Goście

sobota, 11 lipca 2020

Gwiazdka z nieba - wersja naukowa

Co jest na tym zdjęciu?

Odpowiedź znajdziecie na końcu⬇️⬇️


Od kilku dni jestem sama w domu, podczas gdy Szalony Naukowiec, nadal spędza wesoło czas w podróży. Wczoraj na Insta opublikowałam zagadkę dotyczącą tego czym to on dokładnie się zajmuje w czasie, gdy wszyscy krewni i znajomi królika, których odwiedza są w pracy. Na kolejnych zdjęciach możecie zobaczyć wyniki ankiety (zaskakujące jak Instagram dobrze zna mojego męża. Ja jednak jestem wdzięczna tym, którzy pomyśleli o prezencie dla mnie).


A jeśli interesują Was antyczne sitka, proponuję mały Tour de Louvre z Szalonym Naukowcem.


Ale wracając do tematu: nie narzekam. Cieszę się, ze wreszcie po tak długim czasie(spowodowanym 👑) ma okazję spotkać się z przyjaciółmi i rodziną, których większość jest rozsiana po świecie. Doceniam bardzo, ze znaleźliśmy się wśród tych szczęśliwców, którym #lockdown nie zniszczył wielu ważnych planów, nie rozdzielił z ukochanymi i nie odebrał pracy.


W ogole, biorąc pod uwagę, że ostatnie 4 miesiące spędziliśmy non-stop pod jednym dachem (choć często w oddzielnych pokojach), czasem doprowadzając się do szału, można by pomyśleć, że z radością powitam okres #homealone – i tak było. Naprawdę. Lubię czas dla siebie. Ale ten weekend to inna sprawa bo… Pomijając korporacyjną ekwilibrystykę związaną z planowaniem urlopów, wróciłam wcześniej, żeby właśnie w tej chwili wyjeżdżać z koleżankami na #babskiweekend. Miałyśmy pić #prosecco 🥂 robić grilla, chodzić nad jezioro i w ogóle świetnie się bawić. Niestety tak się jednak składa, że z dziewczynami dzielimy nie tylko zamiłowanie do trunków z bąbelkami ale i pracodawcę. A ten, oczekuje 2 tygodni izolacji od współpracowników po pobycie za granicą - ze względu na 👑. Także dziewczyny pojechały, a ja zostałam w domu z kotem.

➡️ Wracając do zdjęcia wyżej.
Żeby pomyśleć o czymś miłym i trochę rozproszyć mój mały #smuteczek chciałam się z Wami dziś podzielić czymś, co ostatnio przypomniało mi się dzięki Facebookowi, czyli jednym z najbardziej niezwykłych prezentów 🎁 jaki kiedykolwiek dostałam. Moja własna, osobista gwiazdka 🌟 z nieba – w naukowej postaci oczywiście - czyli wisiorek z pyłem księżycowym!
Mój mały 🌙 pochodzi z księżycowego meteorytu NWA 3136, który został kupiony (nomen omen) w Maroku.


A jakie są najbardziej romantycznie/niezwykłe czy po prostu najlepsze prezenty jakie Wy dostałyście?




środa, 8 lipca 2020

Jacy są Arabowie?

Ostatnio natknęłam się w internetach na dyskusję na remat reakcji zazdrosnego Męża z Importu na facebookowych kolegów Polskiej Żony - jak łatwo można się domyślić, reakcja ta nie była pozytywna (no bo gdyby była nie byłoby o czym dyskutować). Co ciekawe, rozmowę prowadziły wyłącznie panie w związkach mieszanych, a mimo to w komentarzach pojawiły się stwierdzenia takie jak Arabowie są zazdrośni, czy oni tak mają. Podobnie na grupach poświęconych związkom multi-kulti regularnie pojawiają się pytania Jacy są panowie z kraju X? Jak poradzić sobie z Arabem? Czy wszyscy faceci z kraju Y są leniwi/mamisynkami/robią to i to i jak sprawić żeby przestali?

To jest zjawisko z którym spotykam się niestety bardzo często: posługiwanie się stereotypami i wrzucanie wszystkich facetów z danego kraju/muzułmanów/Arabów (a do nich jeszcze często na dokładkę Turków czy Pakistańczyków, bo kto by sobie zawracał głowę szczegółami) do jednego worka. I o tym chciałabym dziś napisać.


Kącik psychologiczny
Zacznijmy od odrobiny teorii.
Stereotypy to ogólne, uproszczone, pre-definiowane konstrukcje myślowe, które zawierają zbiór przekonań na temat jakiejś grupy - mogą dotyczyć wyglądu, zachowań, preferencji a nawet cech osobowości. W skrócie chodzi o przypisywanie jakiś konkretnych cech czy charakterystyk danym osobom wyłącznie z racji ich przynależności do pewnej grupy.
Rolą stereotypów jest ułatwianie funkcjonowania w świecie: pozwalają bardzo szybko upraszczać, strukturyzować i kategoryzować dostępne informacje, co umożliwia błyskawiczną reakcję, zwłaszcza w sytuacji gdy dostęp do wiedzy/informacji jest ograniczony. To oczywiście ma sens biologiczny i swego czasu ułatwiało przetrwanie - prehistoryczny człowiek spotykając niespodziewanie coś ruszającego się w jaskini musiał być w stanie w ułamku sekundy ocenić czy ma do czynienia z "wrogiem" czy "przyjacielem". Naturalnie celem było tu ratowanie życia, więc bardziej "opłacało się" błędnie uznać kogoś za wroga niż za przyjaciela.
Niestety funkcjonowanie naszego umysłu nie zmieniło się za bardzo od tamtych czasów.
Zazwyczaj działa to w uproszczeniu tak: określamy jakąś dostrzegalną i łatwą w identyfikacji cechę charakterystyczną dla danej grupy (powiedzmy: pewien styl ubioru albo kolor skóry - jak już pisałam, stereotypy działają w oparciu o uproszczenia, generalizacje i niewystarczającą wiedzę). Na tej podstawie nasz umysł błyskawicznie decyduje, czy napotkana osoba do niej pasuje. Jeśli tak: automatycznie przypisane jej zostaną wszystkie cechy, które w naszym uproszczonym, ogólnym konstrukcie umysłowym charakteryzują tę grupę.
Dodajmy do tego jeszcze błędy poznawcze np błąd konfirmacji, który polega na tym, że nasz umysł automatycznie preferuje informacje, które potwierdzają to co już wcześniej myśleliśmy - zwłaszcza jeśli chodzi o ugruntowane poglądy lub tematy wzbudzające emocje - niezależnie od tego czy te informacje są prawdziwe. I mamy kłopot.
Co bardzo ważne: te wszystkie procesy bardzo często zachodzą w sposób kompletnie nieświadomy.

