Goście

sobota, 30 listopada 2019

Mój subiektywny przewodnik po Maroku - ulubione miejsca: Marakesz w oczekiwaniu na męża

Nie wiem ile już razy oświadczyłam sama sobie "zaczynam nowe życie". Kiedyś bardzo lubiłam takie nowe początki, a kto powiedział, że tylko Nowy Rok może spełnić taką funkcję? Zazwyczaj "nowe życie" wiązało się na przykład z przejściem na dietę albo ćwiczeniami nie muszę chyba dodawać, że trwało jeden czy dwa dni, po czym wszystko wracało do normy.
Dziś jednak mogę z całkowitą pewnością powiedzieć "zaczynam nowe życie". A właściwie: zaczynamy. Ponieważ mój mąż, Szalony Naukowiec właśnie dziś zakończył swoje występy gościnne za granicą i właśnie wraca do domu - na stałe. A to oznacza, że wreszcie, po roku, zaczniemy normalne życie małżeńskie. Ciekawe czy będziemy musieli znowu się docierać, czy po prostu wszystko kliknie i wskoczymy na stare tory, które wypracowaliśmy sobie przez poprzednie 4 lata mieszkania razem?

A w międzyczasie, czekając aż dotrze, zabiorę Was jeszcze na chwilę do Marakeszu.

Jak już wiecie moim najukochańszym miejscem są souki w medynie. Nigdy nie jest mi mało łażenia po nich i gapienia się na wszystko, a od kiedy ostatnio pojawiło się w nich więcej toalet publicznych to już w ogóle mogłabym stamtąd nie wychodzić. Kiedyś souki dzieliły się na coś w rodzaju specjalizacji czyli np souk z materiałami, souk z wyrobami metalowymi, drewnianymi, skórzanymi czy z souk biżuterią. Z czasem jednak wszystko się zmienia i miesza, coraz ciężej więc odnaleźć takie bardzo wyspecjalizowane sektory. Są alejki, gdzie jest więcej sklepików z danymi produktami (wyrobami skórzanymi, przyprawami, suszonymi owocami i orzechami itd) niż w innych, są zakątki gdzie np można znaleźć tylko i wyłącznie kuśnierzy, sklepy z biżuterią albo kaftanami i materiałami, ale to nie znaczy, że nie znajdziecie tych wyrobów także w innych miejscach. Oczywiście sklepiki to nie wszystko. Chodząc po soukach znajdziecie też knajpki, kawiarnie, salony spa (bądź też hammamy), meczety a nawet escape room. Ten ostatni pozostaje na mojej liście rzeczy do zrobienia - z lekkim znakiem zapytania.
Spacerując między sklepikami nie jest łatwo robić zdjęcia z kilku powodów: po pierwsze przejścia są wąskie, tłoczne i często trzeba ustępować z drogi motorowi albo sprzedawcy ciągnącemu wózek. Po drugie zawsze mam poczucie, że nie nadążam zobaczyć wszystkiego dookoła i szkoda mi marnować czas gapiąc się w ekranik telefonu, zwłaszcza, że zatrzymywanie się, żeby zrobić zdjęcie raczej nie wchodzi w grę gdyż: po trzecie nie spotyka się to z wielkim entuzjazmem sprzedawców. Na szczęście kilka udało mi się cyknąć, mam nadzieję, że Wam się spodobają














czwartek, 28 listopada 2019

Mój subiektywny przewodni po Maroku - ulubione miejsca: Marakesz część pierwsza. Menara Garden


