Goście

niedziela, 29 marca 2020

Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 2 - dbaj o siebie

.
Nie będę się tu wymądrzała o tym jak unikać zakażenia, jak robić zakupy, czy myć je przed włożeniem do szafek, ani czy nosić maseczki. Jest mnóstwo bardziej kompetentnych źródeł na ten temat.
Chciałabym się skupić na samopoczuciu psychicznym. Obecna sytuacja jest trudna dla większości z nas: przymusowe uziemienie w domu i - wynikająca z tego - zmiana trybu życia; lęk o zdrowie swoje i najbliższych, a także separacja od nich i tęsknota; dla wielu osób (tymczasowa?) utrata pracy i upadki biznesów oraz idące za tym problemy finansowe; poprzekładane (bezterminowo) badania i procedury medyczne; poodwoływane plany wyjazdowe, wesela, uroczystości rodzinne; ogólny niepokój i obawa o przyszłość.
Łatwo w tych warunkach popaść w stan stresu, lęku, chandry, czy nawet depresji. Dlatego w tym okresie warto szczególnie zadbać o swoje morale.
Poniżej opiszę kilka rzeczy, którymi według mnie można sobie pomóc - może uznacie je za skuteczne i warte wypróbowania, może nie. Najważniejsze to znaleźć najbardziej adekwatną do własnych potrzeb metodę i pamiętać, że to nie jest wyzwanie ani zadanie do wykonania. Nie musisz wykorzystać okresu izolacji żeby schudnąć 10 kilo, zbudować mięśnie brzucha, pomalować kuchnię, wysprzątać piwnicę i co tam jeszcze masz na swojej liście. Możesz oczywiście zrobić te rzeczy, jeśli sprawią, że poczujesz się lepiej (i zaraz o tym napiszę), ale jeśli nie: nie katuj się wymaganiami, wyrzutami i poczuciem winy. To nie o tu chodzi.
Po tym wstępie, przejdźmy do rzeczy, które w moim odczuciu mogą pomóc:
1. Ruch
Apka w telefonie mówi mi,że w czasach PK (Przed Koronawirusem, dzięki Los Kudłaczos) dziennie robiłam średnio 5-8 tysięcy kroków. Oczywiście obecnie nie ma za bardzo mowy o długich spacerach. Warto pamiętać, że nasze ciało (i głowa) potrzebują ruchu. Masz rowerek, stepper lub orbitreka? Wskakuj! Nie masz? Może warto pomyśleć o jakimś treningu online? Jest wiele płatnych i darmowych opcji od Fitness Blendera po programy Ewy Chodakowskiej.
Ja staram się codziennie zrobić 7-10 tysięcy kroków na stepperze (jeśli praca na to pozwala, próbuję wyrabiać te kroki regularnie po trochu przez cały dzień, co jakby imituje normalność) i co drugi dzień przejechać parę km na rowerze. Dzięki temu nie czuję się na koniec dnia odrętwiała i sztywna, mimo, że nie ruszyłam się z domu.
2. Organizacja dnia.
Siedzenie cały dzień w domu sprzyja poczuciu oderwania od rzeczywistości, zwłaszcza jeśli ktoś nie pracuje. Wszystkie godziny są takie same, dni zlewają się w jedno... Dlatego warto stworzyć sobie ramowy plan dnia: pilnować mniej-więcej (bo w końcu nie jesteśmy w więzieniu) regularnych pór capstrzyków i pobudek; utrzymywać stałe pory przeznaczone na pracę, relaks, hobby, ruch i posiłki.
Zalew informacji o postępach epidemii i wszystkie materiały o maseczkach, dezynfekcji opakowań makaronu może generować stres i niepokój u każdego. Jeśli u ciebie też, ustal sobie konkretne momenty w ciągu dnia, kiedy będziesz przeglądać wieści ze świata i zapoznawać się z nowymi doniesieniami - i na tym poprzestań.
3. Znajdź sobie zajęcia.
Nie wiem, jak wy, ale ja zawsze bardzo lubiłam leniwe weekendy, kiedy wstawało się z kanapy tylko do kuchni. Myślę, że lubiłam je tak bardzo dlatego, że trafiały się raczej rzadko. I wiece co? Na koniec takiego weekendu nawet cieszyłam się na poniedziałek. Na dłuższą metę zaleganie na kanapie i nicnierobienie niezbyt dobrze wpływa na moje samopoczucie i myślę, że nie jestem w tym odczuciu odosobniona. Jeśli macie podobne odczucia, fajnie jest znaleźć sobie coś co nas zajmie i przy okazji odciągnie myśli od niebezpiecznych rewirów.
Niezależnie od tego, czy pracujesz z domu, czy koronawirus pozbawił cię zajęcia, na pewno masz sporo wolnych godzin, które warto jakoś zagospodarować inaczej niż przeglądając fejsika czy instagrama i odświeżając strony z wiadomościami. Masz do nadrobienia zaległości serialowe, książkowe i filmowe? Może półce kurzą się od dawna podręczniki do nauki języka? Odkładana od dawna nauka gotowania z youtubem; zaległe porządki w szafie; gry wideo albo gry w planszówki online (można pograć ze znajomymi, z którymi nie możemy się widywać); kurs albo szkolenie przez internet czy wirtualna wizyta w muzeum - jest ich teraz dużo i wiele jest dostępnych za darmo. Wiedzieliście, na przykład, że można się wybrać na wirtualną wystawę poświęconą kotom w historii sztuki?
Wiele osób uważa kolorowanki dla dorosłych, malowanie po numerach, puzzle, pracę w ogrodzie (czy na balkonie) za relaksujące. A może jest jeszcze coś innego, co zawsze chciałaś porobić, ale brakowało na to wolnej chwili?
Jak pisałam na początku - to są tylko pomysły na coś co ma pomóc poprzez zajęcie czasu i myśli i ewentualnie zadbanie o samorozwój, a nie konkurs na Królową Produktywności Podczas Izolacji. Jeśli nie masz ochoty albo siły znajdować sobie zajęć - to też jest ok, nie ma potrzeby wywierać na siebie presję.
3. Zadbaj o siebie.
Wszyscy już się pośmialiśmy z memów o tym, jak to po dwóch tygodniach kwarantanny mąż zobaczy jak jego żona wygląda naprawdę. Coś w tym jest, bo niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie spędził całego dnia w piżamie i bez prysznica. I ogólnie spoko, ale przy wielu, wielu dniach w domu, to niekoniecznie jest dobry kierunek
To że nie możesz wychodzić, nie znaczy, że dbanie o siebie straciło sens. Izolacja nie powodem żeby przestać depilować nogi, nakładać odżywkę na włosy, dbać o paznokcie i uskuteczniać wszystkie inne zabiegi pielęgnacyjne, jakie masz w zwyczaju. No, prawie wszystkie, rzęs raczej sama sobie nie zrobisz, ale już jeśli nie wyobrażasz sobie życia bez hybrydy na paznokciach, to może być dobry moment, żeby zamówić zestaw do ich robienia i - a nuż - odkryć nowe hobby? Nic też nie stoi też na przeszkodzie, żeby robić sobie co rano makijaż i fryzurę, jeśli to pomaga ci się poczuć się normalnie i "jak człowiek".
Zmierzam do tego, że poczucie bycia "zapuszczoną" zazwyczaj nie wpływa za dobrze na samopoczucie, prawda? A naszym celem jest tutaj zadbanie, by mimo warunków było ono jak najlepsze. Z drugiej strony, jeśli (jak ja) nie lubisz układać włosów do pracy: korzystaj i nie układaj. 