Stereotypy razem z mechanizmami ich powstawania i uprzedzeniami do których prowadzą to w ogóle bardzo szeroki i ciekawy temat, ale trochę wykracza poza cel tego artykułu, dlatego tutaj się zatrzymam dodając tylko na koniec: na szczęście stereotypom można przeciwdziałać. Najlepszym sposobem jest zwiększanie w sobie świadomości ich istnienia (poprzez pogłębioną autorefleksję, analizę automatycznych myśli i reakcji itd) no i poszerzanie wiedzy.

A teraz do rzeczy
Wszyscy chyba znamy te teksty:
(Wszyscy) Arabowie są zazdrośni, kontrolujący, leniwi, traktują kobiety źle lub przedmiotowo albo jak maszynki do robienia dzieci, lubią się targować, nie dbają o higienę, zawsze słuchają matki, są terrorystami itd itd.
Uwaga, uwaga breaking news: Arabowie są różni. W ogóle ludzie są rożni.

Zastanówcie się, czy jesteście w stanie powiedzieć Europejczycy są tacy i tacy; Europejczycy zachowują się tak i tak?
Ja nie jestem. To czemu z Arabami miałoby być inaczej?
Świat Arabski to jakieś 400 milionów ludzi, którzy mieszkają w 22 różnych krajach (i nie, to nie wszystko to samo, tak jak Europa to nie wszystko to samo), które mają różną historię, kulturę, posługują się różnymi dialektami itd. Czy naprawdę jesteśmy wstanie zidentyfikować chociaż jedną uniwersalną cechę, którą reprezentują wszyscy Arabowie? Chociaż jedno zachowanie?
No to może przynajmniej wszyscy Marokańczycy/Tunezyjczycy/Egipcjanie/Pakistańczycy są jacyś?
A czy potrafimy coś takiego powiedzieć o Polakach? Wskazać jakąś jedną uniwersalną cechę wspólną dla wszystkich Polaków?
Widzicie jak to działa? Jako Polka mam o Polakach znacznie większą wiedzę niż o innych narodach i dzięki temu wiem, że nie da się tak uogólnić - nawet mi to nie przychodzi do głowy. Natomiast w sytuacji braku wiedzy, pojawia się pewna skłonność do uzupełniania pustych miejsc stereotypami i uproszczeniami opartymi o jakiś pojedynczy przykład, albo coś co się gdzieś wyczytało. Stąd te wszystkie Arabowie są zazdrośni (wiem, bo mój były taki był); Indusi robią co im każą rodzice (wiem, bo miałam kolegę, który się tak zachowywał) itd.
Warto o tym pamiętać i w odniesieniu do siebie samego i tego, co mówią nam inni.

Zanim zaczniecie protestować: jestem świadoma istnienia czegoś takiego jak kultura, normy społeczne, standardy zachowań itd. Wiadomo, że pewne zachowania i postawy, a nawet cechy charakteru są w społeczeństwie promowane i wzmacniane, a inne: ograniczane i wyciszane, a przynajmniej spychane w ukrycie.
Zapewne dałoby się przeprowadzić jakieś badania z pogranicza socjologii i psychologii społecznej i określić pewne najpowszechniejsze postawy, preferowane społecznie, wręcz typowe zachowania, czy może nawet średni poziom reprezentacji jakiejś cechy charakteru w danej społeczności czy grupie. Ba, nawet to wszystko porównać między krajami/regionami/grupami etnicznymi.  Wyobrażam sobie, na przykład, że średnie wyniki Finów na skali intro-ekstrawersji będą bliższe biegunowi introwersji niż średnie wyniki Włochów.
Jak najbardziej można prowadzić takie badania, statystyki porównawcze i wyciągać wnioski o charakterze ogólnym. Tylko nie można takich wniosków przenosić na poziom jednostkowy. Przenoszenie obserwacji na poziomie grupy czy społeczeństwa na poziom indywidualny nazywamy ekologicznym błędem rozumowania w interpretacji danych.
A jeśli to kogoś nie przekonuje proponuję prosty eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie ile możliwych kombinacji wyników na dziesięciostopniowej skali zaledwie 10 osób może dać daną średnią? Tę samą średnią (powiedzmy 5) da nam dziesięć osób o wyniku 5 jak i pięć osób o wyniku 9 + pięć o wyniku 1. Co więc taka średnia wartość tak naprawdę mówi nam o poszczególnych osobach?

To do czego zmierzam, to w sumie taki truizm: ludzie są różni. Na to jaka jest dana osoba wpływa kultura kraju pochodzenia, panujące w nim normy społeczne, zwyczaje, religia, ale też wychowanie, wzorce wyniesione z domu, wykształcenie, cechy osobowości i temperamentu, oraz własne krytyczne myślenie danej osoby.
Poznając faceta z innego kraju na pewno trzeba zapoznać się z lokalną kulturą, zwyczajami, religią, obowiązującymi normami itd., bo te czynniki mogą mieć na niego istotny wpływ. Natomiast patrzenie na (potencjalnego) partnera tylko przez pryzmat kultury jego kraju do niczego dobrego nie prowadzi - dużo lepiej jest podejść do niego indywidualnie: dowiedzieć się jakim jest człowiekiem, co ma w głowie, co sobą reprezentuje, jakie wartości wyznaje, jaki ma światopogląd. Może ten nowy egzotyczny ukochany okaże się najbardziej typowym przedstawicielem swojej nacji, jaki istnieje - takim wzorcem z Sevres. Może odwrotnie: okaże się totalnym przeciwieństwem, antymaterią wręcz (taki przypadek ja mam w domu). A może będzie gdzieś po środku. Bo "ludzi nie tną od metra". W żadnym kraju.



niedziela, 5 lipca 2020

Alzacja

Dziś,  dla odmiany od Maroka: Alzacja.
Przyjechaliśmy tu w piątek spotkać się z siostrami Kolegi Małżonka i przy okazji z potencjalnym szwagrem. Liczyłam trochę na to, że jako żonie Starszego Brata skapnie mi choć odrobina autorytetu i szansy dania (lub nie) aprobaty wybrankowi, ale Szalony Naukowiec ani myśli akceptować (lub nie)* ukochanego siostry albo w jakiś sposób odnosić się do jej decyzji. Więc niestety.