Dotąd byłam w Maroku 3 razy i przy tej okazji udało mi się zwiedzić całkiem spory kawałek tego kraju. Byliśmy w Rabacie i Sale, Tangerze, Tetuanie, Chefchaouen, Fezie, Marakeszu i Agadirze. Na liście miejsc do obejrzenia mam jeszcze sporo pozycji, ale póki co moimi ulubionymi miejscami są Chefchaouen i Marakesz.
W tym drugim najbardziej kocham medynę: mogłabym naprawdę bez końca chodzić po soukach: przypatrywać się sklepikom, wąchać stosy przypraw i pęczki mięty oglądać cudowną marokańską ceramikę (w końcu kiedyś pojadę z pustą walizką i przywiozę sobie komplet talerzy!), niesamowitą robotę w drewnie, pięknie skrzące się kryształkami kaftany i kolorowe babouche. Kiedyś pokażę Wam zdjęcia, jeśli chcecie.
Poza soukami uwielbiam w Marakeszu te rdzawe budynki pod kobaltowym niebem, szerokie aleje wysadzane palmami i widok gór Atlas na horyzoncie i życie tętniące na ulicach, gdzie kobiety w niqabach chodzą ręka w rękę z kobietami w krótkich sukienkach. Nieco mniej mam entuzjazmu dla ruchu ulicznego, ale to zupełnie inna historia.
Jest kilka miejsc, które zrobiły na mnie wrażenie podczas zwiedzania i z czasem opowiem Wam o niektórych.
Dziś chciałabym pokazać Wam jedno z moich najulubieńszych miejsc. Nazywa się Menara Garden i jest parkiem czy też ogrodem botanicznym w formie gaju oliwnego. Pochodzi z XII wieku (tak: dwunastego), a jego prostokątna płaszczyzna wyraźnie odcina się szarawą zielenią liści oliwnych od rdzawych budynków miasta na powierzchni ponad 100 . Przez środek parku, na obu osiach, biegną alejki spotykające się na środku, gdzie stoi XVI wieczny pawilon, który kiedyś służył za letni dom sułtana. Obok niego jest wielki basen z wodą do irygacji roślin, która pochodzi aż z odległych o 30 km gór, a rozprowadzana jest przy pomocy dość skomplikowanego systemu kanałów. Czasem można zobaczyć końcowy efekt w postaci strumyczków ciurkających pomiędzy drzewkami oliwnymi. Wzdłuż głównej, najszerszej, alejki poustawiane są ławki i kramy z pamiątkami. Poza tym są tam prawie same drzewa oliwne (i kilka palm), które co roku owocują i zazwyczaj, kiedy przyjdzie czas zbiorów, około 10% owoców zostaje na drzewach żeby każdy mógł sobie je zerwać. Jeśli dobrze się przypatrzycie, zobaczycie tu i ówdzie małe tabliczki, mówiące w którym roku dany kwartał oliwek został zasadzony. Niektóre drzewka mają setki lat i są naprawdę pięknie rozrośnięte! Chodząc po parku wystarczy zejść z asfaltowej alejki i zanurzyć się w gliniastych przejściach między drzewkami żeby całkowicie zapomnieć, że jest się w wielkim, tętniącym życiem mieście.







widzicie góry Atlas w tle?





czwartek, 21 listopada 2019

Mój subiektywny przewodnik po Maroku. Ze słowniczkiem

.
Nasza swojska polska stereotypowa babcia (no zjedz jeszcze, mizernie wyglądasz) przy marokańskiej gospodyni wysiada.

Wyobraźcie sobie, że jesteście gościem w marokańskim domu. Oczywiście zaproszono was na posiłek. Będzie to wyglądało mniej więcej tak:
Najpierw na stół wjedzie sałatka. Przepyszny pomidorek, ogóreczek, awokado, sałata, fenkuł włoski (kombinacja przykładowa, ale warzywa w Maroku mają całkiem inny smak), sos na bazie oliwy i octu winnego, często także ryz i/lub gotowane ziemniaki (bo czemu by nie) - pycha. Jesz chętnie. Dla tych z Was, którzy na lunch w pracy jadają wyłącznie sałatkę, posiłek mógłby się pewnie w tym momencie zakończyć. 
No ale nie w Maroku.
Po sałatce pojawia się Wielki Półmisek z daniem głównym: mięso, sos (pyszny), warzywa gotowane (marchewki, pietruszki, cukinia, bakłażan, rzepa itd). Może to być np tajin, ale nie musi.

Side note: Marokańskie jedzenie silnie opiera się na mięsie, wegetarianie nie maja w tym kraju za wielkich szans.

No a do tego podaje się taki płaski okrągły chlebek - bo marokańskie tradycyjne dania właściwie nie zawierają ziemniaków/makaronu/ryżu - poza kuskusem - więc chlebek służy do sosiku. Wszystko oczywiście jest pyszne, sos esencjonalny. Jecie. Jeśli nawet spróbujecie zjeść mało, gospodyni będzie was zachęcać do dalszej konsumpcji. Jeśli skończycie swój chlebek - natychmiast pojawi się nowy.

