zapomnę, jak kiedyś na pewnej grupie multi-kulti przeczytałam, jak to wiele uczestniczek nie rozmawia z mężami na takie tematy jak polityka czy ekonomia. Naprawdę nie mieści mi się w głowie, że można wyjść za faceta, którego poglądów się nie zna. Zawsze gdy coś takiego słyszę, zastanawiam się, czy ta sama osoba wyszłaby za mąż za Polaka nie wiedząc, czy głosuje on na Razem, czy na Konfederację?
No ale wracając do rzeczy: może właśnie w tym poznawaniu się tkwi pewna pułapka dla par z różnych krajów. A konkretnie mam na myśli znajomość powszechnych kodów kulturowych. Bo jednak nie ma co ukrywać: wychowanie w jednej kulturze i jednym języku dużo upraszcza. Na przykład widząc osobę z napisem "nie czytam Gazety Wyborczej" albo "piekło kobiet" na koszulce od razu mamy pewne wyobrażenie na temat ideałów z którymi ona sympatyzuje, prawda? Tak samo wiele jesteśmy w stanie wyczytać ze słownictwa, jakim ktoś się posługuje, tego jak pisze itd. W przypadku relacji z cudzoziemcem nie dysponujemy takimi wskazówkami i nie mamy żadnych dróg na skróty. A nasz umysł bardzo drogi na skróty lubi - dlatego tak chętnie operuje stereotypami, uproszczeniami i heurystykami. Nie lubi natomiast pustki i w razie braku informacji bardzo chętnie uzupełnia puste pola niemalże czymkolwiek (co tłumaczy, czemu większość ludzi chcąc nie chcąc czerpie "wiedzę" na temat rzeczy kompletnie sobie obcych z filmów). I dlatego łatwo jest przeoczyć, że tak naprawdę wcale czegoś o drugiej osobie nie wiemy. Łatwo zinterpretować zachowanie w znany nam sposób i wysnuć wniosek: sensowny i uzasadniony dla nas i naszego tła kulturowego - kompletnie nieadekwatny w innym. Choćby zarzucenie marynarki na odkryte ramiona ukochanej w Polsce może być romantycznym gestem związanym z ochroną jej przed chłodem, a w kraju arabskim: próbą zakrycia jej przed wzrokiem innych mężczyzn.
Ale żeby wziąć pod uwagę alternatywną interpretację trzeba wiedzieć, że ona istnieje, prawda? Dlatego wiążąc się z człowiekiem z importu - poza absolutnie kluczową sprawą jaką jest dobre poznanie się - nie można zapomnieć o roli poznania kultury, religii, historii kraju jego pochodzenia.

Zaczęłam ten artykuł od stwierdzenia, że związki mieszane nie różnią się znacząco od innych i tym samym chciałabym go zakończyć. W ostatecznym rozrachunku wszystko przecież sprowadza się do dwóch chcących być ze sobą osób, które mniej czy bardziej się od siebie różnią i lepiej lub gorzej umieją sobie z tymi różnicami poradzić. I do pracy, którą chcą (lub nie) wykonać żeby zrozumieć to pierwsze i osiągnąć to drugie.

Tylko tyle i aż tyle.

piątek, 26 czerwca 2020

Czerwcowe wspomnienia

Dziś będzie trochę dwutorowo.
Po pierwsze dziś mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy obroniłam swoją pracę magisterską i oficjalnie zamknęłam za sobą studencki rozdział życia. Wielu osobom czasy studiów kojarzą się z kolorowymi migawkami z imprez, koncertów, wypadów z przyjaciółmi, picia taniego wina w parku itd - z resztą sami wiecie. Mnie nie. Kiedy myślę dziś o tamtych latach, widzę je głównie w barwach szarości, w cieniu poważnej chandry. Mimo dyplomu z psychologii nie pokuszę się o samodiagnozę, zdecydowałam się więc nie używać słowa "depresja" - nie chcę go dewaluować. Zostańmy więc przy "chandrze". Jej przyczyn pewnie trochę by się znalazło, ale w mojej pamięci na plan pierwszy wysuwa się jedna, mianowicie mój ówczesny związek z S.
Być może wspominałam już, że Kolega Małżonek nie jest pierwszym cudzoziemcem, z którym się spotykałam. Wcześniej był S. Poznałam go na pierwszym roku studiów, kiedy z kilkoma koleżankami zaangażowałyśmy się w ramach wolontariatu w pomoc zagranicznym studentom, przyjeżdżającym na naszą uczelnię. Leczyłam wtedy złamane serce, a przy okazji cierpiałam z powodu dość zaniżonej samooceny. W pewnym sensie wszystko zaczęło się więc od typowej przygody typu rebound. Jak na taką relację przystało: sprawy rozwinęły się błyskawicznie. Niestety błyskawicznie się nie zwinęły. Byliśmy "razem" (ten cudzysłów niebawem się wyjaśni) przez ponad cztery lata. Po niecałym roku S. zdecydował się szukać szczęścia we Francji, a ja zostałam w Polsce. Ogarnął sobie tam pobyt, znalazł pracę (a potem wiele kolejnych). Mnie przyjechał odwiedzić raz. RAZ. Ja natomiast przez każdy rok akademicki zbierałam pieniądze, uczyłam się francuskiego i przyjeżdżałam do niego co wakacje. Za pierwszym razem na tydzień (prezent od rodziców), później już na miesiąc kursu francuskiego.
Jak może sobie policzyliście, to było jakieś 13 lat temu: roaming był drogi, a internetu w telefonie nie było wcale. Kontaktowaliśmy się więc głównie przez telefon stacjonarny: S. dzwonił do mnie z komórki, ale przy pomocy takich specjalnych kart telefonicznych do połączeń zagranicznych, głównie na numer stacjonarny (bo taniej), raz dziennie na maks pół godziny. Z czasem na krócej bo "był zajęty". On był zajęty, ja natomiast byłam wyrozumiała. Starałam się rozumieć zmagania imigranta w nowym kraju: człowieka bez języka, który nie ma jak wykorzystywać swoich kwalifikacji i musi pracować w knajpach czy na budowie. Prosiłam go o więcej kontaktu, czasu, uwagi, o głupiego smsa od czasu do czasu, a on zawsze powtarzał, że jak tylko zmieni pracę (lub nastąpi cokolwiek innego, tych "jak tylko" miał całkiem sporo), wszystko będzie lepiej. No ale nie było. Kiedy przyjechałam do niego - jak się potem okazało - ostatni raz, większość czasu spędzałam sama. On pracował wtedy w knajpie w porze lunchu i potem wieczorem z przerwą po środku. Jeździłam więc, często dwa razy dziennie, na drugi koniec Paryża, w porze kiedy kończył pracę. To miało na celu zmaksymalizowanie czas jaki spędzaliśmy razem - szkoda tyko, że on głównie gadał wtedy przez telefon. Kiedy teraz to piszę, aż nie mogę uwierzyć jak głupia (nie bójmy się tego słowa), naiwna i zaślepiona byłam. Ta relacja w ogóle bardzo źle wpływała na moje samopoczucie, samoocenę, wiarę w siebie, wciągnęła mnie jak jakieś emocjonalne ruchome piaski (a nawet: bagno), a ja w ogóle tego wszystkiego nie widziałam.
Do tego dochodziła cała masa różnic kulturowych i osobowościowych. Długo tego nie zauważałam, ale S. bardzo lubił mnie kontrolować. Na przykład przez pewien czas sprzeciwiał się moim wyjściom z koleżankami (że niby lepiej żebym się skupiła na studiach). A że pora, kiedy mógł do mnie zadzwonić (pomiędzy zmianami w restauracji) wypadała tuż po zakończeniu moich zajęć na uczelni: naturalnie wracałam od razu do domu - do telefonu. Wieczory spędzałam najczęściej też wypłakując się przyjaciółce na komunikatorze i nasłuchując dźwięku telefonu (który nie dzwonił). Jak możecie się domyślić, moje życie towarzyskie raczej nie kwitło. Z resztą większość moich koleżanek chyba nie za bardzo rozumiała ani ten cały "związek" (no i w sumie miały rację) ani stan psychiczny w którym byłam.
No ale do brzegu.
W końcu przyszedł rok 2010: rok kiedy miałam skończyć studia i wyjechać na 6 tygodni do Paryża, a później w ogóle się tam przeprowadzić. Rok jednak zaczął się od wyjazdu S. do rodzinnego Bangladeszu. Wyjazd się przedłużał, trwał chyba ostatecznie 2 czy 3 miesiące podczas których właściwie wcale nie mieliśmy kontaktu (jakież to typowe). No ale hej, przecież byłam taka WYROZUMIAŁA. Spoiler alert: później odkryłam, że prawdopodobnie w tym czasie zaręczył się (a może i ożenił) z dziewczyną, która cały czas tam na niego czekała.
S. w kocu wrócił, ale nasze relacje i kontakt pozostały na niezwykle marnym poziomie. No i tak to sobie wszystko trwało, aż przyszedł 25 czerwca.
Obroniłam się na 5. I tego dnia coś we mnie pękło. Ten - jakby nie patrzeć - sukces wzmocnił mnie psychicznie na tyle, że w ciągu kilku dni stwierdziłam, że mam dość, że koniec z dawaniem szans i czekaniem na kolejne "jak tylko". Odwołałam wyjazd do Francji i zerwałam. Mailem. Z tego ostatniego nie jestem dumna, ale w tamtym momencie moja świeżo nabyta siła była zbyt delikatna żeby czekać X dni na okazję do dłuższej rozmowy i zmagać się z jego reakcją Która mnie i tak nie ominęła, ale to już temat na inną historię).
(tl;dr) Dlatego właśnie 25 czerwca oznacza dla mnie nie tylko koniec studiów, ale coś dużo ważniejszego - wyrwanie się z mocno toksycznego związku.
Na początku wspomniałam, że będzie dwutorowo. Ale nie martwcie się, nie będzie drugiego kilometrowego eseju. Drugi tor przyjmie formę zdjęć - jako ze nadal większość czasu spędzam w domu (nie wróciliśmy jeszcze do pracy w biurze), podróże stoją pod znakiem zapytania, a pogoda w tych dniach nie rozpieszcza: przeglądam album ze zdjęciami sprzed (dokładnie) roku i wspominam jedno z najpiękniejszych miejsc, w których kiedykowliek byłam. Także proszę bardzo #throwbackThursday #Zanzibar #honeymoon