* Dopisuję wyjasnienie, bo wyglada na to, ze nie wyraziłam się jasno: nie chodzi o to, że Małżonek nie zaakceptował chlopaka siostry, a o to, ze nie mysli w tych kategoriach i nie ma zamiaru występować w pozycji osoby, której rolą jest dawanie (albo odnawianie) aprobaty w tej sprawie.
Alzacja to region na północnym wschodzie Francji, który przechodził wielokrotnie z rąk francuskich w niemieckie i odwrotnie. W związku z tym wystepuje tu specyficzny dialekt, a w nazewnictwie miast widać wyraznie silne wpływy języka niemieckiego i francuskiego. Mamy tu na przykład miasteczko Ribeauville a tuz obok Kayserberg. 
Produkowane tu są świetne lekkie biale wina (o podobnie zróżnicowanych nazwach: np. muscat, pinot gris, pinot noir, riesling, gewurztraminer). W wielu tutejszych miasteczkach jak i przy słynnej i popularnej  wsrod turystów Route des Vins jest wiele miejsc, gdzie można zajrzeć na degustację i zakupy. Poruszając się po okolicy samochodem warto pamiętać, że we Francji dopuszczalne stężenie alkoholu we krwi to 0,5 promila. Piwnice i winnice oczywiście zapewniają spluwaczki do degustowanego wina, ale nie zapominajmy, że alkohol jest trawiony już w jamie ustnej. 


Na zdjeciach poniżej miasteczka Riquewihr i Ribeauville. Prawda że sliczne? Te belkowane fasady (mur pruski) to typowa konstrukcja w tym regionie.
Riquewihr:
W ogóle to jest tutaj sklep, który caly rok sprzedaje dekoracje Świąteczne! Ma dwa poziomy, a na środku stoi wysoka na oba piętra choinka! Cały rok można tu kupić absolutnie każdą dekorację Świąteczną jaką sobie wymyslicie 😍 niestety w  środku nie wolno robić zdjęć, ale z zewnątrz wygląda tak:

Ribeauville:

Alzackie bociany.

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam bociany i uważam je wręcz za symbol Polski. Podobnie są odbierane w Alzacji. Tutaj także uważa się,  że przynoszą szczęście domowi, na którego dachu uwiły gniazdo. Podobnie jak w Polsce są też  "odpowiedz" za przynoszenie dzieci - chociaż używają innej techniki niż te nasze - w Alzacji bociek nie trzyma w dziobie becika z niemowlakiem: tu dziecko podróżuje na bocianim grzbiecie :) do tego mają chronić przed piorunami i zapewniać rychłe zaręczyny dziewczynie, ktora zobaczy bociana zmierzającego w jej stronę.

 Alzackie bociany także zimują w Afryce (z czym wiąże się sporo problemów), a ich powrót w marcu jest ważnym zwiastujem wiosny.

W latach 60 i 70 bociany niemal kompletnie wyginely w Alzacji. W latach 80 stały się  gatunkiem chronionym i zaczęto prace nad przywróceniem ich obecności na alzackich dachach. Z zaledwie 148 par w roku 1960, w 2017 populacja rozrosła się aż do 850 par czyli osiągnęła rozmiar z XIX wieku. Hura! Oficjalna akcja odnawiania gatunku została zakończona, ale w Alzacji nadal funkcjonuje przynajmniej jeden bociani park, który zajmuje się ich rozmnażaniem i leczeniem, choć dziś jest raczej głównie atrakcją turystyczną i edukacyjną. Tym razem nie udało nam się  tam dotrzeć, ale byłam tam kilka lat temu i była to bardzo ciekawa wycieczka.

W tej chwili bardzo latwo wypatrzeć bociany (lub chociaż ich gniazdo) na jakimś dachu lub spacerujące po lące. 

Ponadto są jednym z głównych motywów przemysłu pamiątkowego: w prawie każdym lokalnym sklepiku z suwenirami można kupić breloczki, maskotki, magnesiki, pocztówki,  a nawet znajdzie sie zastawa stolowa udekorowana wizerunkiem tego sympatycznego ptaka. 


czwartek, 2 lipca 2020

Moja Marokańska Przygoda - odcinek 3. Inauguracja w roli rozrywki tłumów.

A więc gdzie to ostatnio skończyliśmy?

Ach tak, na progu mieszkania przyszłych Teściów.
W tamtym okresie rodzice Szalonego Naukowca mieszkali w Sale. Przeprowadzili się tam z Marrakeszu jakieś 10 lat wcześniej, kiedy syn już od jakiegoś czasu właściwie z nimi nie mieszkał (szkoła z internatem, potem studia w innym mieście i innym kraju). Miał jednak, mimo to, swój pokój - a raczej pokoik: malutki i przerobiony ze starej łazienki. Niedługo przed naszą wizytą został on powiększony, odmalowany, a także...
I tu właśnie przechodzimy do małego szoku, który zafundowała nam teściowa w okolicach 4 czy 6 nad ranem tamtego pamiętnego majowego dnia:
...wyposażony w nowe łóżko.
...
..
.
Podwójne. 
To, że rodzina mojego przyszłego (jak się okazało) męża nie jest konserwatywna wiedzieliśmy: ani Pani Matka ani siostry nie noszą hijabów, i ogólnie są wyemancypowane, niezależne, wykształcone. No ale bez przesady. Takiej propozycji się nie spodziewaliśmy, zwłaszcza podczas pierwszej wizyty, kiedy na żaden ślub nawet się nie zanosiło.
Nikt też nas w ogóle nie pytał o zdanie, po prostu zostaliśmy w prowadzeni do pokoju i postawieni (oraz pozostawieni - wszyscy natychmiast udali się spać) przed faktem dokonanym. Po gorączkowej, szeptanej dyskusji uznaliśmy, że warto na taki gest zareagować gestem zwrotnym i mój jeszcze-wtedy-nie-małżonek poszedł spać na kanapie. I tak już zostało na wszystkie noce pod rodzicielskim dachem w tamtym roku.