No więc jecie, jecie.... w końcu na półmisku widać dno. Gospodyni go zabiera, a wy sobie myślicie: zwycięstwo! Sukces! Udało mi się zjeść wszystko!

I w tym właśnie momencie na stow wjeżdża drugi Wielki Półmisek z innym mięsem w sosie. Albo z kuskusem (kuskus w Maroku, to nie tylko kasza, ale także nazwa dania, które przyrządza się przez kilka godzin w specjalnym garnku, gdzie kasza gotuje się na parze z wywaru mięsno-warzywnego).

Nie zliczę, ile razy wygłosiłam do Szalonego Naukowca pretensję treści "Czemu mi nie powiedziałeś, że będzie jeszcze jedno danie?!"
I teraz będzie protip
Ze względu na to, że chlebek się kruszy, sos chlapie, zazwyczaj stół przykryty jest na czas posiłku plastikowym (a może ceratowym?) obrusem. A dokładniej: kilkoma, bo w teorii zdejmuje się je po każdym daniu. Więc jeśli chcecie wiedzieć ile dań was czeka: policzcie warstwy plastikowych obrusów.

Acha, nie zapominajmy, że po tym wszystkim będzie jeszcze deser. Na przykład owoce.
Dlatego moim zdaniem, najważniejszymi słowami, jakie trzeba poznać przed tego typu doświadczeniem, nie są żadne "dzień dobry", "do widzenia" czy "przepraszam", ale następujące:
/pisownia moja własna, ze słuchu/:
szbed - jestem najedzona/jestem pełna
baraka - wystarczy
szokran - dziekuję.

A na zdjęciu marokańska bastilla czyli bardzo tradycyjne danie, które ma formę takiego jakby pie (sorry, nie wiem jak to nazwać po polsku) z wielu warstw ciasta warka (takie cieńsze ciasto filo) wypełnionego - w tym wypadku - chińskim makaronem oraz rybą i owocami morza.


poniedziałek, 18 listopada 2019

Pierwsza rocznica (pierwszego) ślubu

W ten weekend obchodziliśmy z Szalonym Naukowcem jednocześnie koniec sezonu ślubnego i pierwszą rocznicę Ślubu 1.0.
To był niezwykle intensywny i szalony rok - a właściwie 13 miesięcy - od kiedy na skutek splotu różnych okoliczności postanowiliśmy (raczej niespodziewanie) się pobrać (po raz pierwszy). Trzy śluby, podróż poślubna na drugą półkulę, życie na walizkach, ciągłe rozstania i powroty, tysiące wymienionych wiadomości, setki przegadanych przez telefon godzin, łzy wylane na lotniskach, dworcach i w pustym łóżku; uściski na powitanie, wieczorne wypady do knajpek, odkrywanie nowych miejsc i smaków, butelki wina wypite na kanapie, niezliczone seanse kinowe czasami planowane z miesięcznym wyprzedzeniem, dziesiątki nocy przegadanych do nieprzyzwoitej godziny, rozgrzewanie zmarzniętych dłoni i stópek, śniadania do łóżka i te jedzone w biegu żeby samolot nie uciekł. Ten rok był słodko-gorzki jak czekolada o 80% zawartości kakao. Ale wiecie co? Nie zrezygnowałabym z niego.
Tak się składa, że nasza pierwsza rocznica zbiega się (prawie) z momentem kiedy Szalony Naukowiec ostatecznie kończy swoje zawodowe wojaże i na dobre cumuje w porcie Dom. Jeszcze tylko kilkanaście dni i wyjdę po niego na dworzec po raz ostatni.
A póki co: było co świętować. Brawo my.


środa, 13 listopada 2019

Księżniczkowanie

Historyjki poweselne.
Siedzimy w salonie u teściów z kilkorgiem kuzynów męża. Wszyscy wymieniają sie zdjęciami i nagraniami z imprezy. W pewnym momencie, ktoś zaczyna oglądać filmik, a 3 letni chłopczyk patrzy mu przez ramię. Patrzy, patrzy, rozgląda się po pokoju i pyta:
- A gdzie jest ta księżniczka?
Ojciec wskazuje palcem na moją skromną osobę, siedzącą niedaleko. Dziecko spogląda na mnie uważne, przechyla głowę i z niezachwianą pewnością w głosie oświadcza:
- Wcale nie.
Dziecko prawdę ci powie: dla tego Kopciuszka północ już wybiła i księżniczkowanie się skończyło.