A wy jak sobie radzicie z tym wszystkim?

czwartek, 19 marca 2020

TAJIN

Areszt domowy sprzyja nadrabianiu zaległości, dlatego wreszcie publikuję wpis, który czekał na publikację od bardzo, bardzo długiego czasu.
TAJIN
Z mojej pierwszej wizyty w Maroku przywieźliśmy (między innymi) marokański tajin, czyli naczynie, które służy do przygotowywania o nazwie... tajin.
Na samo naczynie można się w Maroku natknąć na prawie każdym kroku, ale jeśli ktoś chce go używać do gotowania, a nie tylko do serwowania, lepiej będzie zrezygnować z tych lakierowanych, lśniących i pełnych ozdóbek egzemplarzy i poprzestać na najprostszej glinie. My po nasz tajin wybraliśmy się na obrzeża Sale, do malutkiej manufaktury glinianych naczyń.
No więc, jeśli ktoś przypadkiem miałby plączący się po domu tajin, oto jak można go wykorzystać:
Najpierw zakupy (tak, wiem, że w tej chwili to może być wyzwanie bo #zostanwdomu ). Kupujemy wołowinę lub cielęcinę (chociaż kurczak też daje radę), bez kości. My skorzystaliśmy z pręgi, myślę, że inne fragmenty też by się nadawały, byle nie te najtwardsze. Chociaż polędwica też zapewne nie jest byłaby najlepszym pomysłem. Na 4 osoby zużyliśmy ok 700g (przynajmniej tyle ważyło przed obróbką).
Potem warzywa: cebula (1-2), marchewka (3-4), kartofle (3 duże), cukinia (1), zielony groszek, pomidor. Są też inne wersje z innymi warzywami (np. karczochem hiszpańskim, który jest bardzo popularny w Maroku), a także na słodko albo na cytrynowo.
Przyprawy: słodka papryka, sól, pieprz, szafran, i imbir. A do tego olej i woda
No to zaczynamy!
Mięso obrabiamy tzn. wycinamy tłuszcz i część błon. Trochę może zostać, bo i tak sie wygotuje, a jak nie to łatwo będzie się ich pozbyć na talerzu.
Cebulę kroimy na cienkie plasterki. Marchewkę i cukinię na słupki wielkości środkowego palca. Kartofle na takie jakby duże frytki.
Następny krok to wysmarowanie tajinu w środku olejem i ułożenie na dnie plastrów cebuli. Na to kładziemy kawałki mięsa i obsypujemy szczodrze przyprawami


Następnie zalewamy to wszystko szklanką wody i zaczynamy gotować. Gotujemy na małym ogniu pod przykryciem, ale ustawiając pokrywkę tak, żeby część pary mogła się wydobywać bokiem. Ważne jest, żeby ciągle dolewać wody, inaczej się przypali, no i nie będzie sosu - a sos w kuchni marokańskiej jest najważniejszy 

Po mniej więcej godzinie, kiedy mięso jest miękkawe układamy na nim warzywa tworząc piramidkę pasującą do kształtu pokrywki

Potem dolewamy dużo wody i znowu gotujemy.
I znowu dolewamy i gotujemy...

Na koniec, kiedy warzywa są już miękkie (5) - czego wyznacznikiem powinny być tu kartofle - kładziemy na wierzchu kilka plasterków pomidora. I gotowe (6). Podawać należy z pieczywem (może być zwykła bułka, chociaż mój mąż pewnie najchętniej wybrał bagietkę), które będziemy moczyć w sosie.




poniedziałek, 16 marca 2020

Życie w czasach zarazy, czyli jak przetrwać koronawirusa i nie zwariować. Część 1.


Dość długo miałam spory dystans do koronawirusowej paniki, ale ostatnich kilka dni sprawiło, że doszłam do wniosku, że sytuacja jest poważna, a przykład Włoch pokazuje, co może się stać, gdy podejdzie się do niej zbyt lajtowo. A wygląda na to, że w Polsce ma szansę być dużo gorzej: chyba wszyscy czytaliśmy o szokująco małej ilości testów i o bardzo słabym przygotowaniu szpitali - choćby pod względem zasobów takich jak stroje ochronne, nie mówiąc już o miejscach na OIOMie. Nie jestem specjalistą od epidemiologii czy wirusologii, ale czytam oficjalne źródła, statystyki, newsy i zalecenia i bardzo wierzę, że trzeba zrobić wszystko co się da, żeby osłabić/spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa.
Dlatego od czwartku oboje z Szalonym Naukowcem siedzimy w domu i ograniczamy wszystkie wyjścia i interakcje społeczne oraz - ogólnie - kisimy się we własnym sosie. Oboje mamy to szczęście, że możemy pracować zdalnie, ale o ile on całkiem to lubi: ja wręcz przeciwnie. Mimo, że od bodajże dwóch lat mam taką możliwość i od czas do czasu z niej korzystam: nie przepadam za tym. Przede wszystkim ze względów zawodowych (nad którymi nie będę się w tej chwili rozwodzić), ale także dlatego, że chodzenie do pracy i wynikająca z niego struktura dnia są mi potrzebne dla higieny psychicznej. Podobnie z resztą jak w ogóle wychodzenie z domu i życie towarzyskie. Po dniu pracy zdalnej (zwłaszcza połączonym z weekendem w domu) zaczynam się często czuć jak wrastający w podłoże ziemniak (niezależnie jak niepoprawne z punktu widzenia biologii może być to porównanie).
Wiem, że dla wielu osób praca z domu i w ogóle siedzenie w nim nie jest problemem, ale dla wielu - tak jak dla mnie - może stanowić wyzwanie. Przygotowałam więc kilka rad jak jednak nie zamienić się z ziemniaka
Zacznijmy od kwestii pracy, jako że ona zajmuje nam połowę dnia.
Największym problemem (ryzykiem?) związanym z tzw Home Office jest zlanie się czasu pracy z czasem poza pracą. Aby tego uniknąć warto zastosować kilka rozwiązań:
1. Stanowisko pracy. W miarę możliwości warto zorganizować sobie miejsce przeznaczone tylko do pracy. Nie pracuj na kanapie, na której spędzisz potem resztę dnia ani w łóżku. To ani wygodne, ani dobre dla higieny pracy (także psychicznej). Jeśli nie możesz wygospodarować osobnego miejsca tylko do pracy i korzystasz na przykład ze stołu w salonie (jak ja) postaraj się zlikwidować stanowisko, po zakończonym dniu pracy.
2. Przedpracowe rytuały. Chodząc do pracy wykonujemy całą serię czynności, które przenoszą nas z trybu "dom" do trybu "praca". Oczywiście najważniejsze jest fizyczne przeniesienie się z miejsca na miejsce, ale jako że przy pracy zdalnej nie wchodzi to w grę: warto zbudować sobie pewien rytuał, który umożliwi chociaż przeniesienie się mentalne. Nie proponuję tu nakładania makijażu i garsonki (chyba, że twoja praca zdalna wymaga videokonferencji), ale może prysznic, przebranie się w coś innego niż piżama, śniadanie i kawa? Poza tym warto trzymać się stałych godzin rozpoczynania (i kończenia) pracy: nawet jeśli nie ma to większego znaczenia dla twojego szefa i wykonywanych zadań.
3. Wyraźne granice (czasu) pracy. Po przeniesieniu się w tryb "praca" warto w nim pozostać przez czas, który masz zamiar na tę pracę poświęcić. Unikaj włączania telewizora, odpalania netfliksa czy (intensywniejszego niż gdy jesteś w biurze) korzystania z mediów społecznościowych. To pranie też nie musi być zrobione właśnie teraz. A gdy już ta 17 (czy któraś inna,) wybije: dobrze w jakiś wyraźny sposób zaznaczyć zakończenie dnia pracy. Niech to będzie coś więcej niż zamknięcie okienka aplikacji firmowej i zastąpienie jej okienkiem facebooka. Jeśli masz miejsce dedykowane tylko do pracy: posprzątaj je i opuść. Jeśli korzystasz z miejsca, służącego także do innych celów: tak jak pisałam w punkcie 1: zlikwiduj stanowisko pracy. Da ci to poczucie mentalnego zakończenia trybu "praca" i możliwość przejścia do trybu "dom".
4. Ruch. W normalnych czasach wychodzisz z domu, może idziesz pieszo albo przynajmniej dochodzisz do przystanku czy samochodu. Chodzisz też po biurze i ogólnie zapewne poruszasz się sporo więcej niż w domu. Dlatego warto pilnować, żeby chociaż co godzinę wstać z krzesła, przejść się po mieszkaniu, może trochę porozciągać? Może masz piłkę na której możesz siedzieć zamiast krzesła? Czemu to jest ważne chyba nie muszę tłumaczyć (i nie chodzi tylko o punkt A poniższego mema)
Sytuacja, w której się znajdujemy wiąże się oczywiście nie tylko z pracą w domu, ale ogólnie siedzeniem w czterech ścianach, co na dłuższą metę może nie mieć dobrego wpływu na twoje samopoczucie. Na moje nie ma. W następnej części napiszę wam swoje przemyślenia jak radzić sobie z przedłużającym się uziemieniem w kontekście pozapracowym, a może też w związkowym.
A wy jakie macie sposoby na zachowanie higieny psychicznej i skuteczności podczas pracy z domu?