Następnych kilka dni spędziliśmy bardzo ekscytująco. Moje pierwsze doświadczenia z marokańskimi  ulicami, ludźmi, zabytkami, bazarami i przyrodą przeplatały się z inauguracją w roli rozrywki tłumów (która to rola będzie mi towarzyszyła jeszcze nie raz - podobnie jak daktyle. Często razem.) i z koncertami muzyki popularnej. Później opuściliśmy dom Teściów żeby pozwiedzać inne miasta wracając do Sale jeszcze dwukrotnie.
Ale po kolei.

Rabat

Zwiedzanie Rabatu zaczęliśmy od souku czyli - powiedzmy - bazaru. "Powiedzmy", bo w większości składa się on ze sklepików, zlokalizowanych w parterach budynków (zazwyczaj jednopiętrowych, ale zawsze), a nie ze straganów i stoisk na ulicy (chociaż i takie są). Souki można znaleźć chyba w większości w miast Maroka, zazwyczaj w medynie (czyli "na starówce"). Czasami są wyspecjalizowane w konkretnych produktach (souk skórzany, metalowy, kaftanowy, biżuteryjny, spożywczy itd), a czasami są mieszaniną wszystkiego.
Souk w Rabacie z początku bardzo skojarzył mi się z bazarem głównie ze względu na towar: przy samym wejściu najwięcej było produktów podobnych do tego, co jest na każdym znanym mi targowisku: od ciuchów, przez okulary słoneczne, po plastikowe pojemniki do przechowywania żywności. Dopiero po głębszym zanurzeniu się w jego czeluście, zaczęliśmy napotykać coraz liczniejsze stoiska z - jak potem odkryłam - typową zawartością, czyli: przyprawami, suszonymi owocami, ceramiką, biżuterią, produktami skórzanymi, metalowymi i drewnianymi, babouchami, lampami, tradycyjnymi ubiorami itp.


Zostałam uprzedzona, że robienie zdjęć sklepikom nie jest szczególnie mile widziane (ogólnie sklepikarze za tym nie przepadają i czasem - w bardziej turystycznych miejscach -  życzą sobie nawet opłaty), więc z tej wyprawy nie mam ani jednej fotki. Zamiast tego: zdjęcia bardzo ładnej Avenue Mohammed V (czyli dziadka obecnego króla Maroka), która biegnie od głównego dworca w Rabacie (Rabat Ville) na północny wschód, w kierunku medyny, a przy której stoi budynek Parlamentu.





Kolejnym punktem na planie zwiedzania miasta była Kazba (Kasbah of the Udayas), o której wspominałam wam kilka dni temu. Kazba (Kasbah) to w krajach Maghrebu coś w rodzaju fortu czy cytadeli, czyli budynku o charakterze mieszkalno-obronnym. Ta ta konkretna pochodzi z okolic X-XII wieku. W jej wnętrzu jest jakby oddzielne mini miasto z wąziutkimi uliczkami i domami pomalowanymi na niebiesko i biało (1-1.5m od ziemi ma kolor niebieski, a wyżej: biały), a także mały ogród.

Spacerując uliczkami można dość aż do oceanu - mniej więcej, bo Rabat w przeciwieństwie do Sale - jest położony na klifie. Ze względu na to położenie, nie dość, że na klifie ale i nad samą plażą z jednej strony i rzeką z drugiej, rozciągają się stamtąd  piękne widoki:


Festiwal Mawazine

Nasz pobyt w Sale nałożył się akurat z dość znanym muzycznym festiwalem Mawazine, w którym bierze co roku udział wielu lokalnych ale i zachodnich wykonawców. W tamtym roku byli to na przykład: J Lo, Sting, Maroon 5, Usher i kilkoro innych. Moje szwagierki strasznie chciały iść na koncert Maroon 5, co z jakiś logistycznych powodów okazało się niemożliwe, dlatego ostatecznie wybraliśmy się razem zobaczyć J Lo. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, nie tylko dlatego, że ja raczej nie chodzę na koncerty, ale dlatego, że:
Po pierwsze była tam zaskakująca ilość mężczyzn - co trochę możecie zobaczyć na zdjęciu obok.

Wg Szalonego Naukowca, kobiety raczej nie czują się zbyt komfortowo chodząc w takie  miejsca same, ze względu na liczne przypadki napastowania; wg jego siostry kobiety pewnie były głównie w płatnej strefie najbliżej sceny.
Po drugie, biorąc pod uwagę styl sceniczny J Lo, można by się po ludziach z kraju - bądź co bądź - wyznaniowego spodziewać potępienia, zgorszenia itp. A tu nie: pełen entuzjazm, nie tylko ze strony męskiej widowni (co jest zrozumiałe) ale też żeńskiej: tuż za nami stała grupka dziewczyn w hijabach i wszystkie w najlepsze się bawiły, podskakiwały, śmiały i krzyczały.
Oczywiście później znalazł się ktoś się jednak oburzył  (w mediach) i nawet artystkę zaskarżył o obrazę moralności, ale ci wszyscy ludzie na koncercie nie wyglądali bynajmniej na urażonych albo zgorszonych.


Jardin Exotique

Do innych turystyczno-rozrywkowych rzeczy, które robiliśmy podczas pobytu w Sale, zaliczyła się wycieczka do pobliskiego Jardin Exotique, czyli czegoś pomiędzy parkiem, a ogrodem botanicznym. Spaceruje się tam wyznaczonym szlakiem, niemalże przez dżunglę, jest też dużo przechodzenia po wiszących mostkach albo bambusach przerzuconych nad bagienkiem. Wiele roślin jest podpisanych, są też punkty edukacyjne o ochronie przyrody, o wytwarzaniu naturalnego nawozu itd itd. Całość jest podzielona na sekcje w zależności od regionu z którego pochodzi dana roślinność. Jest nawet ogród japoński. Tam tez po raz pierwszy (i ostatni) zetknęłam się z obyczajowym konserwatyzmem w wersji hard, kiedy to strażnik ochrzanił nas za nieodpowiednie zachowanie.