niedziela, 14 czerwca 2020

Odblokowywanie osiągnięć i disco polo

Ostatnie dni upłynęły mojemu mężowi na odblokowywaniu kolejnych osiągnięć na drodze do polskości.
Zaczęło się od tego, że wybraliśmy się na długi weekend nad jezioro. Wynajęliśmy domek w ośrodku z domkami w maleńkiej mieścinie na Warmii nad pięknym jeziorem Narie.
Najpierw spędziliśmy jakieś 6h pokonując trasę ok 250km, a głównie to stojąc w korkach.
Zaraz po przyjeździe Szalony Naukowiec natknął się na (pijanego) sąsiada opuszczającego domek obok, aby opróżnić pęcherz pod drzewem jakieś 25m dalej. (Domki mają toalety, jakby się ktoś zastanawiał).
Wieczorem ten sam sąsiad uraczył nas dwugodzinnym koncertem hiphopowym, który zakończył się moją interwencją tuż przed północą po tym jak cała okolica wysłuchała scyzoryk, scyzoryk, tak na mnie wołają (znam ten kawałek od podstawówki, ale nie miałam pojęcia że jest tak koszmarnie długi). Zamiłowanie rodaków do puszczania muzyki z telefonów na cały regulator, w miejscach publicznych pozostaje dla mojego męża nieodgadnioną zagadką natury.
Wczoraj z kolei dokonaliśmy rytuału grillowania kiełbasy. Niestety achievement #grill nie został odblokowany w pełni ze względu na brak karkówki w sklepie. #nexttime


A na koniec zawarliśmy przyjaźń z pijanym jak bela kumplem sąsiadów z domku obok. Najpierw uraczył on nas kilkoma utworami discopolo odtworzonymi na telefonie skonfiskowanym koledze ("nie oddam ci telefonu bo ty puścisz ten swój hiphop, a kto chce tego słuchać" - oświadczył rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie - niestety nie trafiło na podatny grunt, bo jakby mnie kto pytał o zdanie to nie chciałam słuchać ani tego ani tego), a potem trzykrotnie zapytał mnie o imię (i nadal go nie zapamiętał), a na koniec dosiadł się do nas i oświadczył, że on to nas lubi najbardziej na świecie.
Doprawdy zabrakło tylko częstowania wódką i ze mną się nie napijesz?, ale chyba się wesołemu towarzystwu skończyła.
Niezależnie od tego folkloru korkowo-grillowo-muzyczno-alkoholowego, muszę powiedzieć, że wyjazd udał się nam świetnie. Nie dość, że okolica przepiękna, a pogoda dopisała, to wszyscy byli dla nas bardzo mili i nie zetknęliśmy się z żadną nieprzyjemną sytuacją pomimo wyraźnie wyróżniającej się aparycji Męża z Importu.












poniedziałek, 11 maja 2020

Różnice kulturowe

Różnice kulturowe w kontekście związków mieszanych to takie trochę słowo-wytrych i słowo-pułapka. Często służy (niesłusznie!) do usprawiedliwiania narzucania partnerowi stylu życia czy sposób funkcjonowania. Czasem nasi bliscy lubią się do niego odwoływać przestrzegając (już nie tak niesłusznie) przed związkiem z cudzoziemcem.
O co tak naprawdę z nimi chodzi? Czy słusznie kojarzymy je z różnymi (odległymi od siebie) krajami?
To że ludzie różnią się od siebie jest oczywiste. Różnimy się na poziomie cech charakteru, osobowości czy temperamentu, ale też w kwestii sposobów radzenia sobie z różnymi sytuacjami, przyzwyczajeń, idei, opinii, światopoglądu, wyznawanych wartości, gustu muzycznego czy kulinarnego, oglądanych filmów, zwyczajów dotyczących jedzenia, sprzątania, dekorowania domu itd. Które z tych różnic można można nazwać kulturowymi?
Kulturę możemy podzielić na "powierzchniową" na którą składają się takie rzeczy jak jedzenie, styl ubierania, muzyka czy literatura i na "głęboką" czyli takie rzeczy jak styl komunikacji, przekonania na temat religii, wychowania dzieci, ról kobiety i mężczyzny w społeczeństwie, stosunku do osób starszych, higieny, relacji ze zwierzętami i wielu wielu innych. Więcej na ilustracji na dole (znaleziona w internecie).
Porównajmy więc trzydziestolatkę z Warszawy z trzydziestolatką ze wsi na Śląsku czy z Podlasia. Czy będą jadły te same potrawy, prowadziły ten sam styl życia? Czy będą miały taki sam stosunek do religii, ról mężczyzny i kobiety, zarządzania finansami, relacji z rodzicami? Albo nawet: czy będą mówiły całkiem tym samym językiem?
Jak widać, nie trzeba różnej narodowości czy obywatelstwa żeby zaobserwować różnice kulturowe.
Co to wszystko oznacza dla związku?
Po pierwsze: z różnicami kulturowymi trzeba się liczyć zawsze, bo nie są one powiązane tylko z narodowością, ale także z regionem, a nawet konkretną rodziną pochodzenia.
Po drugie: co do zasady można się spodziewać większych różnic między osobami wychowanymi w różnych krajach, kręgach kulturowych i religiach ale nie jest to reguła. Mimo że to jak zostaliśmy wychowani nie zależy od nas - to co z tym wychowaniem robimy: jak najbardziej. Na przykład być może jest większe prawdopodobieństwo, że człowiek wychowany w konserwatywny, tradycyjny sposób będzie zwolennikiem tzw. tradycyjnego modelu rodziny, ale może zdarzyć się też tak, że wyrobi sobie zupełnie inny pogląd na jego temat.
Mam wrażenie, że im bardziej dana osoba wykształcona, bogata w wiedzę i umiejętność krytycznego myślenia, tym łatwiej o zachowanie dystansu do wszystkiego co wpaja kultura i tradycja i otwartości na inne - być może lepsze - rozwiązania.
Dlatego warto mieć świadomość, że możemy się zetknąć z różnicami kulturowymi zwłaszcza w związku mieszanym, ale równie dobrze, może się tak nie zdarzyć. Chyba lepiej podchodzić do potencjalnego partnera indywidualnie i z otwartością, a nie przez pryzmat uogólnień i stereotypów.
Po trzecie: różnice kulturowe nie ograniczają się - wbrew temu co wiele osób wydaje się myśleć - do różnic w potrawach, muzyce, stosunku do alkoholu czy obchodzonych świętach. Te oczywiście bardziej rzucają się w oczy, ale tak naprawdę różnice kulturowe sięgają znacznie głębiej (patrz: kultura głęboka), i dotyczą także spraw, które nie rzucają się łatwo w oczy na pierwszych randkach czy podczas pogawędek przez internet. Dlatego tak niezmiernie ważne jest poznać człowieka, z którym się wiążemy - niezależnie od tego czy pochodzi z sąsiedniego miasta czy z innego kraju.
Po czwarte: nawet jeśli mamy już do czynienia w związku z różnicami kulturowymi, trzeba pamiętać, że nie są one nigdy usprawiedliwieniem do narzucania swoich zwyczajów, tradycji i kultury partnerowi. Związek tworzą dwie osoby i każda ma się czuć w nim komfortowo i móc żyć w zgodzie ze sobą. Dlatego obie strony powinny włożyć wysiłek we wspólne zbudowanie takiej relacji i takiej własnej "kultury" aby i jedno i drugie czuło się dobrze. A jeśli ktoś uważa swoją kulturę za jedyną akceptowalną i swoje racje za ważniejsze to cóż: niektóre rzeczy są nie do przeskoczenia.


wtorek, 5 maja 2020

Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.

Pamiętacie tę piosenkę Happysad?

Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty
To też nie diabeł rogaty
Ani miłość kiedy jedno płacze
A drugie po nim skacze
Bo miłość to żaden film w żadnym kinie
Ani róże ani całusy małe duże
Ale miłość kiedy jedno spada w dół
Drugie ciągnie je ku górze