poniedziałek, 11 listopada 2019

O Hennie słów kilka


Ozdabianie rąk henną jest w Maroku bardzo popularne, nie tylko przy okazji ślubu. Wzorki robi się przy pomocy strzykawki ze specjalnie skróconą igłą. Podczas nakładania, henna ma kolor zielonkawego błotka, wysycha na brązowo, ale tak naprawdę chodzi w niej o to, żeby zabarwiła skórę i stworzyła "tatuaż". Wzorki, które zostają po usunięciu henny mogą mieć kolor od pomarańczowego do ciemnego brązu w zależności od tego, jak długo się ją trzyma, ale też od skóry. Jest też czarna henna, ale jest szkodliwa ze względu na barwnik, który jest do niej dodawany aby uzyskać ciemny kolor.
Mówi się, że jeśli henna u panny młodej wyjdzie jasna, mąż będzie miły, a jeśli ciemna: złośliwy. Być może dlatego podczas wesela zeskrobano mi ją z dłoni błyskawicznie. Chociaż ja myślę, że to było bardziej ze względu na napięty harmonogram i bezpieczeństwo kolejnych kreacji  
W każdym razie wyglądała tak:

Image may contain: one or more people

W sytuacji, w której jest do dyspozycji więcej czasu, po nałożeniu henny należy zaczekać aż ona wyschnie, a potem nałożyć (bez zdrapywania!) miksturę z miodu, cukru, soku z cytryny i czosnku. Jej rolą jest z jednej strony zwilżenie henny, żeby lepiej barwiła, do tego czosnek ponoć rozszerza pory, cytryna ułatwia ciemnienie, a miód wszystko skleja, dzięki czemu henna dużo dłużej wytrzymuje na skórze bez odpadnięcia. Niektóre kobiety mogą siedzieć z nią całymi godzinami, a nawet idą tak spać!
Ja wczoraj poprosiłam ciotkę Szalonego Naukowca o poprawki/zrobienie na nowo moich wzorków, ale wytrzymałam tylko 3 godziny

czwartek, 7 listopada 2019

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 3.

Jakby się ktoś zastanawiał nad szczegółami MWMW to liczba kiecek, które mam włożyć w sobotę wzrosła do 5, a liczba lektyk, w ktorych będę noszona (sama lub z mężem): do 3.
Ogólnie doszłam wniosku, że panna młoda chyba zastępuje na marokańskich weselach alkohol, stanowiąc główne źródło rozrywki dla gości.
Ale za to pogoda była dziś w Marakeszu właśnie taka:





niedziela, 3 listopada 2019

Rodzinka ach rodzinka

Marokańska rodzina stanowi niewyczerpane źródło rozrywek.
Szalony Naukowiec ma całkiem sporo ciotek. Jedna z nich ma córkę, skądinąd bardzo fajną dziewczynę, która kilka miesięcy temu postanowiła przyjechać na studia do Polski. Mój mąż nie był zachwycony rolą, jaką spodziewał się, że będzie musiał odegrać w tym przedsięwzięciu, no ale cóż. Proces wizowy się opóźniał, więc kiedy 3 czy 4 dni temu otrzymaliśmy wiadomość, że wreszcie się zakończył, wydedukowaliśmy, że dziewczyna zapewne przyjedzie do Warszawy tuż po naszym weselu. Dwa dni temu dowiedzieliśmy się, że nie: otóż przyjeżdża w niedzielę (czyli dziś) wieczorem. Z lotniska ma odebrać ją ktoś, kto ze strony uczelni ogarnia zagranicznych studentów. Osoba ta miała tez być odpowiedzialna za znalezienie jej zakwaterowania i dostarczenie jej tam prosto po przyjeździe. Szalony Naukowiec postanowił również wybrać się na lotnisko, bardziej do dekoracji, żeby dziewczyna miała tam jakąś znajomą twarz. No i upewnić się, że wszystko ok z tym pokojem dla niej.
Dziś ok 13 Szalony Naukowiec odebrał telefon od swojej ciotki: zakwaterowanie zostało przez nią odrzucone (jeden pokój dzielony z dwiema innymi dziewczynami: trochę w sumie rozumiem). Kuzynka de facto nie ma gdzie spać więc czy Szalony Naukowiec nie mógłby jej ogarnąć jakiegoś hotelu. Oczywiście stanęło na tym, że zabierzemy ją do siebie na te dwa dni do naszego wyjazdu. Jakoś mnie to nie zaskoczyło aż tak bardzo, chyba od początku spodziewałam się, że jej pierwsze noce w Polsce będą miały miejsce pod naszym dachem.
Zapanowała pełna mobilizacja: 2h sprzątaliśmy pokój, który w przerwach między przyjmowaniem gości, służy nam za suszarnię, graciarnię, pomieszczenie na cały bałagan, biuro itd. W międzyczasie: pakowanie na nasz wyjazd w środę rano, ostatnie pranie i tego typu sprawy. 