A skoro już mowa o tym, jeśli chodzi o obyczajowość, mimo entuzjazmu, który rzucał się w oczy na koncercie J Lo, Maroko jest jednak krajem konserwatywnym. Nie wolno się na ulicach całować, obejmować, ani robić nic podobnego - można za to nawet zarobić mandat. Marokańczycy różnych płci nie mogą też wynajmować jednego pokoju w hotelu nie będąc małżeństwem - dotyczy to tez pary, na którą składa się jeden Marokańczyk i jedna Europejka (czy też odwrotnie). Co ciekawe, nikt nie ma problemu z dwoma facetami wynajmującymi jeden pokój, nawet z podwójnym łóżkiem :)

Debiut w roli rozrywki dla tłumów

Zwiedzanie i koncerty muzyki pop nie były jedynymi atrakcjami, jakie czekały mnie w tej części podróży. Oprócz nich zaliczyłam swój debiut w branży rozrywkowej - a tak naprawdę to dwa debiuty.
Najpierw odbyła się impreza z okazji przejścia na emeryturę teściowej. Moja teściowa, całe życie pracowała jako nauczycielka. Właśnie zbliżał się koniec roku szkolnego, który miał być jej ostatnim (chociaż w końcu nie był, chyba jej się nudziło w domu) i z tej okazji wyprawiono na terenie szkoły imprezę. Napisałam przed chwilą, że Maroko jest krajem konserwatywnym - jednak żeby być zupełnie precyzyjną, dodam, że jest też bardzo niejednorodne pod względem obyczajowym. Duże miasta, zwłaszcza turystyczne, są liberalniejsze niż małe miejscowości czy wieś. W takim na przykład Agadirze nikomu nawet nie drgnie powieka na widok turystek w skąpych ciuszkach. Jednak Sale jest miastem mocno konserwatywnym - wystarczy powiedzieć, że na kilkanaście (może dwadzieścia-parę) zebranych w jednym pomieszczeniu nauczycielek z przyległościami rodzinnymi, moja teściowa, jej najlepsza psiapsiółka (i szwagierka w jednym - to się nazywa ustawić sobie życie: wydać przyjaciółkę za brata) i jej córki były jedynymi, które nie zakrywały włosów chustą.
I w tym wszystkim ja: blada jak ściana (nie zdążyłam się jeszcze opalić), wysoka na 176 cm, obcięta na zapałkę, dziewczyna we wściekle różowym wdzianku (prezent od teściowej). Czy muszę dodawać, że wzbudzałam lekkie zainteresowanie i stanowiłam rekwizyt do zdjęć sezonu?

A jednak to było nic w porównaniu z tym, co teściowa zafundowała mi później. Babskie party. Ale takie poważne babskie party z zakazem wstępu dla facetów. Teść - rozsądny człowiek - wyniósł się na pół dnia z domu. Szalony Naukowiec tego przywileju nie miał, bo kategorycznie zażądałam odpowiedniej jakości wsparcia moralnego, przewidując - trafnie - swoją rolę w tym wydarzeniu. Także biedak został zamknięty w naszym pokoju ze ścisłym zakazem wychodzenia.
Czemu z zakazem? W końcu komu by przeszkadzało gdyby przemknął np do łazienki?
Ano przeszkadzałoby. 
A to dlatego, że wszystkie pozakrywane koleżanki Pani Matki z chwilą przekroczenia progu salonu natychmiast pozrzucały chustki oraz jelaby (czyli takie długie okrycia, które kobiety w Maroku czasem zakładają wychodząc na zewnątrz) aby po niedługim czasie ruszyć w tany... Oczywiście, że żaden facet nie mógł tego zobaczyć.
Tak moi drodzy. Kilkanaście rozochoconych, niemówiących w żadnym znanym mi języku pań, najpierw rozsiadło się na kanapach na ploty, a potem ustawiło w kółeczku i zaczęło tańczyć.
Na trzeźwo.
Wymagając mojego czynnego udziału.
Również - siłą rzeczy - na trzeźwo.

Niewątpliwie robiłam za pewną atrakcję wieczoru (żeby nie powiedzieć: małpkę cyrkową) - chociaż muszę przyznać, że byłam przyjmowana naprawdę pozytywnie, a moje zaangażowanie w tańce czy też próby interakcji (w końcu można się porozumiewać przy pomocy mimiki i na migi) były odbierane ze sporym entuzjazmem.
Jak część z Was już może wie, rola rozrywki dla gości i gwoździa programu nadal jest moim udziałem, o czym możecie sobie poczytać w poście o Moim Wielkim Marokańskim Weselu, jeśli chce wam się go poszukać. Jeśli nie: nie uprzedzajmy faktów.

Na koniec ciekawostka:
Słyszeliście o tym, że w Maroku w wielu domach można znaleźć dwa oddzielne pomieszczenia, które (oba!) wg polskich standardów nazwalibyśmy salonem? Wiecie jak się nazywają, do czego służą i czym się od siebie różnią?





poniedziałek, 29 czerwca 2020

Moja Marokańska Przygoda - odcinek 2: Poznaj Moich Rodziców

W zeszłym tygodniu rozpisałam się trochę na tematy historyczne, a skoro tak, postanowiłam utrzymać się jeszcze jakiś czas w tym klimacie i poopowiadać wam o początkach Mojej Marokańskiej Przygody. Dawno, dawno temu opisywałam sam początek naszej historii. Nie dość, że był on lekko niestandardowy, to jeszcze takie szybkie ruchy zdecydowanie nie leżą w mojej naturze - może dlatego, dla równowagi, potem bardzo długo nie czyniliśmy żadnych kroków żeby uczynić go jeszcze poważniejszym. Wzięliśmy trochę na wstrzymanie. I tak sobie upłynął rok podczas którego dowiadywaliśmy się coraz więcej o sobie, docieraliśmy i ogólnie budowaliśmy związek, aż w końcu zrezygnowaliśmy z równoległego lokum Szalonego Naukowca i OFICJALNIE zamieszkaliśmy razem.
Nie śpieszyłam się specjalnie z zapoznawaniem nowego chłopaka z rodzicami. Wyszłam z założenia, że lepiej najpierw się upewnić, że to coś poważnego. No ale w końcu do tego doszło i - o dziwo - odbyło się gładko i bez problemów.
Tu może potrzebne jest słowo wyjaśnienia: "o dziwo" nie wynika bynajmniej z narodowości, czy koloru skóry mojego teraz-już-męża. Nie. Żadne z tych nie jest dla moich rodziców problemem samym w sobie. Ale moi rodzice są nieco specyficzni (zwłaszcza jedno z nich) i ogólnie mało która z rzeczy, w których biorą udział, przebiega bez problemów. Kiedykolwiek