Miłość to nie buziaki wysyłane na komunikatorze, serduszka na Facebooku ani nawet urocze fotki na Instagramie. Miłość to nie piękne gładkie słówka, które możesz obracać w reku jak kamyki. Miłość to nie drogie prezenty, i 25 czerwonych róż w Walentynki. To nie wyznania wyszeptane w drodze do łóżka ani nie seks, nawet najlepszy na świecie.
A już tym bardziej to nie miłość, kiedy brakuje czasu, zainteresowania i wsparcia. To nie miłość, kiedy on(a) odzywa się kiedy czegoś potrzebuje, a potem znika jak meteoryt (do następnego razu). To nie miłość, kiedy ktoś podcina ci skrzydła, a zamiast zaufania oferuje kontrolę i ograniczenia. To nie miłość, kiedy pojawia się manipulacja, osądzanie albo kłamstwa. To nie miłość, kiedy wszystko to twoja wina. To nie miłość, kiedy musisz się starać aby na nią zasłużyć, stawać na czubkach palców, wciągać brzuch, wypinać biust i pilnować żeby czasem nie powiedzieć czegoś nie tak.
Miłość jest wtedy, możesz być najdziwniejszą wersją siebie, a on(a) patrzy na ciebie z takim samym ciepłem w oczach. I wtedy gdy zawsze jest czas żeby porozmawiać, nawet jeśli nie ma czasu na nic. Miłość jest wtedy, kiedy on(a) podaje ci rękę i pomaga wstać po piętnastym potknięciu o ten sam błąd i mówi "to nic, dasz radę". Miłość to wsparcie, czas i uwaga, o które nie trzeba zabiegać, czułość, szacunek i dbanie o siebie.
Miłość mieszka w miriadzie drobiazgów: pocałunku przed wyjściem do pracy, usypianiu na łyżeczki, kupowaniu jego ulubionego sera, odprowadzaniu na lotnisko i odbieraniu z dworca, przypominaniu o szaliku i obieraniu mandarynek ("Chcesz mandarynkę?" "Nie" "A jak ci obiorę?"). To tańczenie w kuchni zawsze gdy TA piosenka leci w radiu i robienie herbaty, mimo, ze wlasnie sie pokłóciliście. To dyskusje po świt, wspólny śmiech, a czasem wspólne łzy.
To pragnienie poznania i zrozumienia drugiej osoby do samego dna oraz wyrozumiałość i akceptacja dla tego co się na tym dnie znajdzie. To wyjście poza swoj egoizm w kierunku drugiej osoby i nieoczekiwanie nieczego w zamian. To naprawianie jak coś się zepsuje, trwanie, i odpowiedzialność za to co oswoiliśmy.
Miłość jest wtedy, gdy ta jedna osoba różni się od wszystkich innych róż bo jest twoja i zostaje tak samo jedyna i najważniejsza niezależnie od tego ile płatków zgubi - bo to właśnie ona.

Wybierz dobrze, nie daj się nabrać na tombak.


niedziela, 1 marca 2020

Jak rozpoznać oszusta, naciągacza, wizowca - subiektywny poradnik.


Zagadnął cię kiedy wygrzewałaś się na słońcu w kurorcie, wreszcie na zasłużonych wakacjach, rozluźniona i otwarta na przygodę. Zasypał cię komplementami, jak nikt nigdy wcześniej, patrzył namiętnie w oczy tak, jakby dotykał twojej duszy, a ty poczułaś się najpiękniejszą kobietą na ziemi. W końcu motyle zaczęły latać ci po brzuchu całymi chmarami, a na twoim nosie - oprócz słonecznych - zawitały różowe okulary. Świata poza nim nie widzisz, ale urlop się kończy więc po oblanym łzami rozstaniu, przenosicie relację do internetu planując już kolejne spotkania i wspólną przyszłość.
A może zagadnął cię na facebooku lub instagramie, bo tak urzekły go twoje piękne oczy na profilówce. Potem otoczył uwagą i wysłuchał jak dawno nikt tego nie zrobił. Pytał czy jadłaś kolację i martwił się, że wracasz sama wieczorem do domu, doradzał żebyś uważała na siebie i założyła szalik. Jego troska, uwaga no i te komplementy pod każdym Twoim zdjęciem sprawiły, że czekasz na jego wiadomości co rano z bijącym sercem, różowe okulary tym razem towarzyszą tym do ekranu, a ty siedzisz i kombinujesz jakby tu poznać tego cudownego faceta osobiście.
Tak czy inaczej, jesteś zauroczona do szpiku kości, bujasz w obłokach no i snujesz plany na przyszłość.
A ja wyleję ci wiadro zimnej wody na głowę: Decydując się na taką relację (czy zawartą na wakacjach, czy przez internet) odbierasz sobie szanse na weryfikację większości tego co on ci mówi: nie ma wspólnych znajomych, nie znasz realiów i standardów w jego kraju, nie widzisz jak on zachowuje się w codziennym życiu (poza krótkim okresem wakacji). Nic łatwiejszego niż wierzyć w każde słodkie niczym daktyl słowo spływające z jego ust i pozwolić swojemu myśleniu życzeniowemu i różowym okularom przejąć władzę nad rozumem.
Zawierając nowe znajomości, zwłaszcza międzynarodowe przez internet czy na wakacjach, trzeba się jednak liczyć z tym, że egzotyczny książę z bajki może nie być tym, za kogo się podaje.
Niestety status Europejki czyni cię celem ambitnych panów z biedniejszych (oraz wymagających wizy do UE) krajów. Ewentualnie panów, którzy w swoim konserwatywnym społeczeństwie nie mają za bardzo jak się zabawić, mimo, że bardzo by chcieli. Oczywiście nie dotyczy to tylko kobiet: np. Anglicy czy Amerykanie cieszą się wielkim zainteresowaniem łowczyń fortun i wiz z Ameryki Łacińskiej czy Filipin. Jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą ze strony facetów - z tego powodu, dla wygody będę się trzymała rodzaju męskiego.
Ale do brzegu.
Kiedyś byłam w bardzo toksycznym związku mieszanym. Co prawda moj eks nie był wizowcem ani naciągaczem, tylko zwykłym dupkiem, który chciał się zabawić z Europejką (podczas gdy żona/narzeczona czekała w domu na papiery). Trochę żałuję, że nie znałam wtedy żadnej grupy o związkach multi-kulti ani bloga, gdzie ktoś bardziej doświadczony w tej tematyce wylałby mi wspomniane wyżej wiadro zimnej wody na głowę. Może nie zmarnowałabym sobie czterech lat życia.
Dlatego teraz mam nadzieję, że ten artykuł pomoże chociaż jednej osobie w niezmarnowaniu czasu sobie.
Poniżej lista sygnałów alarmowych, które mogą (ale nie muszą) wskazywać na to, że twój amant z importu nie ma do końca czystych intencji. Naturalnie ta lista ani nie jest w 100% kompletna (jestem pewna, że jest mnóstwo innych sygnałów*), ani nie daje gwarancji, że masz do czynienia z oszustem. To są wyłącznie subiektywnie wybrane sygnały alarmowe. Może być tak, że twój adorator prezentuje jedno lub kilka poniższych zachowań, a jest całkowicie szczery i uczciwy. Ale może też być inaczej. Szczerość i uczciwość obroni się sama, a ty wyświadczysz sobie przysługę, jeśli przemyślisz i zweryfikujesz motywy swojego habisia zanim zdecydujesz się na jakieś poważne kroki.
Niektóre z poniższych punktów będą uniwersalne dla różnych typów oszustów, inne specyficzne dla wizowca, naciągacza na kasę albo dupka, który chce się zabawić z Europejką - mam nadzieję, że będzie to oczywiste.
Więc jedziemy.
- wiadomość na mediach społecznościowych mimo kompletnego braku wspólnych znajomych czy grup.
- szybkie wyznania uczuć i deklaracje miłości i wielkiej tęsknoty po krótkiej znajomości online.
- szybkie wyznania uczuć względem twoich dzieci (o ile je masz) i deklarowanie chęci bycia im ojcem.
- masa (banalnych) komplementów.
- zagadywanie po polsku (skąd niby on umie powiedzieć "jesteś piękna" jeśli nie z innych rozmów z Polkami?).
- miłość tak wielka, ze on chce - wręcz musi - być z tobą teraz-już-natychmiast.
- oczywiście w grę wchodzi tylko bycie razem w Europie. Jest bardzo niechętny rozmowom o byciu razem u niego w kraju, narzeka na niego często.
- nacisk na szybki ślub, szantaże emocjonalne ("jeśli ci na mnie zależy to...").
- mówienie tego co chcesz usłyszeć - nie jest to łatwe do zauważenia, zwłaszcza jeśli od początku jesteś otwarta. Ale jeśli zaobserwujesz sytuację w której on mówi jedno (np "kobieta powinna gotować mężowi"), ty się z tym nie zgadzasz, a on po chili powtarza mniej-więcej to co powiedziałaś, ewentualnie tłumacząc poprzednią wypowiedź w jakiś pokrętny sposób - być może właśnie nawija ci makaron na uszy.
- słaby angielski (jak można w ogóle kogoś dobrze poznać nie mając wspólnego języka) albo gwałtowne zmiany w językowym poziomie wypowiedzi. Na przykład kiedyś zagadywał mnie pan, który raz pisał dość prostym językiem z błędami gramatycznymi, a innym razem wypowiadał się pełnymi, złożonymi zdaniami pełnymi trudnych słów, w bardzo formalnym stylu - duża szansa, że nie prowadził tej rozmowy sam, lub, że jego znajomość angielskiego była na tyle słaba, że dużo korzystał z translatora - co samo w sobie nie jest złe, ale jak możesz ufać w to co mówi, jeśli nie wiesz czy sam rozumie co napisał?
- zachwyt nad twoją urodą, nawet jeśli on ma 25 lat i wygląda jak Adonis, a Ty masz lat 50, 20 letniego syna i sporą nadwagę - nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że kobieta nie ma prawa do szczęścia ze względu na wiek, posiadanie dzieci czy nadprogramowe kilogramy itd. Jak najbardziej ma i jak najbardziej może znaleźć miłość. Ale czy potraktowałabyś poważnie wielką miłość (i chęć bycia ojczymem dla wspomnianego 20-letniego syna) w przypadku Krzyśka lat 25 poznanego w warzywniaku?
- przerzucanie odpowiedzialności za ogarnięcie papierów związanych z wizą na ciebie: pozwala ci dzwonić do urzędów i ambasad, spędzać godziny poszukując informacji w sieci, zamiast zająć się tym samemu - nie mówiąc nawet o dostaniu się do Europy bez zaproszenia od ciebie lub wcześniejszego ślubu.
- błyskawiczne przedstawianie rodzinie przez skajpa czy inny komunikator i natychmiastowy entuzjazm tejże.
- unikanie przedstawienia rodzinie i zaproszenia do domu rodzinnego, jeśli pofatygowałaś się odwiedzić go w jego kraju (pomimo deklaracji poważnych zamiarów względem ciebie i planów na pobranie się).
Tak, zdaję sobie sprawę, że dwa ostatnie punkty stoją w lekkiej sprzeczności, niemniej znane są sytuacje, w których cała rodzina bierze udział w planie wysłania syna, brata, ba! czasem nawet męża do Europy. Z drugiej strony jeśli facet kompletnie unika poznania cię z rodziną, jednocześnie deklarując poważne zamiary, czy chęć ożenku - coś tu może być nie tak. Być możne na przykład ma już żonę. Albo wie, że jego rodzina nie zaakceptuje tego związku. Albo nie traktuje tej znajomości poważnie.
- niemożność znalezienia i/lub utrzymania pracy.
- jednocześnie z powyższym brak wykształcenia, a także brak zauważalnych chęci aby dokształcać się i zdobywać doświadczenia, imać się różnych choćby dorywczych prac. Pan chętnie natomiast spędza czas w kawiarniach z kolegami. Ma ambicje, ale tylko w gębie. Tak, być może w jego kraju naprawdę jest ciężko z pracą. I tak, przecież to nie jest jego wina, że nie jest wykształcony, może rodziny nie było stać na to żeby się uczył - ale pracowitym i starającym się można być w każdych warunkach. W naszych realiach bez problemu odróżnisz obiboka od wartościowego faceta, warto tej samej miary użyć do oceny egzotycznego absztyfikanta.
- ciągłe narzekanie na trudną sytuację, na to że go wykorzystują albo go nie doceniają.
- nagła utrata pracy/wyrzucenie ze studiów (w obu przypadkach nie z jego winy).
- ciężka choroba jego lub członka rodziny - oczywiście wymagająca kosztownego leczenia.
- inne finansowe obciążenia jak opieka nad młodszym rodzeństwem, ślub siostry, studia brata itd.
- kiedy decydujesz się przyjechać poznać go osobiście, bez żadnego problemu obciąża Cię kosztami biletów, hotelu (w którym będziecie przecież spędzać czas wspólnie) i wszelkich rozrywek. Żeby było jasne - jestem chyba ostatnią osobą, która uważa, że facet powinien płacić za randkę, podróż czy cokolwiek. Ponadto uważam, że jadąc po raz pierwszy poznać jednak w pewnym sensie obcego faceta, lepiej nie wytwarzać sytuacji zależności finansowej i poczucia zobowiązania.
Natomiast (przepraszam za uogólnienie) większość mężczyzn z krajów arabskich uważa za swoją powinność płacenie za kobietę, a za dyshonor: branie pieniędzy od kobiety. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, jeśli z jego strony nie pada nawet najlżejsza sugestia przejęcia na siebie choćby części kosztów, czy nawet zatrzymania się u jego rodziny.
- zniknie na wiele godzin czy dni bez kontaktu, niechęć do tłumaczenia, gdzie był, agresja gdy o to pytasz lub też najróżniejsze wymówki.
- ciągłe gadanie przez telefon w twojej obecności, oczywiście w języku, którego nie rozumiesz.
- chowanie telefonu, blokowanie go, ukrywanie się podczas przeglądania maila czy mediów społecznościowych.
- ukrywanie waszego związku przed znajomymi.
- rozmawianie ze znajomymi w twojej obecności w języku, którego nie rozumiesz i niepodejmowanie prób tłumaczenia - oczywiście możliwie jest, że jego koledzy po prostu nie mówią po angielsku, ale w takiej sytuacji należy oczekiwać prób pośredniczenia w rozmowie i tłumaczenia ci, co kto powiedział, a nie ignorowania twojej obecności i oddawania się pogaduszkom. Jeszcze gorzej, jeśli wygląda na to, że mogą się z ciebie śmiać.
- wszelkie nieścisłości i sprzeczności w tym co mówi - to może wskazywać na to, że gubi się w kłamstwach albo prowadzi wiele podobnych konwersacji równolegle.