niedziela, 1 marca 2020

Jak rozpoznać oszusta, naciągacza, wizowca - subiektywny poradnik.


Zagadnął cię kiedy wygrzewałaś się na słońcu w kurorcie, wreszcie na zasłużonych wakacjach, rozluźniona i otwarta na przygodę. Zasypał cię komplementami, jak nikt nigdy wcześniej, patrzył namiętnie w oczy tak, jakby dotykał twojej duszy, a ty poczułaś się najpiękniejszą kobietą na ziemi. W końcu motyle zaczęły latać ci po brzuchu całymi chmarami, a na twoim nosie - oprócz słonecznych - zawitały różowe okulary. Świata poza nim nie widzisz, ale urlop się kończy więc po oblanym łzami rozstaniu, przenosicie relację do internetu planując już kolejne spotkania i wspólną przyszłość.
A może zagadnął cię na facebooku lub instagramie, bo tak urzekły go twoje piękne oczy na profilówce. Potem otoczył uwagą i wysłuchał jak dawno nikt tego nie zrobił. Pytał czy jadłaś kolację i martwił się, że wracasz sama wieczorem do domu, doradzał żebyś uważała na siebie i założyła szalik. Jego troska, uwaga no i te komplementy pod każdym Twoim zdjęciem sprawiły, że czekasz na jego wiadomości co rano z bijącym sercem, różowe okulary tym razem towarzyszą tym do ekranu, a ty siedzisz i kombinujesz jakby tu poznać tego cudownego faceta osobiście.
Tak czy inaczej, jesteś zauroczona do szpiku kości, bujasz w obłokach no i snujesz plany na przyszłość.
A ja wyleję ci wiadro zimnej wody na głowę: Decydując się na taką relację (czy zawartą na wakacjach, czy przez internet) odbierasz sobie szanse na weryfikację większości tego co on ci mówi: nie ma wspólnych znajomych, nie znasz realiów i standardów w jego kraju, nie widzisz jak on zachowuje się w codziennym życiu (poza krótkim okresem wakacji). Nic łatwiejszego niż wierzyć w każde słodkie niczym daktyl słowo spływające z jego ust i pozwolić swojemu myśleniu życzeniowemu i różowym okularom przejąć władzę nad rozumem.
Zawierając nowe znajomości, zwłaszcza międzynarodowe przez internet czy na wakacjach, trzeba się jednak liczyć z tym, że egzotyczny książę z bajki może nie być tym, za kogo się podaje.
Niestety status Europejki czyni cię celem ambitnych panów z biedniejszych (oraz wymagających wizy do UE) krajów. Ewentualnie panów, którzy w swoim konserwatywnym społeczeństwie nie mają za bardzo jak się zabawić, mimo, że bardzo by chcieli. Oczywiście nie dotyczy to tylko kobiet: np. Anglicy czy Amerykanie cieszą się wielkim zainteresowaniem łowczyń fortun i wiz z Ameryki Łacińskiej czy Filipin. Jednak mam wrażenie, że na naszym podwórku częściej takie ataki przychodzą ze strony facetów - z tego powodu, dla wygody będę się trzymała rodzaju męskiego.
Ale do brzegu.
Kiedyś byłam w bardzo toksycznym związku mieszanym. Co prawda moj eks nie był wizowcem ani naciągaczem, tylko zwykłym dupkiem, który chciał się zabawić z Europejką (podczas gdy żona/narzeczona czekała w domu na papiery). Trochę żałuję, że nie znałam wtedy żadnej grupy o związkach multi-kulti ani bloga, gdzie ktoś bardziej doświadczony w tej tematyce wylałby mi wspomniane wyżej wiadro zimnej wody na głowę. Może nie zmarnowałabym sobie czterech lat życia.
Dlatego teraz mam nadzieję, że ten artykuł pomoże chociaż jednej osobie w niezmarnowaniu czasu sobie.
Poniżej lista sygnałów alarmowych, które mogą (ale nie muszą) wskazywać na to, że twój amant z importu nie ma do końca czystych intencji. Naturalnie ta lista ani nie jest w 100% kompletna (jestem pewna, że jest mnóstwo innych sygnałów*), ani nie daje gwarancji, że masz do czynienia z oszustem. To są wyłącznie subiektywnie wybrane sygnały alarmowe. Może być tak, że twój adorator prezentuje jedno lub kilka poniższych zachowań, a jest całkowicie szczery i uczciwy. Ale może też być inaczej. Szczerość i uczciwość obroni się sama, a ty wyświadczysz sobie przysługę, jeśli przemyślisz i zweryfikujesz motywy swojego habisia zanim zdecydujesz się na jakieś poważne kroki.
Niektóre z poniższych punktów będą uniwersalne dla różnych typów oszustów, inne specyficzne dla wizowca, naciągacza na kasę albo dupka, który chce się zabawić z Europejką - mam nadzieję, że będzie to oczywiste.
Więc jedziemy.
- wiadomość na mediach społecznościowych mimo kompletnego braku wspólnych znajomych czy grup.
- szybkie wyznania uczuć i deklaracje miłości i wielkiej tęsknoty po krótkiej znajomości online.
- szybkie wyznania uczuć względem twoich dzieci (o ile je masz) i deklarowanie chęci bycia im ojcem.
- masa (banalnych) komplementów.
- zagadywanie po polsku (skąd niby on umie powiedzieć "jesteś piękna" jeśli nie z innych rozmów z Polkami?).
- miłość tak wielka, ze on chce - wręcz musi - być z tobą teraz-już-natychmiast.
- oczywiście w grę wchodzi tylko bycie razem w Europie. Jest bardzo niechętny rozmowom o byciu razem u niego w kraju, narzeka na niego często.
- nacisk na szybki ślub, szantaże emocjonalne ("jeśli ci na mnie zależy to...").
- mówienie tego co chcesz usłyszeć - nie jest to łatwe do zauważenia, zwłaszcza jeśli od początku jesteś otwarta. Ale jeśli zaobserwujesz sytuację w której on mówi jedno (np "kobieta powinna gotować mężowi"), ty się z tym nie zgadzasz, a on po chili powtarza mniej-więcej to co powiedziałaś, ewentualnie tłumacząc poprzednią wypowiedź w jakiś pokrętny sposób - być może właśnie nawija ci makaron na uszy.
- słaby angielski (jak można w ogóle kogoś dobrze poznać nie mając wspólnego języka) albo gwałtowne zmiany w językowym poziomie wypowiedzi. Na przykład kiedyś zagadywał mnie pan, który raz pisał dość prostym językiem z błędami gramatycznymi, a innym razem wypowiadał się pełnymi, złożonymi zdaniami pełnymi trudnych słów, w bardzo formalnym stylu - duża szansa, że nie prowadził tej rozmowy sam, lub, że jego znajomość angielskiego była na tyle słaba, że dużo korzystał z translatora - co samo w sobie nie jest złe, ale jak możesz ufać w to co mówi, jeśli nie wiesz czy sam rozumie co napisał?
- zachwyt nad twoją urodą, nawet jeśli on ma 25 lat i wygląda jak Adonis, a Ty masz lat 50, 20 letniego syna i sporą nadwagę - nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że kobieta nie ma prawa do szczęścia ze względu na wiek, posiadanie dzieci czy nadprogramowe kilogramy itd. Jak najbardziej ma i jak najbardziej może znaleźć miłość. Ale czy potraktowałabyś poważnie wielką miłość (i chęć bycia ojczymem dla wspomnianego 20-letniego syna) w przypadku Krzyśka lat 25 poznanego w warzywniaku?