Ale wracając do tematu:
On, wychodząc z podobnych założeń, też nie śpieszył się z oznajmianiem radosnej nowiny swojej rodzinie. W końcu jednak musiało do tego dojść - a w ramach naturalnej kolei rzeczy rodzice zażyczyli sobie poznać Wybrankę (to jest: mnie)
Wtedy już byłam w miarę mentalnie przygotowana, że ten moment w końcu nastąpi, ale szczerze mówiąc,  gdy pierwszy raz roztoczono mi tę wizję przed oczami: nie byłam zachwycona. Nie ma chyba sensu ukrywać, że naczytałam się swego czasu wszystkich tych dramatycznych historii o związkach z Arabami, przykuwaniu do kaloryfera, zamykaniu w piwnicy (co jest szczególnie ironiczne, w odniesieniu do miejsc, w których ani jedno ani drugie za bardzo nie występuje). I o ile tego się nie obawiałam (z powodu wspomnianego braku odpowiednich akcesoriów), o tyle dość poważnie do serca wzięłam sobie wizje, w których arabski książę zapoznany w Polsce/UK/gdziekolwiek w Europie wygląda na cywilizowanego i zachodniego, dopóki jego stopa nie dotknie rodzimej ziemi, a oko padnie na twarz matki. Te dwa wydarzenia mają bowiem sprawić, że natychmiastowo przeistoczy się on w ropuchę, podporządkuje rodzinie, a następnie stopniowo sprowadzi wybrankę z roli partnerki do roli posłusznej arabskiej żony, często nakłaniając ją do przejścia na Islam, zakrywając chustą i zakazując różnych rzeczy, nakazując w zamian siedzieć w domu i gotować oraz rodzić dzieci, aby później je (tzn te dzieci) zabrać - razem z paszportem ich matki.

Zanim przejdę do dalszej części historii, pozwólcie na dygresję
To co opisałam powyżej, jest oczywiście mocno przerysowane, natomiast samo zjawisko bynajmniej nie jest wyssane z palca.
Często się zdarza, że mężczyzna wychowany w konserwatywnym środowisku przyjeżdża do Europy i zachłystuje się wolnością, swobodą, i wszystkim tym, czego nie znał wcześniej w swoim kraju. No i korzysta z dobrodziejstw nowego domu: alkohol, łatwo dostępne partnerki seksualne, brak nacisków społecznych i kontroli - wielu to kusi. A potem taki "zerwany ze smyczy" delikwent poznaje - powiedzmy - miłą Polkę. Ona sobie patrzy i myśli: alkohol pije, nie modli się, nie obchodzi ramadanu, imprezuje, nie przeszkadza mu moja mini - znaczy zeuropeizowany. Można brać. I żyją sobie fajnie aż do dnia, kiedy jadą do jego ojczyzny - i tu następuje niespodziewana przemiana: pojawiają się naciski w kwestii skromniejszego ubioru (bo co ludzie powiedzą), wyjścia z kolegami, ale bez partnerek (bo tu kobiety nie chodzą do kawiarni), oczekiwania w zakresie podziału (ekhm) obowiązków domowych i relacji z teściową, imprezy się kończą, alkohol zjeżdża do podziemia itd. Czasem z resztą takie zmiany następują samoczynnie z wiekiem, bez powrotu do ojczyzny.
Z czego to wynika?
Jeśli byście mnie zapytali, powiedziałabym, że wiele osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych, w zakresie rozwoju moralnego przypomina mi dzieci.
Już wyjaśniam o co mi chodzi:
Jest sobie taki pedagog: Heliodor Muszyński, który - pomijając zacięcie socjalistyczne w teoriach dotyczących wychowania -  opracował też całkiem ciekawą teorię rozwoju moralnego. Wyłania ona konkretne etapy przyswajania norm moralnych przez człowieka. Z grubsza przebiega to tak: na początku  (czyli w wieku dziecięcym i wczesnonastoletnim), głównym mechanizmem i powodem przestrzegania norm moralnych jest dążenie do uniknięcia kary i otrzymania nagrody. Natomiast później, normy moralne zostają stopniowo zinternalizowane, a następnie poddane krytyce jeśli chodzi o ich źródła, cele oraz sens, aby ostatecznie osiągnąć stan świadomej, wewnętrznie spójnej, refleksyjnej moralności, która pozwala samodzielnie rozstrzygać konflikty moralne w oparciu o jasny układ odniesienia.
Jak to się ma do habisiów? Ano tak, że - w mojej opinii - wiele* osób wychowanych w środowiskach konserwatywnych i silnie religijnych zatrzymuje się gdzieś na etapie unikania kary i szukania nagrody, nie internalizując sobie tak naprawdę narzucanych im zasad, a już na pewno nie przechodząc przez etap ich krytycznej analizy. W takiej sytuacji, gdy tylko groźba kary lekko się rozwiewa i oddala, delikwent natychmiast próbuje wszystkich zakazanych owoców - nie jest to jednak żadna głębsza przemiana ideologiczna, ale raczej coś jak wyjadanie cukierków, kiedy matka nie widzi.
Łapiecie o co mi chodzi?
Do tego dochodzi fakt, że alkohol, modlitwa, a nawet ramadan, to przecież tylko wierzchołek góry lodowej. Ocenianie tylko na tej podstawie z jakim człowiekiem mamy do czynienia i jakie on ma uwarunkowania kulturowe, czy jakich norm przestrzega, jest lekką naiwnością. Tu możecie sobie zobaczyć fajną grafikę o tzw Cultural Iceberg.

W momencie, kiedy podejmowałam decyzję o kupnie biletu do Maroka, nie miałam jeszcze tego wszystkiego aż tak dobrze przemyślanego i w związku z tym nie wiedziałam do końca, czy powinnam się spodziewać przemiany dr Jekylla w Mistera Hyde'a w momencie przekroczenia progu domu rodzinnego, czy jednak nie.  Dziś już wiem, że trzeba po prostu ukochanego dobrze poznać i dość łatwo odróżnić człowieka z integrity i własnym, świadomym systemem moralnym o wyraźnym układzie odniesienia, od zerwanego ze smyczy dziecka.