*jeśli macie pomysły na to, co można by tu dołączyć: piszcie w komentarzach. Im więcej takich sygnałów tym lepiej.

poniedziałek, 3 lutego 2020

Zarządzanie pieniędzmi (a związek mieszany)


Pieniądze stanowią na tyle częsty powód konfliktów w parze, że kłótnie o nie są wręcz przysłowiowe. Wynika to z faktu, że ludzie wchodząc w związek, wnoszą do niego swoje - często sprzeczne - oczekiwania, wyobrażenia, preferencje i sposoby funkcjonowania często sprzeczne dotyczące wszystkiego od zarządzania pieniędzmi po sposób wieszania prania - a te pierwsze są dla większości ludzi po prostu ważniejsze. I z tego powodu naprawdę warto przedyskutować ten temat zanim podejmiemy Ważne Życiowe Decyzje.
Z racji swojej specyfiki, związki mieszane są narażone na konflikty na tle finansowym być może bardziej niż inne. Poglądy na temat zarabiania i wydawania pieniędzy (jak i na wiele innych rzeczy) zaczynają się bowiem kształtować już młodości w domu rodzinnym. Zawsze powtarzam, że człowiek po to ma rozum, żeby przeanalizować różne rzeczy, które mu wpojono i świadomie je przyjąć lub odrzucić, ale prawda jest taka, że nie każdy to robi, dlatego wiążąc się z osobą wychowaną w innym kręgu kulturowym, warto być świadomym zjawisk z którymi możemy się zetknąć.
Z jednej strony jest wiele kultur, w których od dzieci (zwłaszcza mężczyzn) oczekuje się wspierania finansowo rodziców lub/i rodzeństwa. W kulturze muzułmańskiej, z kolei, bardzo często mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie domu, podczas gdy kobieta swoje ewentualne zarobki zachowuje dla siebie. Dodatkowo członek rodziny żyjący w Europie jest często postrzegany jako bogaty (nawet jeśli wcale tak nie jest). Rodziny emigranta miewają rozbuchane oczekiwania materialne, a sam emigrant: poczucie, że powinien je zaspokajać. Czasem potrafi to przybierać dość skrajne formy kiedy pieniądze wysyłane są w sekrecie, a listy życzeń obejmują nowe smartfony, telewizory i markowe ubrania, a wszystko to odbywa się kosztem nowej rodziny. Nie mówiąc już nawet o sytuacjach, kiedy cała rodzina bierze udział w oszustwie wspierając wizowca, który łowi Europejkę, mającą stanowić źródło papierów i gotówki.
I dlatego także w związku multi-kulti takie ważne jest omówienie wizji zarządzania budżetem i nakreślenie jasnych, akceptowalnych dla obu stron zasad.
Wspominałam kiedyś, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem decydując się na wspólne zamieszkanie, było ogarnięcie podziału obowiązków domowych. Drugą z takich rzeczy było opracowanie zasad i szczegółów funkcjonowania wspólnego budżetu. Od tamtego czasu minęło z 6 lat i sporo się pozmieniało, ale w efekcie udało nam się wypracować system, który wg mnie jest optymalny (dla dwojga pracujących osób). Pozwala na wspólną kontrolę nad wydatkami, zapewnia przejrzystość i jasność, ale też pewien zakres niezależności.
Oto przepis:
1. Spis wspólnych wydatków. W tym kroku należy sporządzić listę wszystkich wydatków, które mamy zamiar ponosić razem: od czynszu, przez rachunki za media i internet, jedzenie, chemię domową, rozrywkę itd. To jest moment, kiedy trzeba przedyskutować jak bardzo wspólny budżet chce się mieć. My ostatecznie zdecydowaliśmy się włączyć tu prawie wszystko poza wydatkami na swoje hobby, wyjścia ze znajomymi (bez partnera), ciuchy i prezenty, ale w poprzednich latach bywało inaczej. Do tego wszystkiego trzeba doliczyć kwotę, jaką chcielibyśmy miesięcznie razem odkładać.
2. Podział. Gotową listę dzielimy. My zdecydowalismy się na podział proporcjonalnie do zarobków: wydaje mi się on bardziej sprawiedliwy niż pół na pół, ale taka opcja też jest możliwa.
Kwotę, która tu wyszła, każde przelewa na wspólne konto na początku miesiąca.
3. Część własna. Różnica pomiędzy wypłatą, a wartością uzyskaną w punkcie drugim stanowi budżet własny, którym każde dysponuje wedle uznania i z którego nie ma obowiązku się tłumaczyć. Umożliwia to ewentualną pomoc rodzicom czy rodzeństwu, ale nie kosztem własnej rodziny. Ewentualnie pozwala na nieskrepowane zakupy dowolnej natury bez stresu (ze strony) partnera
4. Komunikacja i feedback. Wszystkie większe wydatki przegadujemy - szczególnie te, które wymagają odkładania pieniędzy. Na koniec miesiąca waeto zrobić podsumowanie wszystkich rozchodów w stosunku do planu i na tej podstawie ewentualnie aktualizować na bieżąco budżet na kolejne miesiące.

Temat wysyłania rodzinie pieniędzy, zawsze wzbudza sporo emocji i gorących dyskusji. Żona i dziecko powinny być pierwsze; jak można matce nie pomóc; dawanie hajsu pazernym pasożytom jest nieakceptowalne; dla nich rodzina zawsze będzie najważniejsza; nie pozwalam na wysyłanie pieniędzy; gdyby mój facet oczekiwał, że przestanę pomagać mamie, musielibyśmy się rozstać. 