- przerzucanie odpowiedzialności za ogarnięcie papierów związanych z wizą na ciebie: pozwala ci dzwonić do urzędów i ambasad, spędzać godziny poszukując informacji w sieci, zamiast zająć się tym samemu - nie mówiąc nawet o dostaniu się do Europy bez zaproszenia od ciebie lub wcześniejszego ślubu.
- błyskawiczne przedstawianie rodzinie przez skajpa czy inny komunikator i natychmiastowy entuzjazm tejże.
- unikanie przedstawienia rodzinie i zaproszenia do domu rodzinnego, jeśli pofatygowałaś się odwiedzić go w jego kraju (pomimo deklaracji poważnych zamiarów względem ciebie i planów na pobranie się).
Tak, zdaję sobie sprawę, że dwa ostatnie punkty stoją w lekkiej sprzeczności, niemniej znane są sytuacje, w których cała rodzina bierze udział w planie wysłania syna, brata, ba! czasem nawet męża do Europy. Z drugiej strony jeśli facet kompletnie unika poznania cię z rodziną, jednocześnie deklarując poważne zamiary, czy chęć ożenku - coś tu może być nie tak. Być możne na przykład ma już żonę. Albo wie, że jego rodzina nie zaakceptuje tego związku. Albo nie traktuje tej znajomości poważnie.
- niemożność znalezienia i/lub utrzymania pracy.
- jednocześnie z powyższym brak wykształcenia, a także brak zauważalnych chęci aby dokształcać się i zdobywać doświadczenia, imać się różnych choćby dorywczych prac. Pan chętnie natomiast spędza czas w kawiarniach z kolegami. Ma ambicje, ale tylko w gębie. Tak, być może w jego kraju naprawdę jest ciężko z pracą. I tak, przecież to nie jest jego wina, że nie jest wykształcony, może rodziny nie było stać na to żeby się uczył - ale pracowitym i starającym się można być w każdych warunkach. W naszych realiach bez problemu odróżnisz obiboka od wartościowego faceta, warto tej samej miary użyć do oceny egzotycznego absztyfikanta.
- ciągłe narzekanie na trudną sytuację, na to że go wykorzystują albo go nie doceniają.
- nagła utrata pracy/wyrzucenie ze studiów (w obu przypadkach nie z jego winy).
- ciężka choroba jego lub członka rodziny - oczywiście wymagająca kosztownego leczenia.
- inne finansowe obciążenia jak opieka nad młodszym rodzeństwem, ślub siostry, studia brata itd.
- kiedy decydujesz się przyjechać poznać go osobiście, bez żadnego problemu obciąża Cię kosztami biletów, hotelu (w którym będziecie przecież spędzać czas wspólnie) i wszelkich rozrywek. Żeby było jasne - jestem chyba ostatnią osobą, która uważa, że facet powinien płacić za randkę, podróż czy cokolwiek. Ponadto uważam, że jadąc po raz pierwszy poznać jednak w pewnym sensie obcego faceta, lepiej nie wytwarzać sytuacji zależności finansowej i poczucia zobowiązania.
Natomiast (przepraszam za uogólnienie) większość mężczyzn z krajów arabskich uważa za swoją powinność płacenie za kobietę, a za dyshonor: branie pieniędzy od kobiety. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, jeśli z jego strony nie pada nawet najlżejsza sugestia przejęcia na siebie choćby części kosztów, czy nawet zatrzymania się u jego rodziny.
- zniknie na wiele godzin czy dni bez kontaktu, niechęć do tłumaczenia, gdzie był, agresja gdy o to pytasz lub też najróżniejsze wymówki.
- ciągłe gadanie przez telefon w twojej obecności, oczywiście w języku, którego nie rozumiesz.
- chowanie telefonu, blokowanie go, ukrywanie się podczas przeglądania maila czy mediów społecznościowych.
- ukrywanie waszego związku przed znajomymi.
- rozmawianie ze znajomymi w twojej obecności w języku, którego nie rozumiesz i niepodejmowanie prób tłumaczenia - oczywiście możliwie jest, że jego koledzy po prostu nie mówią po angielsku, ale w takiej sytuacji należy oczekiwać prób pośredniczenia w rozmowie i tłumaczenia ci, co kto powiedział, a nie ignorowania twojej obecności i oddawania się pogaduszkom. Jeszcze gorzej, jeśli wygląda na to, że mogą się z ciebie śmiać.
- wszelkie nieścisłości i sprzeczności w tym co mówi - to może wskazywać na to, że gubi się w kłamstwach albo prowadzi wiele podobnych konwersacji równolegle.

*jeśli macie pomysły na to, co można by tu dołączyć: piszcie w komentarzach. Im więcej takich sygnałów tym lepiej.

niedziela, 23 lutego 2020

Nazwisko a normy społeczne

Może cześć z was nie wie, że w krajach muzułmańskich (a przynajmniej tych z okolic basenu Morza Śródziemnego - nie wiem jak np. w Indonezji - kobieta nie zmienia nazwiska po ślubie (facet z resztą też). W islamie ważne jest zachowanie jasności w kwestii linii krwi, dlatego nawet adoptowane dzieci nie zmieniają nazwiska. Podobnie nikt nie zmienia nazwiska w Hiszpanii (i chyba krajach Ameryki Łacińskiej): tam ma się po dwa nazwiska - po każdym z rodziców (chociaż nie mam pojęcia jak to działa, skoro każde z rodziców też ma dwa). We Włoszech również nikt nazwiska nie zmienia*. Natomiast w Polsce (między innymi), jak zapewne wszyscy wiecie, wychodząc za mąż kobieta przyjmuje nazwisko męża. Jest to - w mojej skromnej opinii - tradycja zakorzeniona mocno w patriarchalnym społeczeństwie, gdzie kobieta była przekazywana spod opieki (władzy) ojca pod opiekę (władzę) męża, a nazwisko w pewnym sensie wskazywało na jej przynależność.
Jak może zdołaliście się zorientować, nie jestem wielką fanką tradycji dla samej tradycji ("tradition - peer pressure from dead people" hehehe), jednak, kiedy musieliśmy z Szalonym Naukowcem zdecydować w temacie naszych przyszłych nazwisk, doszłam do wniosku, że podoba mi się idea posiadanie jednego, wspólnego. Widzę to jako symbol tego, że tworzymy teraz rodzinę, drużynę i że przynależymy do siebie. Z drugiej strony: pod czyim banerem to się odbędzie, nie ma wielkiego znaczenia. Jednak jako, że zawsze byłam przywiązana do swojego (panieńskiego) nazwiska, naturalnie zaproponowałam jeszcze-wtedy-nie-mężowi, żeby je przejął -na co on chętnie by przystał - gdyby nie to, że w Maroku nie ma prawnej możliwości zmiany nazwiska, z powodów, które podałam wyżej. I tak oto dorobiłam się nazwiska podwójnego.