Jakieś 1,5h przed lądowaniem samolotu z kuzynką na pokładzie dzwoni telefon: ciotka oświadcza, że jednak ten koleś z uczelni ogarnął jej hotel koło kampusu więc nie ma potrzeby, żeby przyjeżdżała do nas. Szalony Naukowiec wyruszył więc na lotnisko, po drodze sprawdzając gdzie jej kupi coś na obiad i o której wróci do domu.

Ktoś się domyśla, kto do mnie zadzwonił jakieś 45 min później i co powiedział?

środa, 30 października 2019

Moje Wielkie Marokańskie Wesele część 2.

Wiecie co? Moje Wielkie Marokańskie Wesele (MWMW) mnie zaczęło trochę przerastać. Gdzieś mniej więcej pomiędzy momentem, kiedy dowiedziałam się, że jeszcze potrzebujemy czwartego stroju (a do każdego z nich muszę też mieć inną parę butów), a momentem, kiedy odkryłam, że teściowa mnie wysyła do fryzjera, który najprawdopodobniej zrobi mi doczepy, bo moje własne, krótkie włosy, nie będą stanowiły wystarczającej bazy do tiary, którą mam mieć na głowie. Na makijaż z resztą także, mimo, że wspomniałam, że zamierzam pomalować się sama - chyba moje własne umiejętności w tym zakresie nie budzą jej zaufania.
Mam uczucie, że teściowa jakby próbowała mnie przerobić na Marokankę - przynajmniej na ten jeden dzień. Myślę sobie, że może powinnam to docenić być mniej niewdzięczna, bo wiele kobiet w związkach mieszanych w ogóle nie miało okazji poznać teściów albo nie zostały przez nich zaakceptowane na tyle, żeby organizować im wesela. Może powinnam założyć na twarz uśmiech numer pięć i otworzyć się entuzjastycznie na to nowe, jakby nie było: jedyne w swoim rodzaju doświadczenie? (Dlaczego, ach dlaczego, nie może to być ślub jednej z moich szwagierek?). Staram się.
Tylko, że jednocześnie do głowy ciśnie się pytanie "a gdzie w tym jestem ja?" Ja: z moimi krótkimi włosami, niechęcią do bycia w centrum uwagi, i do bycia noszoną, awersją do doczepów, mocnego makijażu, sukienek i tiar (poza Tiarą Przydziału, ale coś mi mówi, że nie o taką chodzi)?
Pewnie gdzieś w tym wszystkim jest jakiś złoty środek i mam nadzieję, że uda mi się go znaleźć.
Więc jeśli ktoś wie gdzie go szukać, niech przemówi teraz (albo zamilknie na wieki)

środa, 16 października 2019

Związek (mieszany), a opinie innych

Przeczytałam historię kobiety, która popełniła samobójstwo po tym, jak odkryła, że jej dużo młodszy tunezyjski ukochany ma na boku drugą (a może pierwszą?) żonę: Tunezyjkę w swoim wieku. W jednym ze swoich ostatnich postów, obarcza go odpowiedzialnością za swoją śmierć i wspomina o tym, że przez niego straciła rodzinę i przyjaciół, którzy odradzali jej ten związek.

Śmierć zadana własną ręką to zawsze straszna tragedia. Większość z nas pewnie nawet nie wyobraża sobie cierpienia i poczucia samotności i desperacji, jakie musi odczuwać osoba decydująca się na taki krok. Jak bardzo brakowało jej wsparcia. 