Kto ma racje?
Wiążąc się z facetem z importu trzeba pamiętać, że chęć wspierania finansowo rodziny jest zupełnie normalna. W wielu krajach system emerytalny jest bardzo słaby albo nie ma go wcale, podobnie z opieką zdrowotną. Dostęp do edukacji też bywa kosztowny. Twój chłopak czy mąż ma prawo chcieć pomagać rodzinie, zwłaszcza, że - jak wspomniałam wyżej - być może w kulturze z której pochodzi jest to standard i jest to od niego oczekiwane. Ma prawo nawet chcieć mieszkać w klitce i jeść byle co, po to żeby wysłać kilkaset euro miesięcznie do domu. Ma prawo chcieć wozić drogie prezenty, nawet tylko po to żeby się pokazać.
Ale związek tworzą dwie osoby i obie muszą się w nim czuć dobrze. Inaczej to po prostu nie ma sensu. Nie musisz się godzić na nic, co ci nie pasuje w imię różnic kulturowych i tego, że "oni tak mają". Masz prawo mieć swoje potrzeby i masz prawo oczekiwać, że rodzina którą wy (s)tworzycie będzie na pierwszym miejscu. Masz prawo chcieć mieszkać wygodnie, jeść smacznie, a nawet wyjeżdżać na wakacje. Nazwijmy takie oczekiwania naszą kulturą.
Jest wiele rodzin, które nie mają żadnych oczekiwań materialnych, a wręcz pomagają dzieciom na emigracji. Są takie, które mają problemy finansowe, zdrowotne itd, a są i takie, które po prostu chcą kasy i przedmiotów, na które mogłyby zarobić same. Są faceci (lub kobiety) z importu, którzy nic nie dają, są tacy, którzy robią to czasami i tacy, którzy robią to często i szczodrze. No i analogicznie: są partnerki (partnerzy), chętnie angażujące się w takie wsparcie i te kompletnie temu przeciwne.
Widzicie już do czego zmierzam? Czasem te dążenia po prostu są nie do pogodzenia. Można dyskutować, kto ma rację, porównywać kupowanie mamie leków lub siostrze smartfona z zabieraniem żony na randkę i przerzucać się rożnego rodzaju argumentami. Problem w tym, że nie ma dobrej odpowiedzi. Jedyne co można zrobić to poznać oczekiwania i plany drugiej osoby i próbować wypracować rozwiązania, które zadowolą oboje. Ewentualnie znaleźć kogoś bardziej kompatybilnego.

Fot. Unsplash

No photo description available.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Czy warto mieć gdzieś krytykę?


Ostatnio bardzo często obserwuję wśród ludzi postawę typu to moje życie i mam gdzieś, co inni myślą. Niby jest to fajna, wyzwalająca postawa, która pozwala zdystansować się od krępujących, bezsensownych norm społecznych i najróżniejszych "co ludzie powiedzą". I to jest bardzo spoko, gdyż wiele z nich tak naprawdę nie daje jednostce niczego poza ograniczeniami.
Ta postawa zazwyczaj pociąga za sobą także stwierdzenia takie jak nie obchodzi mnie krytyka innych i ludzie krytykują, bo leczą swoje kompleksy. Wiele osób na pewno się zgodzi zwłaszcza z tym ostatnim stwierdzeniem. I w pewnym sensie to prawda, wypowiadanie negatywnych opinii na temat czyjegoś wyglądu czy poziomu inteligencji, często jest podyktowane kompleksami i niską samooceną.
Tylko czy to jest krytyka?
W potocznej polszczyźnie słowo "krytyka" i "krytykować" są używane w dwóch różnych znaczeniach, na które tak naprawdę mamy dwa różne terminy:
- Krytyka (łac. criticus – osądzający) – analiza i ocena dobrych i złych stron z punktu widzenia określonych wartości (np. praktycznych, etycznych, poznawczych, naukowych, estetycznych, poprawnych) jako niezbędny element myślenia. /za wikipedią/
- Krytykanctwo «niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania» /za SJP/
Także potoczne "krytykowanie kogoś" ("ona mnie ciągle krytykuje"), niekoniecznie jest krytyką, a często krytykanctwem, które - pewnie wszyscy się zgodzimy - nie jest niczym dobrym.

A co z krytyką?
Człowiek przez całe swoje życie się zmienia. Nauka nowych rzeczy, naprawianie błędów, wychodzenie z nałogów i traum, zmienianie (nomen omen) sposobów funkcjonowania czy zachowania - to wszystko są zmiany. Zmiany są niezbędne, bez nich nie można mówić o rozwoju, dojrzewaniu, pracy nad sobą, postępach ani leczeniu czy terapii. Każdy z nas (mam nadzieję) chce się stawać lepszym człowiekiem - jakkolwiek by tego nie definiował - co jest przecież procesem nieustającej zmiany.
Czasami jest to prostu naturalne i przychodzi niejako "samo", jak nauka chodzenia. Ale często wymaga świadomego, skoncentrowanego wysiłku. A jaki jest pierwszy krok do takiej intencjonalnej zmiany? Otóż: uświadomienie sobie, że jest ona potrzebna - co nie jest wcale takie proste.
Dlaczego o tym piszę w tym momencie? Dlatego, że tu właśnie pojawia się rola krytyki.
Bardzo często druga osoba, patrząca z zewnątrz widzi rzeczy, których sami w sobie nie dostrzegamy. Począwszy od sałaty między zębami, przez spodnie pogrubiające w tyłku, po zachowania, reakcje i wybory życiowe. Często działamy lub reagujemy w sposób, który z naszego punktu widzenia jest jak najbardziej uzasadniony i adekwatny do sytuacji, podczas gdy zewnętrzny obserwator ma zupełnie inne refleksje. Nierzadko druga osoba zauważa związki, połączenia, wzory zachowań, których w ogóle nie jesteśmy świadomi.
Osoba nadużywająca alkoholu; facet, który źle traktuje partnerkę; kobieta wykorzystywana przez ukochanego; dziewczyna, która ciągle przyciąga nieodpowiednich mężczyzn i nie wie dlaczego; ktoś komu ciągle nie udaje się dostać awansu - to przykłady sytuacji, w których może być ciężko dostrzec samemu istotę problemu. Zwłaszcza, że obraz własnej osoby bardzo zakłócają nam mechanizmy obronne, których (w uproszczeniu) rolą jest zapewnianie nam względnie dobrego samopoczucia psychicznego. Dlatego 5 piw dziennie w oczach tego, kto je pije to tylko "relaks do którego każdy ma prawo po ciężkim dniu w pracy", a nie problem alkoholowy - czym zapewne jest dla otoczenia. Wyzywanie żony od idiotek to tylko reakcja na jej głupie (a jakże) zachowania, których nikt normalny by nie zniósł - a nie przemoc psychiczna. Nieodpowiedni faceci po prostu pojawiają się sami, zupełnie bez związku z lateksową mini i gorsetem w cętki prezentowanymi co piątek w klubie razem z 15cm szpilkami, wyzywającym makijażem i piciem bez kontroli. Brak awansu to skutek układu i faworyzowania innych osób, a nie godzinnych przerw na kawkę, spóźnień, czy braku zaangażowania.
W każdym z tych przypadków zapewne był w otoczeniu ktoś, kto - w przeciwieństwie do samego zainteresowanego - doskonale widział, co i/ lub dlaczego się dzieje. Z dystansu po prostu widać często lepiej.
Dlatego dobrze być otwartym na konstruktywną krytykę. Jeśli mamy w swoim otoczeniu osoby, których opinię i rozsądek cenimy, a dobrej woli ufamy, nie zaszkodzi posłuchać co mają do powiedzenia i przemyśleć ich uwagi w momencie (bolesnej) autorefleksji. Nie jest to proste, bo komunikaty tego typu w sposób naturalny budzą opór. Warto jednak odłożyć go na chwilę na półkę i zastanowić się, czy może jednak jest coś co w nas nie gra oczywistego dla wszystkich dookoła?

niedziela, 12 stycznia 2020

Dobra żonka

Kolega Małżonek wrócił przedwczoraj wyjazdu służbowego. Dzięki uprzejmości polskich linii lotniczych LOT z zaledwie dwugodzinnym opóźnieniem. Zamiast prezentu przywiózł koszmarne przeziębienie. Kojarzycie te żarty o tym jak chorują faceci? Szalony Naukowiec choruje bardzo rzadko, a jak już to raczej należy do tych, których jakieś drobne przeziębienie nie powstrzyma od realizacji planów.
Na przykład od grania w piłkę. 
Na zewnątrz. 
W szortach. 
Przy temperaturze ok 5 stopni. 

Tym razem jednak trafiło go konkretnie - jakby mnie kto pytał: nie bez związku ze wspomnianą piłką.
No więc co miałam zrobić? Trzeci dzień funkcjonuję w trybie "dobra żonka": przyrządzam wywary z imbiru, poję rosołkiem i wymyślam w miarę zdrowe i możliwie smaczne posiłki. I tylko po cichu przewracam oczami (nie żeby dało się to zrobić głośno), kiedy on, poproszony o załadowanie naczyń do zmywarki, marudzi przecież jestem choryyyy.