A teraz do rzeczy.

Jako dziecko social mediów, niedługo po tym jak się zaręczyliśmy, zapisałam się do dużej, popularnej grupy facebookowej o tematyce ślubno-weselnej. I na tej grupie wspomniałam, o pomyśle przyjęcia przez (jeszcze wtedy) przyszłego małżonka mojego nazwiska. Mało mnie tam kobiety nie zjadły żywcem. Padały argument o męskości, o kastrowaniu faceta, o demonstrowaniu na siłę swojej niezależności oraz o leczeniu kompleksów (moich rzecz jasna).
I tak sobie myślę: jakie to smutne, że kompletnie arbitralne normy kulturowe wsiąkają w ludzi tak głęboko. Pełno wszędzie zasad typu "kobieta powinna to i to", "prawdziwy mężczyzna powinien być taki i taki", jakby jakieś zachowania czy postawy były atrybutami danej płci niczym genitalia (które swoją drogą także niekoniecznie są). No wiecie: kobieta ma biust, waginę i zmienia nazwisko, a facet ma penisa, owłosienie na klatce piersiowej i nie płacze. A najgorsze, że zaczyna się to już od urodzenia: róż, księżniczki i "jestem śliczna" dla dziewczynki, niebieski, superbohaterowie i "jestem odważny" dla chłopca. Ostatnio widziałam gdzieś w internecie atak na kobietę, która zdecydowała się wykorzystać ciuszki po starszym dziecku siostry, dla swojego - odmiennej płci. Wyobrażacie sobie? Nie mówiąc już nawet o podziale zabawkach na te przeznaczone dla chłopców i dla dziewczynek.
Dopóki takie normy dotyczą rzeczy w sumie nieistotnych jak to, kto przejmuje czyje nazwisko, albo jaki kolor bodziaka zakładamy noworodkowi - nie jest jeszcze tak źle. Zdecydowanie gorzej jest, kiedy uczymy dzieci, że dziewczynka ma być ładna, skromna i spolegliwa, a chłopiec silny, twardy i przebojowy. W ten sposób tworzymy kobiety, które boją się walczyć o swoje i mówić nie oraz mężczyzn, którzy popełniają samobójstwa wielokrotnie częściej niż kobiety, bo nie umieją sobie radzić z emocjami (tak, wiem, upraszczam).
A co z normami, które wymagają od kobiet zajmowania się domem i dziećmi, a od mężczyzny utrzymania tegoż domu; które wymagają od kobiet zakrywania ciała (żeby nie prowokowało), nie pozwalają im samodzielnie podróżować; które nakazują poślubić wybraną przez rodzinę (często obcą) osobę, stawiać wolę rodziców ponad własną; normami, które nakazują lub zakazują jedzenia konkretnych produktów albo narzucają picie alkoholu; albo normami, które wymagają okaleczania genitaliów dziewczynkom?
Nie wszystkie normy społeczne i uwarunkowania kulturowe są z gruntu złe. Wiele z nich natomiast ogranicza ludzi i narzuca im wzorce postępowania, które wcale nie są dla nich dobre. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z nas ma rozum, który pozwala na krytyczną analizę i świadome odrzucenie (bądź przyjęcie) zasad, które narzuca nam społeczeństwo. Warto z tego korzystać.
Dlatego następnym razem zrobisz coś "bo tak się robi", zrezygnujesz z czegoś "bo kobiecie/mężczyźnie nie wypada", albo osądzisz kogoś w internecie "bo powinno być inaczej" - pomyśl.
* A jak jest z nazwiskami w innych krajach, których tradycje znacie?
Nie wiem, skąd pochodzi ta ilustracja, ja pierwszy raz widziałam ją na Blog Ojciec​ choć nieco przerobiłam ją na potrzeby tego wpisu

Image may contain: text

poniedziałek, 10 lutego 2020

Hintertux ponownie

Dziś dla odmiany od Maroka: Alpy. Góry jak to góry bywają humorzaste. Wczoraj było piękne słońce, dziś chmury, mgła, wicher i pozamykane wyciągi narciarskie.
W ogóle mieliśmy sporo szczęścia, że tu dotarliśmy, ponieważ podróżowaliśmy przez Monachium, do którego kilka godzin później odwołano wszystkie loty z Warszawy. Podobnie jak wiele innych lotów do Niemiec oraz wiele pociągów w Niemczech. Huragan Sabina pokrzyżował plany wielu Szalonym Naukowcom, których konferencja nas tutaj sprowadziła. Aż dziw, że nam nie, bo mój osobisty Szalony Naukowiec jest przecież magnesem na pecha wszelkiego rodzaju.
No ale nie chwalmy dnia przed zachodem, jeszcze trzeba stąd kiedyś wrócić.


















sobota, 8 lutego 2020

Mój subiektywny przewodni po Maroku - ulubione miejsca. Marakesz część trzecia

Jeśli chodzi o warte zobaczenia miejsca w Marakeszu, poza tymi, które już opisałam wcześniej tu i tu, wielkie wrażenie zrobił na mnie Dar el Bacha czyli pałac paszy - piękny, wzniesiony w 1910 riad: budynek na planie kwadratu/prostokąta z obsadzonym roślinnością dziedzińcem na środku. Jako, że mieszkał w nim pasza (taki dygnitarz państwowy), Dar el Bacha jest niesamowicie okazały: ma wiele pomieszczeń, o których przeznaczeniu może opowiedzieć nam strażnik. Część z nich jest niedostępna dla zwiedzających, gdyż w dalszym ciągu służy gościom państwowym. W tych częściach, które są przeznaczone do zwiedzania, można obejrzeć przepięknie rzeźbione ściany, drzwi i sufity. Część ścian oraz podłogi wyłożone są ozdobnymi kafelkami, z których niektóre mają unikalne i już nieprodukowane wzory. A skoro już o ścianach mowa, wewnątrz nich biegnie system odprowadzania wody, którego fragmenty można zobaczyć przy samej podłodze w postaci otworów, które wyglądają jak drzwi do domu Jerry'ego z kreskówki.
















Kolejnym miejscem, które bardzo mi się podobało, a należy być może do mniej znanych atrakcji turystycznych Marakeszu jest le Jadrin Secret czyli znowu riad, mniejszy niż Dar el Bacha i niedawno odrestaurowany z prawie całkowitego upadku. Z historią jego odnawiania można się z resztą zapoznać na miejscu. Tutaj także można obejrzeć prześliczny wewnętrzny dziedziniec poprzecinany zielonymi kafelkowymi, geometrycznie rozplanowanymi ścieżkami z wznoszącą się na środku okazałą altaną na planie ośmioboku, w której cieniu skrywa się niewielka fontanna. Na drugim czy trzecim piętrze jest tam kawiarenka, z której rozciąga się bardzo ładny widok na cały Jardin Secret oraz na dachy mediny, a nawet majaczące na horyzoncie góry Atlas.