*śpieszę dodać, że nie twierdzę, że to zjawisko dotyczy wszystkich osób religijnych: przeciwnie, wiele z nich naprawdę internalizuje zasady swojej wiary i przyjmuje e w pełni świadomie. Ale to raczej nie są osoby, które pod wpływem nowego środowiska odkładają je na półkę i hulaj dusza piekła nie ma

No a teraz wracając do tzw adremu:
W końcu wsiadłam do samolotu i po zaledwie kilku godzinach i jednej przesiadce już lądowaliśmy... Były okolice 2, a może i  4 and ranem czasu lokalnego,  kiedy to wysiedliśmy z samolotu w Casablance, wypełniliśmy takie śmieszne małe formularze (dziś już nie trzeba tego robić), przeszliśmy przez stanowisko kontroli paszportów i wyszliśmy do hali przylotów. Czekali na nas rodzice Szalonego Naukowca, a Pani Matka była tak podekscytowana, że mało się nie wdarła przez bramkę. Po długim powitaniu (moja nowa rodzina jest raczej z tych wylewnych), zostaliśmy zabrani do samochodu i uraczeni pierwszą na mojej drodze marokańską tradycją, która polega na poczęstowaniu przybyszów daktylami i słodkim mlekiem. Były nawet specjalnie przywiezione filiżanki żebyśmy to mleko mogli z nich wypić! Daktyle z mlekiem w ogóle pełnią ważną rolę w marokańskich rytuałach i przez kolejne lata dane mi było konsumować ten znienawidzony przez mnie owoc jeszcze kilkukrotnie, zawsze w centrum uwagi i pod czujnym okiem przynajmniej kilku osób.
Moja teściowa okazała się bardzo miłą osobą, o raczej silnej osobowości i dużym przywiązaniu do tradycji daktylowych. Z czasem okazało się, że należy do osób dyskretnych, nie ingeruje za bardzo w nasze sprawy (bezcenne). Niestety średnio mam z nią wspólny język, podobnie jak z teściem, który jest bardzo cichym, spokojnym, retrofleksyjnym i zawsze pogodnym panem. Wiecie, jeden z tych, którzy nigdy nie pchają się na pierwszy plan - bo i szczerze mówiąc średnie ma na to szanse przy trzech bujnych kobiecych osobowościach w domu.
Jak mówiłam wylądowaliśmy w Casablance, a rodzice Szalonego Naukowca mieszkali wtedy w Sale, czyli jakieś 75 km dalej. Sale jest miastem-bliźniakiem Rabatu czyli stolicy Maroka. Miasta te są praktycznie połączone, a rozdziela je rzeka, która przez nie przepływa. Cos jak Buda i Peszt z tym, że jednak są to dwa oddzielne miasta.
Godzinę drzemki w samochodzie później, dotarliśmy na miejsce, gdzie - mimo kompletnie absurdalnej pory -  czekały na nas pełne entuzjazmu dwie młodsze siostry oraz.... coś co nas oboje zaszokowało. Moje obecne Szwagierki są absolutnie przeurocze, a dzięki temu, że mówią bardzo dobrze po angielsku bez problemu udało nam się złapać kontakt.

A jaki to szok zafundowali nam na wejściu moi jeszcze-wtedy-nie-teściowie?

Zgadnijcie.
Odpowiedź w następnym odcinku :)

A na zdjęciu ujście rzeki Bou Regreg do Atlantyku zrobione z poziomu Qasbat al-Awdāya czyli z angielska Kasbah of the Udayas - czyli jedyne zdjęcie Sale (ten cypelek w głębi po prawej) jakim dysponuję.



niedziela, 28 czerwca 2020

Metamorfoza czyli PRZED I PO.


Wczoraj się wszyscy pośmialiśmy z biednego kotka (co, jesli by mnie kto pytał, jest niewątpliwą przewagą posiadania kota nad posiadaniem dziecka - wrzucanie kompromitujących zdjęć tego drugiego do internetów, może kiedyś źle się skończyć). To dziś pora na olśniewający efekt końcowy rodem z działu "Metamorfozy" magazynu dla kobiet.
I jak myślicie? Warto było pocierpieć? Mam na myśli oczywiście nasze cierpienia! Wiadomo, że uszczerbek na kociej dumie jest nie do wynagrodzenia.






sobota, 27 czerwca 2020

Krwawi bezduszni oprawcy i Małe Niewinne Zwierzątka

Jako, że terazm mam normalne, dobrze zorganizowane archiwum, będzie #throwback

Ale na moje usprawiedliwienie: temat jest dziś bardzo, bardzo aktualny. I nie ma nic wspólnego z wyborami.

W zeszłym roku pisałam o tym jak co jakiś czas zamieniamy się z Szalonym Naukowcem w krwawych i bezdusznych oprawców Małych Niewinnych Zwierzątek. Dziś znowu nadszedł ten dzień. Jak widzicie Małe Niewinne Zwierzątko ma sporo do powiedzenia na temat tragedii, która je dotknęła.