Dzięki Ci Matko Naturo za jego dobry system odpornościowy, dzięki któremu stykam się z taką sytuacją średnio raz na 3 lata.
A że mój nie jest taki sprawny, pozostaje mi tylko czekać aż złapię tego jego wirusa i wtedy przekonamy się, kto jest lepszy w te klocki


czwartek, 9 stycznia 2020

(Nie)docenianie

Dwa dni temu wpadł mi w oko komentarz dość popularnego blogera wyjaśniający dlaczegóż to związki ludziom nie wychodzą. Ogólnie był to całkiem sensowny pod wieloma względami tekst (jeśli chcecie, mogę wrzucić linka do posta, pod którym go znajdziecie), ale między tymi trafnymi analizami pojawiło się takie oto stwierdzenie:
ludzie w związkach zwracają uwagę głównie na złe rzeczy i bardzo trudno jest to stłumić. Bo po pewnym czasie przyjmuje się, że normalnym jest, że ktoś upierze, ugotuje, załatwi lekarza dla dzieci, pójdzie do tego lekarza etc. To jest normalne. To jest standard. Problem pojawia się tylko wtedy, kiedy ten standard zostanie naruszony. I wtedy jest darcie ryja. Czyli nie doceniamy kogoś za robienie dobrych rzeczy, bo przyjmujemy to za naturalne, a opierdalamy za najdrobniejsza pomyłkę.
Jestem jak najbardziej za cieszeniem się z drobiazgów i docenianiem małych rzeczy, zwłaszcza, że ewolucja sprawiła, że bardziej zauważamy i zapamiętujemy te złe.
No ale bez przesady.
Myślałam o tym z perspektywy ostatniego wpisu o obowiązkach domowych i doszłam do wniosku, że dla mnie tak naprawdę mycie garów, czyszczenie kibla i wyrzucanie śmieci (a także prowadzenie dzieci do lekarza - o ile ktoś je ma), to jest standard. Zajmowanie się własnym domem albo dziećmi to jest absolutnie podstawowy standard i naprawdę nie widzę tu pola do doceniania kogokolwiek.
Czy oczekujemy doceniania za to, że nie spóźniliśmy się do pracy, zapłaciliśmy rachunek za telefon albo wysłaliśmy PIT? Nie. Bo to są nasze obowiązki. Wypełnienie ich to (sorry za powtórzenia) standard, a niedociągnięcia grożą nieprzyjemnymi konsekwencjami (naganą, niższą oceną roczną, karą pieniężną itp.). Dlaczego z obowiązkami domowymi miałoby być inaczej?
I nie mówię tu, że należy "drzeć ryja" za każdym razem, kiedy partner nie umyje garów. Każdy ma prawo do słabszego dnia, wyrozumiałość to fajna cecha, którą warto w sobie rozwijać, a związek polega też na tym, żeby wspierać się w takich momentach i albo po prostu olać te gary, albo - jeśli się z jakiegoś powodu nie da - ogarnąć je za partnera.
Nie mówię też, że nie należy doceniać partnera - doceniajmy jak najbardziej. Doceniajmy cechy, które sprawiły, że to właśnie z tą osobą jesteśmy. Ja na przykład doceniam swojego za system wartości, dzięki któremu ten nasz podział obowiązków domowych jest możliwy i funkcjonuje. Doceniam go za charakter: to, że jest odpowiedzialny i obowiązkowy, dzięki czemu nie muszę w ogóle myśleć o jego części obowiązków, bo wiem, że wszystko będzie ogarnięte (i vice versa). Doceniam też wszystkie rzeczy "ekstra" (ponad standard): śniadanie do łóżka, ulubioną czekoladę kupioną przy okazji robienia zakupów na obiad, nadłożenie drogi, żeby odebrać moją paczkę, bo ja musiałam dłużej zostać w pracy. Ale czy muszę wychwalać go pod niebosa, bo odkurzył?
Jak myślicie? Jestem wredną zołzą o wygórowanych wymaganiach, czy też nie?

Za co Wy doceniacie swoje drugie połówki?

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Mąż nie pomaga mi w domu


Od czasu do czasu napotykam w internecie na pytanie "czy mężowie pomagają wam w domu". I za każdym razem odpowiadam: nie, mój mąż nie pomaga mi w domu. Obowiązki wynikające ze wspólnego prowadzenia naszego wspólnego domu dzielimy równo pomiędzy siebie. A część delegujemy.
Bardzo nie lubię tego określenia: "facet pomaga w domu" - sugeruje ono, że dom to z definicji odpowiedzialność kobiety, a mężczyzna może (jeśli ma taki kaprys) ewentualnie ruszyć palcem, żeby jej "pomóc". Moim zdaniem, nasz dom to odpowiedzialność nas obojga - chyba, że umówimy się inaczej (jedno pracuje, drugie zajmuje się domem - chociaż zdecydowanie nie jestem fanką tego typu rozwiązań na dłuższą metę). Myślę, że nie zdecydowałabym się na relację z mężczyzną, który ma tzw tradycyjne podejście.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem, kiedy podjęliśmy decyzję o wspólnym mieszkaniu, było omówienie naszego podejścia do domowych obowiązków. Potem spisaliśmy je wszystkie na kartce, wraz z częstotliwością i podzieliliśmy sprawiedliwie pomiędzy nas dwoje. Nie jest tak, że wszystko działało bez zarzutu od pierwszego dnia. Sporo czasu się docieraliśmy, wiele razy spieraliśmy o sposób wykonania danych zadań. To chyba normalne, w końcu, każdy człowiek ma jakiś tam swój zbiór wyobrażeń, jak różne rzeczy powinny funkcjonować - co niekoniecznie (a w zasadzie prawie nigdy) pokrywa się z wizją drugiej osoby. Ale mimo dość długiego docierania się, podstawowy podział od samego początku był jasno zdefiniowany i respektowany.
Przeraża mnie jak wiele kobiet jest zaskoczonych takimi rzeczami jak brak zaangażowania męża w obowiązki domowe, czy opiekę nad dzieckiem. Męża - nie nowego chłopaka - człowieka, za którego zdecydowały się wyjść. Aż ciężko uwierzyć, jak wiele osób podejmuje decyzje o takiej wadze kompletnie nie omawiając z partnerem istotnych kwestii. Kiedyś myślałam, że nie jest to zjawisko aż tak częste, ale po prostu widoczne w tych częściach internetu, w których się obracam. A potem przeczytałam to:
Ludzie bardzo często wybierają święty spokój. Uważają że jak zdecydują się na udawanie, że czegoś nie ma, to ten święty spokój osiągną. O najważniejszych sprawach nie rozmawiają latami: o kwestiach systemu wartości, wyborów życiowych, sposobu wychowania dzieci, czy relacji z rodzicami [Danuta Golec w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim w ramach książki "Kochaj wystarczająco dobrze" - polecam].
Taka postawa kompletnie nie mieści mi się w głowie. Jak można w ogóle zdecydować się na spędzenie reszty życia z człowiekiem, którego systemu wartości i światopoglądu nie znamy? Jak można nie omówić takich rzeczy jak preferowany model rodziny, nasze w niej role, wychowanie dzieci, relacje z dalszą rodziną, styl życia, zarządzanie budżetem i wiele, wiele innych? Jak w takiej sytuacji można w ogóle czuć, że zna się drugą osobę? Kiedyś na jednej z grup padło pytanie o poglądy społeczno-ekonomiczne partnerów. Większość odpowiedzi brzmiała "nie rozmawiamy o polityce", a ja przez kilka dni byłam w szoku, jak można nie wiedzieć, jakie poglądy ma nasz życiowy partner?
Co ciekawe, prawie za każdym razem, gdy w jakiejś internetowej dyskusji napiszę, że takie rzeczy trzeba omawiać przed ślubem (bądź też decyzją o wspólnym spędzeniu reszty życia), pojawia się odpowiedź w rodzaju "to tylko teoria", "to tylko gadanie, życie i tak pokaże" albo wręcz "po co gadać, i tak powie ci to, co chcesz usłyszeć". Tak - życie weryfikuje wszystko. Tak - czyny są ważniejsze niż słowa, to nie ulega wątpliwości.
Ale to nijak nie znaczy, że można po prostu NIE ROZMAWIAĆ. Przecież od rozmowy wszystko się zaczyna. Po co miałabym marnować czas na "życie pokaże" jeśli już w rozmowie wychodzi, że facet uważa, że - trzymając się przykładu z początku tekstu - obowiązki domowe to domena kobiety? Z rozmowy naprawdę dużo można się dowiedzieć: nie chodzi przecież o wymianę zdań typu: "jak się pobierzemy to będziesz sprzątał?" "oczywiście kochanie" "świetnie, to weźmy ślub", ale o poznawanie siebie nawzajem przez dyskusje. Liczne dyskusje na wiele tematów. Kłamstwo w jednej najprawdopodobniej wyjdzie na jaw w jakiejś innej. A skoro mowa o kłamstwie: czy ktokolwiek rozważa decyzję o wspólnej przyszłości i ślubie z osobą, której słowom nie ufa ("powie ci co chcesz usłyszeć")? Wydaje mi się, że zastanawiając się nad takim krokiem, przynajmniej mamy pewność, że partner jest z nami szczery.
Oczywiście, nawet najszczersze intencje czasem rozjeżdżają się z rzeczywistością, dlatego warto nie tylko omówić różne rzeczy, ale przetestować je w praktyce (mieszkanie razem przed ślubem jest nie do przecenienia!). Ale gdy już się rozjadą, można powiedzieć "nie tak się umawialiśmy" i wyegzekwować uzgodniony wcześniej układ.
A jeśli wszystkie rozmowy jasno pokazują, że bardzo się różnimy pod względem ważnych wartości (co się przecież często zdarza, zwłaszcza w związkach mieszanych)- przynajmniej dają szansę podjąć świadomą decyzję co do następnych kroków i przyszłości związku.

sobota, 30 listopada 2019

Mój subiektywny przewodnik po Maroku - ulubione miejsca: Marakesz w oczekiwaniu na męża

Nie wiem ile już razy oświadczyłam sama sobie "zaczynam nowe życie". Kiedyś bardzo lubiłam takie nowe początki, a kto powiedział, że tylko Nowy Rok może spełnić taką funkcję? Zazwyczaj "nowe życie" wiązało się na przykład z przejściem na dietę albo ćwiczeniami nie muszę chyba dodawać, że trwało jeden czy dwa dni, po czym wszystko wracało do normy.
Dziś jednak mogę z całkowitą pewnością powiedzieć "zaczynam nowe życie". A właściwie: zaczynamy. Ponieważ mój mąż, Szalony Naukowiec właśnie dziś zakończył swoje występy gościnne za granicą i właśnie wraca do domu - na stałe. A to oznacza, że wreszcie, po roku, zaczniemy normalne życie małżeńskie. Ciekawe czy będziemy musieli znowu się docierać, czy po prostu wszystko kliknie i wskoczymy na stare tory, które wypracowaliśmy sobie przez poprzednie 4 lata mieszkania razem?