  





poniedziałek, 3 lutego 2020

Zarządzanie pieniędzmi (a związek mieszany)


Pieniądze stanowią na tyle częsty powód konfliktów w parze, że kłótnie o nie są wręcz przysłowiowe. Wynika to z faktu, że ludzie wchodząc w związek, wnoszą do niego swoje - często sprzeczne - oczekiwania, wyobrażenia, preferencje i sposoby funkcjonowania często sprzeczne dotyczące wszystkiego od zarządzania pieniędzmi po sposób wieszania prania - a te pierwsze są dla większości ludzi po prostu ważniejsze. I z tego powodu naprawdę warto przedyskutować ten temat zanim podejmiemy Ważne Życiowe Decyzje.
Z racji swojej specyfiki, związki mieszane są narażone na konflikty na tle finansowym być może bardziej niż inne. Poglądy na temat zarabiania i wydawania pieniędzy (jak i na wiele innych rzeczy) zaczynają się bowiem kształtować już młodości w domu rodzinnym. Zawsze powtarzam, że człowiek po to ma rozum, żeby przeanalizować różne rzeczy, które mu wpojono i świadomie je przyjąć lub odrzucić, ale prawda jest taka, że nie każdy to robi, dlatego wiążąc się z osobą wychowaną w innym kręgu kulturowym, warto być świadomym zjawisk z którymi możemy się zetknąć.
Z jednej strony jest wiele kultur, w których od dzieci (zwłaszcza mężczyzn) oczekuje się wspierania finansowo rodziców lub/i rodzeństwa. W kulturze muzułmańskiej, z kolei, bardzo często mężczyzna jest odpowiedzialny za utrzymanie domu, podczas gdy kobieta swoje ewentualne zarobki zachowuje dla siebie. Dodatkowo członek rodziny żyjący w Europie jest często postrzegany jako bogaty (nawet jeśli wcale tak nie jest). Rodziny emigranta miewają rozbuchane oczekiwania materialne, a sam emigrant: poczucie, że powinien je zaspokajać. Czasem potrafi to przybierać dość skrajne formy kiedy pieniądze wysyłane są w sekrecie, a listy życzeń obejmują nowe smartfony, telewizory i markowe ubrania, a wszystko to odbywa się kosztem nowej rodziny. Nie mówiąc już nawet o sytuacjach, kiedy cała rodzina bierze udział w oszustwie wspierając wizowca, który łowi Europejkę, mającą stanowić źródło papierów i gotówki.
I dlatego także w związku multi-kulti takie ważne jest omówienie wizji zarządzania budżetem i nakreślenie jasnych, akceptowalnych dla obu stron zasad.
Wspominałam kiedyś, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiliśmy z Szalonym Naukowcem decydując się na wspólne zamieszkanie, było ogarnięcie podziału obowiązków domowych. Drugą z takich rzeczy było opracowanie zasad i szczegółów funkcjonowania wspólnego budżetu. Od tamtego czasu minęło z 6 lat i sporo się pozmieniało, ale w efekcie udało nam się wypracować system, który wg mnie jest optymalny (dla dwojga pracujących osób). Pozwala na wspólną kontrolę nad wydatkami, zapewnia przejrzystość i jasność, ale też pewien zakres niezależności.
Oto przepis:
1. Spis wspólnych wydatków. W tym kroku należy sporządzić listę wszystkich wydatków, które mamy zamiar ponosić razem: od czynszu, przez rachunki za media i internet, jedzenie, chemię domową, rozrywkę itd. To jest moment, kiedy trzeba przedyskutować jak bardzo wspólny budżet chce się mieć. My ostatecznie zdecydowaliśmy się włączyć tu prawie wszystko poza wydatkami na swoje hobby, wyjścia ze znajomymi (bez partnera), ciuchy i prezenty, ale w poprzednich latach bywało inaczej. Do tego wszystkiego trzeba doliczyć kwotę, jaką chcielibyśmy miesięcznie razem odkładać.
2. Podział. Gotową listę dzielimy. My zdecydowalismy się na podział proporcjonalnie do zarobków: wydaje mi się on bardziej sprawiedliwy niż pół na pół, ale taka opcja też jest możliwa.
Kwotę, która tu wyszła, każde przelewa na wspólne konto na początku miesiąca.
3. Część własna. Różnica pomiędzy wypłatą, a wartością uzyskaną w punkcie drugim stanowi budżet własny, którym każde dysponuje wedle uznania i z którego nie ma obowiązku się tłumaczyć. Umożliwia to ewentualną pomoc rodzicom czy rodzeństwu, ale nie kosztem własnej rodziny. Ewentualnie pozwala na nieskrepowane zakupy dowolnej natury bez stresu (ze strony) partnera
4. Komunikacja i feedback. Wszystkie większe wydatki przegadujemy - szczególnie te, które wymagają odkładania pieniędzy. Na koniec miesiąca waeto zrobić podsumowanie wszystkich rozchodów w stosunku do planu i na tej podstawie ewentualnie aktualizować na bieżąco budżet na kolejne miesiące.

Temat wysyłania rodzinie pieniędzy, zawsze wzbudza sporo emocji i gorących dyskusji. Żona i dziecko powinny być pierwsze; jak można matce nie pomóc; dawanie hajsu pazernym pasożytom jest nieakceptowalne; dla nich rodzina zawsze będzie najważniejsza; nie pozwalam na wysyłanie pieniędzy; gdyby mój facet oczekiwał, że przestanę pomagać mamie, musielibyśmy się rozstać

Kto ma racje?
Wiążąc się z facetem z importu trzeba pamiętać, że chęć wspierania finansowo rodziny jest zupełnie normalna. W wielu krajach system emerytalny jest bardzo słaby albo nie ma go wcale, podobnie z opieką zdrowotną. Dostęp do edukacji też bywa kosztowny. Twój chłopak czy mąż ma prawo chcieć pomagać rodzinie, zwłaszcza, że - jak wspomniałam wyżej - być może w kulturze z której pochodzi jest to standard i jest to od niego oczekiwane. Ma prawo nawet chcieć mieszkać w klitce i jeść byle co, po to żeby wysłać kilkaset euro miesięcznie do domu. Ma prawo chcieć wozić drogie prezenty, nawet tylko po to żeby się pokazać.
Ale związek tworzą dwie osoby i obie muszą się w nim czuć dobrze. Inaczej to po prostu nie ma sensu. Nie musisz się godzić na nic, co ci nie pasuje w imię różnic kulturowych i tego, że "oni tak mają". Masz prawo mieć swoje potrzeby i masz prawo oczekiwać, że rodzina którą wy (s)tworzycie będzie na pierwszym miejscu. Masz prawo chcieć mieszkać wygodnie, jeść smacznie, a nawet wyjeżdżać na wakacje. Nazwijmy takie oczekiwania naszą kulturą.
Jest wiele rodzin, które nie mają żadnych oczekiwań materialnych, a wręcz pomagają dzieciom na emigracji. Są takie, które mają problemy finansowe, zdrowotne itd, a są i takie, które po prostu chcą kasy i przedmiotów, na które mogłyby zarobić same. Są faceci (lub kobiety) z importu, którzy nic nie dają, są tacy, którzy robią to czasami i tacy, którzy robią to często i szczodrze. No i analogicznie: są partnerki (partnerzy), chętnie angażujące się w takie wsparcie i te kompletnie temu przeciwne.
Widzicie już do czego zmierzam? Czasem te dążenia po prostu są nie do pogodzenia. Można dyskutować, kto ma rację, porównywać kupowanie mamie leków lub siostrze smartfona z zabieraniem żony na randkę i przerzucać się rożnego rodzaju argumentami. Problem w tym, że nie ma dobrej odpowiedzi. Jedyne co można zrobić to poznać oczekiwania i plany drugiej osoby i próbować wypracować rozwiązania, które zadowolą oboje. Ewentualnie znaleźć kogoś bardziej kompatybilnego.