Przez wszystkie te lata związku z Szalonym Naukowcem przeczytałam wiele dyskusji na temat "
co zrobić jeśli rodzina/znajomi mają coś przeciwko naszemu związkowi?. I wiecie co? 90% komentarzy to rzeczy w stylu to moje życie, nie mam zamiaru się oglądać na opinie innych; odcięłam się od nich; to twój partner, jak komuś się nie podoba, pokaż mu drzwi itd. 
Szczerze mówiąc zawsze czułam się jakaś inna czytając takie komentarze. Może jestem niezwykłą szczęściarą (albo po prostu świetnie dobieram przyjaciół), bo nikt w moim otoczeniu nie miał nigdy zastrzeżeń do mojego męża. Mam wrażenie, że wszyscy go lubią (czasem może bardziej niż mnie), moi rodzice też bez problemu go zaakceptowali. Pewnie gdyby ktoś z moich znajomych miał problem z jego narodowością lub kolorem skóry - szybko przestałby być moim znajomym.
Ale nie potrafię sobie wyobrazić odcięcia się od WSZYSTKICH przyjaciół i całej rodziny. Nie potrafię sobie wyobrazić powiedzenia wszystkim pocałujcie się w nos, to moje życie i nic wam do tego, bez wzięcia pod uwagę ich argumentów i przynajmniej próby dogadania się, wyjaśnienia. Czasem wielu prób. Gdyby wszystkie bliskie mi osoby, których rozsądkowi i ocenie sytuacji ufam, twierdziły (używając racjonalnych argumentów), że mój egzotyczny absztyfikant wykorzystuje mnie dla wizy, lub po prostu źle traktuje - raczej nie potrafiłabym się ot tak po prostu od nich wszystkich odciąć.
Tak, miłość jest ważna i to może ten mężczyzna będzie twoją najbliższą rodziną przez resztę życia. Ale jesteśmy istotami społecznymi, a pozytywny wpływ sieci wsparcia społecznego na nasze zdrowie (psychiczne i fizyczne) udowodniła cała masa badań. Potrzebujemy związków z różnymi ludźmi. Czy naprawdę warto tak łatwo ucinać wieloletnie relacje? 
Wierzę, że większość bliskich tak naprawdę często nieudolnie (bo nie wiedzą, bo kieruje nimi nieświadomy lęk, bo działają wszystkie możliwe błędy poznawcze i heurystyki - to temat na całkiem inny post), chce dla nas dobrze. I wierzę, że większość z nich, jak już oswoi się z nieznanym, pozna wybranka: pozbędzie się lęków i uprzedzeń oraz spojrzy obiektywnie. A jeśli jest on dobrym człowiekiem o dobrych intencjach, który nas dobrze traktuje: zaakceptuje go. Być może będą mieli wątpliwości, często bardzo stereotypowe (że przykuje cię do kaloryfera, że zamknie w domu, że każe zmienić wyznanie, odbierze dzieci i ubierze w burkę), czasem bardzo sensowne (że różnice kulturowe będą trudne do pokonania, że wyjedziesz z nim i nie będą cię już mieli blisko, że on cię oszukuje, że chce tylko wizy). Być może będzie trzeba spędzić sporo czasu słuchając, wyjaśniając, rozmawiając. Być może trzeba będzie po prostu przedstawić ich sobie i dać czasowi upłynąć. Ale wierzę, że warto przynajmniej dać im szansę. No i słuchać co mówią. Zwłaszcza, że osoba, która stoi z boku, potrafi spojrzeć z dystansem i zauważyć rzeczy, których my nie widzimy.
Oczywiście są sytuacje skrajne. Są ludzie tak przesiąknięci nienawiścią lub strachem, że jedyne na co ich stać to komentarze o zdradzie narodu, propozycje golenia głowy, teksty o dawaniu d..y "brudasowi", stawianie ultimatum albo zakaz wprowadzania partnera do domu. Mam głęboką nadzieję, że z czasem takich postaw będzie mniej i mniej. Ale tak naprawdę taką retorykę bardzo łatwo odróżnić od racjonalnych argumentów, prawda?
Odcinajmy się więc od głupiego hejtu, ale poza tym dajmy naszym bliskim chociaż szansę, nie skreślajmy ich łatwo.
A piszę to wszystko, bo nie mogę przestać myśleć o tym, że może gdyby ta kobieta z pierwszego akapitu miała więcej wsparcia od bliskich, gdyby ich nie wyrzuciła ze swojego życia, nie doszłoby do tragedii?