piątek, 26 czerwca 2020

Czerwcowe wspomnienia

Dziś będzie trochę dwutorowo.
Po pierwsze dziś mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy obroniłam swoją pracę magisterską i oficjalnie zamknęłam za sobą studencki rozdział życia. Wielu osobom czasy studiów kojarzą się z kolorowymi migawkami z imprez, koncertów, wypadów z przyjaciółmi, picia taniego wina w parku itd - z resztą sami wiecie. Mnie nie. Kiedy myślę dziś o tamtych latach, widzę je głównie w barwach szarości, w cieniu poważnej chandry. Mimo dyplomu z psychologii nie pokuszę się o samodiagnozę, zdecydowałam się więc nie używać słowa "depresja" - nie chcę go dewaluować. Zostańmy więc przy "chandrze". Jej przyczyn pewnie trochę by się znalazło, ale w mojej pamięci na plan pierwszy wysuwa się jedna, mianowicie mój ówczesny związek z S.
Być może wspominałam już, że Kolega Małżonek nie jest pierwszym cudzoziemcem, z którym się spotykałam. Wcześniej był S. Poznałam go na pierwszym roku studiów, kiedy z kilkoma koleżankami zaangażowałyśmy się w ramach wolontariatu w pomoc zagranicznym studentom, przyjeżdżającym na naszą uczelnię. Leczyłam wtedy złamane serce, a przy okazji cierpiałam z powodu dość zaniżonej samooceny. W pewnym sensie wszystko zaczęło się więc od typowej przygody typu rebound. Jak na taką relację przystało: sprawy rozwinęły się błyskawicznie. Niestety błyskawicznie się nie zwinęły. Byliśmy "razem" (ten cudzysłów niebawem się wyjaśni) przez ponad cztery lata. Po niecałym roku S. zdecydował się szukać szczęścia we Francji, a ja zostałam w Polsce. Ogarnął sobie tam pobyt, znalazł pracę (a potem wiele kolejnych). Mnie przyjechał odwiedzić raz. RAZ. Ja natomiast przez każdy rok akademicki zbierałam pieniądze, uczyłam się francuskiego i przyjeżdżałam do niego co wakacje. Za pierwszym razem na tydzień (prezent od rodziców), później już na miesiąc kursu francuskiego.
Jak może sobie policzyliście, to było jakieś 13 lat temu: roaming był drogi, a internetu w telefonie nie było wcale. Kontaktowaliśmy się więc głównie przez telefon stacjonarny: S. dzwonił do mnie z komórki, ale przy pomocy takich specjalnych kart telefonicznych do połączeń zagranicznych, głównie na numer stacjonarny (bo taniej), raz dziennie na maks pół godziny. Z czasem na krócej bo "był zajęty". On był zajęty, ja natomiast byłam wyrozumiała. Starałam się rozumieć zmagania imigranta w nowym kraju: człowieka bez języka, który nie ma jak wykorzystywać swoich kwalifikacji i musi pracować w knajpach czy na budowie. Prosiłam go o więcej kontaktu, czasu, uwagi, o głupiego smsa od czasu do czasu, a on zawsze powtarzał, że jak tylko zmieni pracę (lub nastąpi cokolwiek innego, tych "jak tylko" miał całkiem sporo), wszystko będzie lepiej. No ale nie było. Kiedy przyjechałam do niego - jak się potem okazało - ostatni raz, większość czasu spędzałam sama. On pracował wtedy w knajpie w porze lunchu i potem wieczorem z przerwą po środku. Jeździłam więc, często dwa razy dziennie, na drugi koniec Paryża, w porze kiedy kończył pracę. To miało na celu zmaksymalizowanie czas jaki spędzaliśmy razem - szkoda tyko, że on głównie gadał wtedy przez telefon. Kiedy teraz to piszę, aż nie mogę uwierzyć jak głupia (nie bójmy się tego słowa), naiwna i zaślepiona byłam. Ta relacja w ogóle bardzo źle wpływała na moje samopoczucie, samoocenę, wiarę w siebie, wciągnęła mnie jak jakieś emocjonalne ruchome piaski (a nawet: bagno), a ja w ogóle tego wszystkiego nie widziałam.
Do tego dochodziła cała masa różnic kulturowych i osobowościowych. Długo tego nie zauważałam, ale S. bardzo lubił mnie kontrolować. Na przykład przez pewien czas sprzeciwiał się moim wyjściom z koleżankami (że niby lepiej żebym się skupiła na studiach). A że pora, kiedy mógł do mnie zadzwonić (pomiędzy zmianami w restauracji) wypadała tuż po zakończeniu moich zajęć na uczelni: naturalnie wracałam od razu do domu - do telefonu. Wieczory spędzałam najczęściej też wypłakując się przyjaciółce na komunikatorze i nasłuchując dźwięku telefonu (który nie dzwonił). Jak możecie się domyślić, moje życie towarzyskie raczej nie kwitło. Z resztą większość moich koleżanek chyba nie za bardzo rozumiała ani ten cały "związek" (no i w sumie miały rację) ani stan psychiczny w którym byłam.
No ale do brzegu.
W końcu przyszedł rok 2010: rok kiedy miałam skończyć studia i wyjechać na 6 tygodni do Paryża, a później w ogóle się tam przeprowadzić. Rok jednak zaczął się od wyjazdu S. do rodzinnego Bangladeszu. Wyjazd się przedłużał, trwał chyba ostatecznie 2 czy 3 miesiące podczas których właściwie wcale nie mieliśmy kontaktu (jakież to typowe). No ale hej, przecież byłam taka WYROZUMIAŁA. Spoiler alert: później odkryłam, że prawdopodobnie w tym czasie zaręczył się (a może i ożenił) z dziewczyną, która cały czas tam na niego czekała.
S. w kocu wrócił, ale nasze relacje i kontakt pozostały na niezwykle marnym poziomie. No i tak to sobie wszystko trwało, aż przyszedł 25 czerwca.
Obroniłam się na 5. I tego dnia coś we mnie pękło. Ten - jakby nie patrzeć - sukces wzmocnił mnie psychicznie na tyle, że w ciągu kilku dni stwierdziłam, że mam dość, że koniec z dawaniem szans i czekaniem na kolejne "jak tylko". Odwołałam wyjazd do Francji i zerwałam. Mailem. Z tego ostatniego nie jestem dumna, ale w tamtym momencie moja świeżo nabyta siła była zbyt delikatna żeby czekać X dni na okazję do dłuższej rozmowy i zmagać się z jego reakcją Która mnie i tak nie ominęła, ale to już temat na inną historię).
(tl;dr) Dlatego właśnie 25 czerwca oznacza dla mnie nie tylko koniec studiów, ale coś dużo ważniejszego - wyrwanie się z mocno toksycznego związku.
Na początku wspomniałam, że będzie dwutorowo. Ale nie martwcie się, nie będzie drugiego kilometrowego eseju. Drugi tor przyjmie formę zdjęć - jako ze nadal większość czasu spędzam w domu (nie wróciliśmy jeszcze do pracy w biurze), podróże stoją pod znakiem zapytania, a pogoda w tych dniach nie rozpieszcza: przeglądam album ze zdjęciami sprzed (dokładnie) roku i wspominam jedno z najpiękniejszych miejsc, w których kiedykowliek byłam. Także proszę bardzo #throwbackThursday #Zanzibar #honeymoon