Fot. Unsplash

No photo description available.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Czy warto mieć gdzieś krytykę?


Ostatnio bardzo często obserwuję wśród ludzi postawę typu to moje życie i mam gdzieś, co inni myślą. Niby jest to fajna, wyzwalająca postawa, która pozwala zdystansować się od krępujących, bezsensownych norm społecznych i najróżniejszych "co ludzie powiedzą". I to jest bardzo spoko, gdyż wiele z nich tak naprawdę nie daje jednostce niczego poza ograniczeniami.
Ta postawa zazwyczaj pociąga za sobą także stwierdzenia takie jak nie obchodzi mnie krytyka innych i ludzie krytykują, bo leczą swoje kompleksy. Wiele osób na pewno się zgodzi zwłaszcza z tym ostatnim stwierdzeniem. I w pewnym sensie to prawda, wypowiadanie negatywnych opinii na temat czyjegoś wyglądu czy poziomu inteligencji, często jest podyktowane kompleksami i niską samooceną.
Tylko czy to jest krytyka?
W potocznej polszczyźnie słowo "krytyka" i "krytykować" są używane w dwóch różnych znaczeniach, na które tak naprawdę mamy dwa różne terminy:
- Krytyka (łac. criticus – osądzający) – analiza i ocena dobrych i złych stron z punktu widzenia określonych wartości (np. praktycznych, etycznych, poznawczych, naukowych, estetycznych, poprawnych) jako niezbędny element myślenia. /za wikipedią/
- Krytykanctwo «niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania» /za SJP/
Także potoczne "krytykowanie kogoś" ("ona mnie ciągle krytykuje"), niekoniecznie jest krytyką, a często krytykanctwem, które - pewnie wszyscy się zgodzimy - nie jest niczym dobrym.

A co z krytyką?
Człowiek przez całe swoje życie się zmienia. Nauka nowych rzeczy, naprawianie błędów, wychodzenie z nałogów i traum, zmienianie (nomen omen) sposobów funkcjonowania czy zachowania - to wszystko są zmiany. Zmiany są niezbędne, bez nich nie można mówić o rozwoju, dojrzewaniu, pracy nad sobą, postępach ani leczeniu czy terapii. Każdy z nas (mam nadzieję) chce się stawać lepszym człowiekiem - jakkolwiek by tego nie definiował - co jest przecież procesem nieustającej zmiany.
Czasami jest to prostu naturalne i przychodzi niejako "samo", jak nauka chodzenia. Ale często wymaga świadomego, skoncentrowanego wysiłku. A jaki jest pierwszy krok do takiej intencjonalnej zmiany? Otóż: uświadomienie sobie, że jest ona potrzebna - co nie jest wcale takie proste.
Dlaczego o tym piszę w tym momencie? Dlatego, że tu właśnie pojawia się rola krytyki.
Bardzo często druga osoba, patrząca z zewnątrz widzi rzeczy, których sami w sobie nie dostrzegamy. Począwszy od sałaty między zębami, przez spodnie pogrubiające w tyłku, po zachowania, reakcje i wybory życiowe. Często działamy lub reagujemy w sposób, który z naszego punktu widzenia jest jak najbardziej uzasadniony i adekwatny do sytuacji, podczas gdy zewnętrzny obserwator ma zupełnie inne refleksje. Nierzadko druga osoba zauważa związki, połączenia, wzory zachowań, których w ogóle nie jesteśmy świadomi.
Osoba nadużywająca alkoholu; facet, który źle traktuje partnerkę; kobieta wykorzystywana przez ukochanego; dziewczyna, która ciągle przyciąga nieodpowiednich mężczyzn i nie wie dlaczego; ktoś komu ciągle nie udaje się dostać awansu - to przykłady sytuacji, w których może być ciężko dostrzec samemu istotę problemu. Zwłaszcza, że obraz własnej osoby bardzo zakłócają nam mechanizmy obronne, których (w uproszczeniu) rolą jest zapewnianie nam względnie dobrego samopoczucia psychicznego. Dlatego 5 piw dziennie w oczach tego, kto je pije to tylko "relaks do którego każdy ma prawo po ciężkim dniu w pracy", a nie problem alkoholowy - czym zapewne jest dla otoczenia. Wyzywanie żony od idiotek to tylko reakcja na jej głupie (a jakże) zachowania, których nikt normalny by nie zniósł - a nie przemoc psychiczna. Nieodpowiedni faceci po prostu pojawiają się sami, zupełnie bez związku z lateksową mini i gorsetem w cętki prezentowanymi co piątek w klubie razem z 15cm szpilkami, wyzywającym makijażem i piciem bez kontroli. Brak awansu to skutek układu i faworyzowania innych osób, a nie godzinnych przerw na kawkę, spóźnień, czy braku zaangażowania.
W każdym z tych przypadków zapewne był w otoczeniu ktoś, kto - w przeciwieństwie do samego zainteresowanego - doskonale widział, co i/ lub dlaczego się dzieje. Z dystansu po prostu widać często lepiej.
Dlatego dobrze być otwartym na konstruktywną krytykę. Jeśli mamy w swoim otoczeniu osoby, których opinię i rozsądek cenimy, a dobrej woli ufamy, nie zaszkodzi posłuchać co mają do powiedzenia i przemyśleć ich uwagi w momencie (bolesnej) autorefleksji. Nie jest to proste, bo komunikaty tego typu w sposób naturalny budzą opór. Warto jednak odłożyć go na chwilę na półkę i zastanowić się, czy może jednak jest coś co w nas nie gra oczywistego dla wszystkich dookoła?

czwartek, 16 stycznia 2020

Ślub z cudzoziemcem w Polsce - Zrób To Sam 👰🤵💒


Przedstawiam Wam (nie taki) krótki, łatwy (mam nadzieję) i przyjemny poradnik jak ogarnąć formalności i papierologię związane z takim ślubem. Mam nadzieję, że komuś się przyda.