A w międzyczasie, czekając aż dotrze, zabiorę Was jeszcze na chwilę do Marakeszu.

Jak już wiecie moim najukochańszym miejscem są souki w medynie. Nigdy nie jest mi mało łażenia po nich i gapienia się na wszystko, a od kiedy ostatnio pojawiło się w nich więcej toalet publicznych to już w ogóle mogłabym stamtąd nie wychodzić. Kiedyś souki dzieliły się na coś w rodzaju specjalizacji czyli np souk z materiałami, souk z wyrobami metalowymi, drewnianymi, skórzanymi czy z souk biżuterią. Z czasem jednak wszystko się zmienia i miesza, coraz ciężej więc odnaleźć takie bardzo wyspecjalizowane sektory. Są alejki, gdzie jest więcej sklepików z danymi produktami (wyrobami skórzanymi, przyprawami, suszonymi owocami i orzechami itd) niż w innych, są zakątki gdzie np można znaleźć tylko i wyłącznie kuśnierzy, sklepy z biżuterią albo kaftanami i materiałami, ale to nie znaczy, że nie znajdziecie tych wyrobów także w innych miejscach. Oczywiście sklepiki to nie wszystko. Chodząc po soukach znajdziecie też knajpki, kawiarnie, salony spa (bądź też hammamy), meczety a nawet escape room. Ten ostatni pozostaje na mojej liście rzeczy do zrobienia - z lekkim znakiem zapytania.
Spacerując między sklepikami nie jest łatwo robić zdjęcia z kilku powodów: po pierwsze przejścia są wąskie, tłoczne i często trzeba ustępować z drogi motorowi albo sprzedawcy ciągnącemu wózek. Po drugie zawsze mam poczucie, że nie nadążam zobaczyć wszystkiego dookoła i szkoda mi marnować czas gapiąc się w ekranik telefonu, zwłaszcza, że zatrzymywanie się, żeby zrobić zdjęcie raczej nie wchodzi w grę gdyż: po trzecie nie spotyka się to z wielkim entuzjazmem sprzedawców. Na szczęście kilka udało mi się cyknąć, mam nadzieję, że Wam się spodobają














poniedziałek, 18 listopada 2019

Pierwsza rocznica (pierwszego) ślubu

W ten weekend obchodziliśmy z Szalonym Naukowcem jednocześnie koniec sezonu ślubnego i pierwszą rocznicę Ślubu 1.0.
To był niezwykle intensywny i szalony rok - a właściwie 13 miesięcy - od kiedy na skutek splotu różnych okoliczności postanowiliśmy (raczej niespodziewanie) się pobrać (po raz pierwszy). Trzy śluby, podróż poślubna na drugą półkulę, życie na walizkach, ciągłe rozstania i powroty, tysiące wymienionych wiadomości, setki przegadanych przez telefon godzin, łzy wylane na lotniskach, dworcach i w pustym łóżku; uściski na powitanie, wieczorne wypady do knajpek, odkrywanie nowych miejsc i smaków, butelki wina wypite na kanapie, niezliczone seanse kinowe czasami planowane z miesięcznym wyprzedzeniem, dziesiątki nocy przegadanych do nieprzyzwoitej godziny, rozgrzewanie zmarzniętych dłoni i stópek, śniadania do łóżka i te jedzone w biegu żeby samolot nie uciekł. Ten rok był słodko-gorzki jak czekolada o 80% zawartości kakao. Ale wiecie co? Nie zrezygnowałabym z niego.
Tak się składa, że nasza pierwsza rocznica zbiega się (prawie) z momentem kiedy Szalony Naukowiec ostatecznie kończy swoje zawodowe wojaże i na dobre cumuje w porcie Dom. Jeszcze tylko kilkanaście dni i wyjdę po niego na dworzec po raz ostatni.
A póki co: było co świętować. Brawo my.


środa, 16 października 2019

Związek (mieszany), a opinie innych

Przeczytałam historię kobiety, która popełniła samobójstwo po tym, jak odkryła, że jej dużo młodszy tunezyjski ukochany ma na boku drugą (a może pierwszą?) żonę: Tunezyjkę w swoim wieku. W jednym ze swoich ostatnich postów, obarcza go odpowiedzialnością za swoją śmierć i wspomina o tym, że przez niego straciła rodzinę i przyjaciół, którzy odradzali jej ten związek.

Śmierć zadana własną ręką to zawsze straszna tragedia. Większość z nas pewnie nawet nie wyobraża sobie cierpienia i poczucia samotności i desperacji, jakie musi odczuwać osoba decydująca się na taki krok. Jak bardzo brakowało jej wsparcia. 

Przez wszystkie te lata związku z Szalonym Naukowcem przeczytałam wiele dyskusji na temat "
co zrobić jeśli rodzina/znajomi mają coś przeciwko naszemu związkowi?. I wiecie co? 90% komentarzy to rzeczy w stylu to moje życie, nie mam zamiaru się oglądać na opinie innych; odcięłam się od nich; to twój partner, jak komuś się nie podoba, pokaż mu drzwi itd. 
Szczerze mówiąc zawsze czułam się jakaś inna czytając takie komentarze. Może jestem niezwykłą szczęściarą (albo po prostu świetnie dobieram przyjaciół), bo nikt w moim otoczeniu nie miał nigdy zastrzeżeń do mojego męża. Mam wrażenie, że wszyscy go lubią (czasem może bardziej niż mnie), moi rodzice też bez problemu go zaakceptowali. Pewnie gdyby ktoś z moich znajomych miał problem z jego narodowością lub kolorem skóry - szybko przestałby być moim znajomym.
Ale nie potrafię sobie wyobrazić odcięcia się od WSZYSTKICH przyjaciół i całej rodziny. Nie potrafię sobie wyobrazić powiedzenia wszystkim pocałujcie się w nos, to moje życie i nic wam do tego, bez wzięcia pod uwagę ich argumentów i przynajmniej próby dogadania się, wyjaśnienia. Czasem wielu prób. Gdyby wszystkie bliskie mi osoby, których rozsądkowi i ocenie sytuacji ufam, twierdziły (używając racjonalnych argumentów), że mój egzotyczny absztyfikant wykorzystuje mnie dla wizy, lub po prostu źle traktuje - raczej nie potrafiłabym się ot tak po prostu od nich wszystkich odciąć.
Tak, miłość jest ważna i to może ten mężczyzna będzie twoją najbliższą rodziną przez resztę życia. Ale jesteśmy istotami społecznymi, a pozytywny wpływ sieci wsparcia społecznego na nasze zdrowie (psychiczne i fizyczne) udowodniła cała masa badań. Potrzebujemy związków z różnymi ludźmi. Czy naprawdę warto tak łatwo ucinać wieloletnie relacje? 
Wierzę, że większość bliskich tak naprawdę często nieudolnie (bo nie wiedzą, bo kieruje nimi nieświadomy lęk, bo działają wszystkie możliwe błędy poznawcze i heurystyki - to temat na całkiem inny post), chce dla nas dobrze. I wierzę, że większość z nich, jak już oswoi się z nieznanym, pozna wybranka: pozbędzie się lęków i uprzedzeń oraz spojrzy obiektywnie. A jeśli jest on dobrym człowiekiem o dobrych intencjach, który nas dobrze traktuje: zaakceptuje go. Być może będą mieli wątpliwości, często bardzo stereotypowe (że przykuje cię do kaloryfera, że zamknie w domu, że każe zmienić wyznanie, odbierze dzieci i ubierze w burkę), czasem bardzo sensowne (że różnice kulturowe będą trudne do pokonania, że wyjedziesz z nim i nie będą cię już mieli blisko, że on cię oszukuje, że chce tylko wizy). Być może będzie trzeba spędzić sporo czasu słuchając, wyjaśniając, rozmawiając. Być może trzeba będzie po prostu przedstawić ich sobie i dać czasowi upłynąć. Ale wierzę, że warto przynajmniej dać im szansę. No i słuchać co mówią. Zwłaszcza, że osoba, która stoi z boku, potrafi spojrzeć z dystansem i zauważyć rzeczy, których my nie widzimy.
Oczywiście są sytuacje skrajne. Są ludzie tak przesiąknięci nienawiścią lub strachem, że jedyne na co ich stać to komentarze o zdradzie narodu, propozycje golenia głowy, teksty o dawaniu d..y "brudasowi", stawianie ultimatum albo zakaz wprowadzania partnera do domu. Mam głęboką nadzieję, że z czasem takich postaw będzie mniej i mniej. Ale tak naprawdę taką retorykę bardzo łatwo odróżnić od racjonalnych argumentów, prawda?
Odcinajmy się więc od głupiego hejtu, ale poza tym dajmy naszym bliskim chociaż szansę, nie skreślajmy ich łatwo.
A piszę to wszystko, bo nie mogę przestać myśleć o tym, że może gdyby ta kobieta z pierwszego akapitu miała więcej wsparcia od bliskich, gdyby ich nie wyrzuciła ze swojego życia, nie doszłoby do tragedii?

czwartek, 10 października 2019

Jak radzić sobie z różnicami w związku



Znacie moją teorię, że nic nie jest tak ważne dla udanego związku, jak dobre dopasowanie. Dopasowanie wcale jednak nie musi znaczyć podobieństwa. Ludzie różnią się pod bardzo wieloma względami i to jest super, bo gdybyśmy wszyscy byli tacy sami świat byłby okropnie nudny. Jednak różnorodność, która czyni świat fascynującym miejscem, niekoniecznie jest łatwa pod jednym dachem.
Różnice między ludźmi mogą mieć najróżniejszą naturę: od światopoglądowych przez osobowościowe po te związane z preferencjami, przyzwyczajeniami, gustem itp. Jedno jest katolikiem, drugie ateistą; jedno preferuje tradycyjny model rodziny, drugie: partnerski; ekstrawertyk i introwertyczka; pesymista z optymistką; jedno lubi co piątek imprezować, drugie: spędzać wolny czas na kanapie; jedno zmywa zaraz po gotowaniu, drugie zostawia gary na kilka godzin (lub dni). I tak dalej.
Różnice międzyludzkie są fajne, ciekawe, wartościowe i stymulujące, ale jeśli dwie osoby chcą dzielić życie, siłą rzeczy będzie dochodziło między nimi do konfliktów na ich tle. Niektóre z nich mogą być trudne lub niemożliwe do przeskoczenia (patrz: dobre dobranie się). Z innymi natomiast można sobie poradzić i jest na to parę strategii.