Jeśli chodzi o małżeństwo w mocy prawa, w Polsce możemy wziąć ślub cywilny lub konkordatowy. O tym drugim nie mam pojęcia, więc ten tekst będzie dotyczył tylko ślubu cywilnego. Taką ceremonię można przeprowadzić w dowolnym USC w kraju (o ile ma salę ślubów), a także (za dodatkową opłatą wysokości 1000zł): poza nim - o ile wybrane przez nas miejsce spełnia wymagania urzędnika dotyczące zachowania godności urzędu państwowego i symboli państwowych. W takiej sytuacji formalności będziemy załatwiać w USC właściwym dla wybranego miejsca.
Zgodnie z prawem, termin ślubu w USC można zarezerwować najwcześniej miesiąc przed wybraną datą (chociaż ten okres można skrócić pisząc pismo do kierownika USC). Nie można tego zrobić wcześniej niż 6 miesięcy przed (chociaż urzędnicy czasem zgadzają się "wpisać ołówkiem do kalendarza") - to akurat przy ślubie z cudzoziemcem i tak ma raczej małe znaczenie. No ale o tym za chwilę.
W przypadku pary obywateli polskich na ogół wszystko sprowadza się do jednej, niewymagającej żadnych przygotowań, wizyty w USC (no i samego ślubu). W przypadku par mieszanych nie ma tak łatwo i trzeba przejść przez kilka etapów, zanim w końcu szczęśliwie dotrzemy do urzędu.
Zacznijmy od... końca, czyli od tego, co wymagane jest w USC.
Dokumenty dotyczące obojga:
- dowód opłaty skarbowej (zazwyczaj można dokonać jej w kasie na miejscu)
- dokumenty tożsamości
- akty urodzenia: w przypadku Polki/Polaka sprawa jest prosta: nasze USC przechodzą proces cyfryzacji, który polega na tym, że kiedy tylko potrzebny jest akt urodzenia (np do sporządzenia odpisu), który nadal formę papierową, urząd w którym złożyliśmy wniosek, kontaktuje się z tym konkretnym urzędem, w którym fizycznie przebywa nasz dokument - ten wprowadza go wtedy do systemu i voila: już zawsze można skorzystać z niego od ręki w dowolnym USC. Taki proces trwa kilka dni. Gdy nasz akt urodzenia już znajdzie się w systemie USC, nie trzeba przynosić żadnego odpisu, każdy urzędnik wyciągnie sobie sam, co trzeba.
Jeśli chodzi o cudzoziemca, to jego akt urodzenia naturalnie musi być przetłumaczony przysięgle.
Jest też kilka dokumentów warunkowych takich jak zgoda sądu (np. gdy jedno z partnerów jest nieletnie), odpis aktu małżeństwa z adnotacją o rozwodzie: dla rozwodnika (oczywiście przetłumaczony na polski w przypadku cudzoziemca).
No i na koniec dokument, który sprawia zawsze największą trudność i jest tematem niekończących się dyskusji. Dokument, który musi złożyć tylko cudzoziemiec: Zaświadczenie o Zdolności Prawnej do Zawarcia Związku Małżeńskiego (przetłumaczone przysięgle na polski).
Kilka ważnych uwag:
1. To nie jest to samo co zaświadczenie o stanie cywilnym, ale zazwyczaj to drugie jest wymagane do wyrobienia tego pierwszego
2. Dokument załatwia się w ambasadzie (a czasem chyba w USC w kraju rodzimym)
3. Nie każdy kraj go wydaje. Np (o ile dobrze kojarzę) Indie, Pakistan, Meksyk nie uznają tego dokumentu więc również go nie wydają.

No dobrze, więc co trzeba zrobić zanim będzie można udać się do USC zaklepać datę?

Oprócz pozyskania i przetłumaczenia odpisu aktu urodzenia (i ew małżeństwa) cudzoziemca, trzeba albo wyrobić wspomniane zaświadczenie o zdolności prawnej (...), albo drogą sądową (sąd rodzinny) uzyskać zwolnienie z obowiązku przedstawiania go. Jeśli chodzi o tą drugą drogę - tu kończy się moja wiedza. Natomiast jeśli chodzi o pozyskiwanie naszego zaświadczenia: w tym celu cudzoziemiec musi udać się do swojej ambasady (zazwyczaj). Niestety znowu nie ot tak sobie: wcześniej należy przygotować kolejne dokumenty. 
Każdy kraj pewnie ma swoje wymagania, więc polecam zacząć od kontaktu z ambasadą w celu ustalenia dokładnej listy. 1,5 roku temu ambasada Maroka w Warszawie wymagała odpisów aktu urodzenia (obojga) i zaświadczeń o stanie cywilnym (też obojga). Dokumenty mojego jeszcze-wtedy-nie-męża załatwialiśmy podczas wakacji w Maroku. Niestety nie pamiętam, czy konieczny był również mój dowód osobisty lub jego kopia.
Podsumowując: przygotowania (od strony papierologicznej) do ślubu najlepiej zacząć od zgromadzenia dokumentów wymaganych przez ambasadę (lub sąd). A także dokładnego przemyślenia kwestii dat, ponieważ wszystkie te dokumenty mają określone terminy ważności. Na przykład zaświadczenie o zdolności prawnej (blebleble) ma ważność 3 miesiące - musi ono być ważne zarówno w dniu składania dokumentów w USC jak i w dniu ślubu.
Mając wreszcie zaświadczenie o zdolności prawnej możemy wybrać się do wybranego USC w celu ustalenia terminu i podpisania papierów - to w tym momencie będziemy decydować o przyszłych nazwiskach dla siebie i potencjalnych dzieci (nawet jeśli ktoś ich nie planuje). Podpiszemy też, że nie jesteśmy świadomi żadnych przeciwwskazań do zawarcia małżeństwa. To jest też moment żeby złożyć podanie o ślub w plenerze.
O ile nasz cudzoziemiec nie mówi płynnie po polsku (płynność jest tu terminem uznaniowym zależącym od oceny urzędnika USC) należy przyjść z tłumaczem. Nie ma wymagania aby był to tłumacz przysięgły*, nie musi też tłumaczyć na język ojczysty narzeczonego/narzeczonej, o ile mówi on/ona płynnie np. po angielsku. Nie może być to jednak przyszły małżonek. My skorzystaliśmy z pomocy zaprzyjaźnionej osoby z certyfikatem CEA z języka angielskiego.
Teraz już pozostaje tylko stawić się umówionego dnia o umówionej godzinie w umówionym miejscu z tłumaczem (nadal nie musi być przysięgły*) oraz świadkami - jeśli oboje narzeczeni mówią po polsku, ale któryś ze świadków nie: nadal konieczny będzie tłumacz.
Na koniec jedna uwaga do zagadnienia, które budzi wiele emocji i kontrowersji: kwestia legalności pobytu a ślub.
Polskie prawo nie wymaga, aby osoba wstępująca w związek małżeński przebywała na terenie kraju legalnie. Karta pobytu ani aktualna wiza nie są wymagane do zawarcia małżeństwa. Tak, mnie też to zdziwiło, ale jest to związane z prawem obywatela polskiego do nieograniczonej możliwości zawarcia małżeństwa, czy czymś tego typu.
Nie oznacza to jednak, że urzędnik przeglądając paszport nie zerknie na wizę i nie poinformuje o swoich obserwacjach Straży Granicznej. Dodatkowo, o ile mi wiadomo, urzędy stanu cywilnego wysyłają co jakiś czas (chyba kwartalnie) raporty dotyczące odbytych i zaplanowanych ślubów z udziałem cudzoziemców do Straży Granicznej. Słyszałam kilka razy o sytuacjach, w których nielegalny narzeczony został zgarnięty ze schodów urzędu przez SG.
Wnioski pozostawiam Wam.

* Słyszałam o urzędnikach upierających się na tłumacza przysięgłego. Ogólnie niektórzy urzędnicy chyba boją się ślubów z cudzoziemcami: w jednym z urzędów na przykład powiedziano mi, że będą musieli zweryfikować dokumenty dostarczone przez jeszcze-wtedy-nie-męża z ambasadą i że zajmie im to ok miesiąca. Podobno mieli przypadek fałszerstwa. Są jednak urzędy, które takich problemów wcale nie mają. Dlatego na podstawie własnych doświadczeń polecam najpierw telefonicznie skontaktować się z wybranym urzędem i wybadać jakie mają odejście. A przy okazji spytać o dostępne daty, bo 3 miesiące wyprzedzenia (lub mniej) to bardzo mało. Mimo, że my pobieraliśmy się w listopadzie, czyli - wydawałoby się - mało atrakcyjnym miesiącu, niełatwo było znaleźć w Warszawie i okolicach urząd, który miałby wolne miejsce na wybraną przez nas sobotę.

fot. unsplash

Image may contain: ring and jewellery