Wyobraźmy sobie Kasię i Krzyśka. Kasia i Krzysiek są ze sobą już dobrych kilka miesięcy i planują pierwszy wspólny wyjazd: na majowy długi weekend. Problem w tym, że mają bardzo różne wizje, jak ten wyjazd ma wyglądać. Krzysiek, jak przystało na ekstrawertyka, chciałby żeby pojechali - jak on co roku - z jego przyjaciółmi na Mazury, gdzie wynajmą razem domek, całymi dniami będą się kąpać w jeziorze, a wieczorami organizować ogniska i imprezy. Introwertycznej Kasi natomiast, na ich pierwszy wspólny wypad, marzy się romantyczny wyjazd we dwoje w góry. Mamy więc różnicę zdań i konflikt na jej tle. Jak można sobie z tym poradzić?
Moim zdaniem, to co charakteryzuje dobry sposób radzenia sobie z różnicami i konfliktami, to stopień zadowolenia obu zaangażowanych osób i stopień subiektywnie odczuwanej "sprawiedliwości" (który także rzutuje na satysfakcję). Uszeregowałam je wraz ze wrostem obu.
Strategia 1: walka. Kasia i Krzysiek mogą się pokłócić. On może jej wytknąć, że ona nigdy nie chce spotykać się z jego znajomymi, ona jemu - że on nigdy nie ma czasu tylko dla niej. I tak dalej - wszyscy możemy sobie wyobrazić dokąd taka wymiana zdań doprowadzi.
Strategia 2: unikanie. Kasia i Krzysiek, wiedząc, że mają różne opinie, ale nie chcąc się z tym zmierzyć, mogą unikać tematu. Najlepiej tak długo aż jedna z opcji stanie się niemożliwa. Albo obie.
Strategia 3: uleganie. Alternatywnie jedno z nich może też zrezygnować ze swoich preferencji na rzecz drugiego.
Tak naprawdę i unikanie i uleganie mogą czasami być dobrymi rozwiązaniami. Na dłuższą metę jednak obie te metody niosą ze sobą ryzyko: konflikty zepchnięte pod dywan w końcu mogą się wylać szerokim i niekontrolowanym strumieniem. A częste uleganie jednej osoby może doprowadzić do frustracji, poczucia niesprawiedliwości, "punktowania się" i rozliczania. Osoba, która cięgle ustępuje zazwyczaj po jakimś czasie zaczyna mieć pretensję do partnera zarówno o samo ustępowanie, jak i o brak docenienia go - bo jakoś tak już jest, że partner, który zazwyczaj stawia na swoim, łatwo przyzwyczaja sie do takiego stanu rzeczy i traktuje go jako coś oczywistego, wręcz należnego, zamiast zrekompensować poświęcenia przynajmniej dając wyraz wdzięczności i uznaniu. W poświęcającej się osobie narasta więc nie tylko frustracja związana z niespełnionymi oczekiwaniami i niezaspokojonymi potrzebami, ale dodatkowa typu "i po co ja to robię", "niewdzięcznik jeden".
Na szczęście są też bardziej konstruktywne sposoby:
Strategia 4: kompromis.
Kompromis to taka najbardziej oczywista rada, prawda? Ja trochę ustąpię, ty trochę ustąpisz, żadne z nas może nie będzie zadowolone w 100%, ale jakoś to będzie. Kasia i Krzysiek mogliby na przykład podzielić swój długi weekend na pół i spędzić każdą jego część inaczej (zapewne tracąc przy tym część czasu na przejazdy). Ewentualnie mogliby połączyć strategię 3 i 4 i dogadać się, że jedno ustąpi teraz, a drugie: za rok.
Kompromis to całkiem dobre rozwiązanie, a najlepiej sprawdza się w sytuacji, kiedy każdy rezygnuje z czegoś mało istotnego, a dostaje coś ważnego. Jak jednak określić co jest na ile dla kogo ważne i jak to porównać aby zapewnić pewien względny poziom poczucia "sprawiedliwości"?
I tu dochodzimy do ostatniej i jednocześnie mojej ulubionej opcji.
Strategia 5: współpraca.
Współpraca to taki trochę upgrade'owany kompromis. Chodzi w niej o to, żeby zminimalizować ustępowanie na rzecz wspólnie wypracowanego rozwiązania maksymalnie satysfakcjonującego obie strony. Nie jest to jednak takie proste: jeśli interesy/preferencje wydają się sprzeczne, trzeba się czasem nagimnastykować, aby osiągnąć rozwiązanie. Żeby do niego dojść, trzeba przebić się przez to co jest na powierzchni i otworzyć na poznanie i zrozumienie potrzeb drugiej osoby.
Kasia i Krzysiek nie mogą zatrzymać się na stwierdzeniu "on chce ze znajomymi na Mazury" i "ona chce we dwójkę w góry" - muszą oboje pójść dalej i zrozumieć jakie potrzeby stoją za tymi preferencjami. Dopiero, kiedy je poznają, będą w stanie wypracować rozwiązanie.
Na przykład mogą odkryć, że Krzyśkowi zależy na wyjeździe z przyjaciółmi - z którymi trzyma się od lat, a majowy wspólny wyjazd jest dla nich tradycją od czasu studiów - bo są oni dla niego jak rodzina. Z tatą nie ma kontaktu, a mama wiele lat temu wyszła za mąż i skupiła się na kolejnych młodszych dzieciach, i to własnie przyjaciele wspierali go we wszystkich ważnych i trudnych sytuacjach życiowych. Krzyśkowi bardzo zależy na tym, żeby lepiej poznali Kasię, bo czuje, że ich związek robi się poważny. Niestety jak dotąd nie było ku temu za wielu okazji. W sumie Krzysiek trochę się martwi, że Kasia nie lubi jego przyjaciół i dlatego unika spotkań z nimi, albo, że nie traktuje ich związku poważnie, skoro nie chce zbliżyć się z jego przyszywaną rodziną.
Kasia natomiast chciałaby spędzić trochę czasu sam na sam z ukochanym. Oboje dużo pracują, i nie mają go dla siebie za wiele. Kasia, jako osoba zdystansowana i powoli nawiązująca więź czuje, że potrzebuje takiego czasu tylko we dwoje. Spędzenie 5 dni w jednym domku z grupą obcych de facto ludzi i z zerową szansą na odseparowanie się od nich choćby na chwilę, trochę ją przeraża - podobnie jak duża zażyłość całej grupy. Sama nie ma tak bliskich przyjaciół i trochę zazdrości im tej relacji, a jednocześnie jest o nią zazdrosna, bo boi się, że przyjaciele okażą się dla Krzyśka ważniejsi niż ona. Natomiast góry, w których spędziła w dzieciństwie bardzo dużo szczęśliwych dni, to dla niej ważne miejscie, którym chciałaby sie podzielić z partnerem teraz, gdy ich związek robi się poważny.
Dopiero, kiedy już do tego wszystkiego dojdą, a byc może zejdą jeszcze głebiej, będą w stanie wypracować rozwiązanie które wyjdzie na przeciw wszystkim ważnym potrzebom. Na przykład mogą umówić się, że w maju pojadą na Mazury spędzić czas z przyjaciółmi Krzyśka, ale zamiast wynająć z nimi domek, zorganizują sobie oddzielne lokum w okolicy, dzieki czemu Kasia będzie miała przestrzeń na zregenerowanie sił psychicznych. Dodatkowo wygospodarują czas tylko dla siebie we dwoje, a Krzysiek - wiedząc już, co ją trapi - zadba o to, aby Kasia nie czuła się zepchnięta na bok w towarzystwie. Za to w czerwcu wezmą dodatkowe dwa dni wolnego i pojadą w góry.
To wszystko niezawsze jest proste. Czasami potrzeby, które tkwią u źródeł jakiś naszych preferencji są głęboko ukryte i sami nie do końca zdajemy sobie z nich sprawę. Czasem żeby do nich dojść trzeba naprawdę otworzyć się na drugą osobę, co zawsze jest trudne, bo takie odsłonięcie się czyni człowieka podatnym na zranienia i napawa go lękiem. Dlatego warto zadbać o dobrą komunikację w związku i o zbudowanie bezpiecznej przestrzeni na tego typu rozmowy.
Oczywiście nie każda różnica ma jakieś ukryte, głębokie korzenie. Czasami po prostu ona prasuje ręczniki i jest to dla niej oczywiste, bo w jej domu zawsze się tak robiło, a on nie prasuje i koniec. Ludzie mają całe mnóstwo takich "oczywistości", z którymi idą przez życie wcale się nad nimi nie zastanawiając - dopóki nie zderzą się z "oczywistościami" drugiej osoby. Nie każde takie zderzenie wymaga grzebania sobie nawzajem w duszach, czasami aby wypracować wspólne rozwiązanie wystarczy wymienić się argumentami i racjonalnie je przeanalizować.
Ale nawet w sprawach prozaicznych, kompletnie pozbawionych drugiego dna warto dążyć do wspólnych rozwiązań zamiast walczyć albo unikać, prawda?

/Fot. unsplash

Image may contain: cloud and sky