Goście

piątek, 6 września 2019

Na co zwracać uwagę wchodząc w związek mieszany?

Często spotykam się z pytaniem: na co zwracać uwagę wchodząc w związek mieszany?
Postanowiłam zebrać tu swoje (subiektywne) przemyślenia na ten temat.

Po pierwsze - i jest to najważniejsza zasada, z której wynika wszystko inne - nie zgadzaj się na coś, z czym nie czujesz się komfortowo, albo na co byś się nie zgodziła z Polakiem, w imię różnic kulturowych i tego że potencjalny ukochany jest w innym kraju.
Postukałabyś się w głowę, gdyby poznany na fejsie Grzesiek po 2 tygodniach pisania, oświadczył, że cię kocha i żyć bez ciebie nie może? No to się postukaj, jak mówi Ci to Mohamed. Wyszłabyś za Tomka po kilku(nastu) miesiącach pisania i kilku spotkaniach, bo bez ślubu nie możecie być razem? Zgodziłabyś się na seks, na który nie jesteś gotowa, bo Krzysiek (lat 30+) nigdy jeszcze tego nie robił i tak bardzo tego pragnie? Zgodziłabyś się zmienić sposób ubierania albo krąg znajomych, bo Andrzejowi nie podoba się, że masz kolegów albo, że obcy mężczyźni widzą Twoje nogi?
No właśnie.
Druga rzecz, ważna zwłaszcza przy znajomościach zawieranych przez internet (ale nie tylko!): nie ma co ukrywać, jest wiele osób, które chcą przenieść się do Europy i wydaje im się, że małżeństwo jest na to najlepszym sposobem. Nie jest to rozumowanie pozbawione racji, bo o wizę w ten sposób łatwiej - o karcie pobytu nie wspominając. Dlatego, gdy zagaduje cię nieznajomy z kraju, w którym konieczna jest wiza do Europy, poza standardową ostrożnością, miej na uwadze również, że możesz być celem zakusów wizowca*. Albo: oszusta-naciągacza, bo oprócz panów, którzy marzą o przeniesieniu się do Europy, są też tacy, którym wystarczy wsparcie finansowe na odległość. Chora matka, utrata pracy (albo w ogóle jej brak), kosztowne studia brata, ślub siostry - jeśli takie wątki przewijają się w rozmowach z egzotycznym ukochanym, lepiej mieć się na baczności. O "amerykańskich" żołnierzach w Iraku/Afganistanie, spadkach i tajemniczych funduszach, wysyłanych przesyłką, za której odbiór trzeba pilnie zapłacić, nawet nie będę wspominała.

Skoro już mowa o wizowcach, zatrzymajmy się na chwilę przy kwestiach formalnych, bez których ten gatunek w ogóle by nie istniał. Jeśli Twój wybranek pochodzi spoza UE, prędzej czy później zapewne zetkniesz się z zagadnieniami wjazdowo-pobytowymi. Warto pamiętać o kilku sprawach:
- Wiza to dokument umożliwiający wjazd do danego kraju. Można na jej podstawie w nim przebywać przez okres jej ważności i tyle. Jeśli ktoś chce przebywać w danym kraju na dłużej, konieczne jest wyrobienie pozwolenia na pobyt.
- Jeśli twój luby przebywa poza UE, a wasza znajomość się rozwija, pewnie będziecie chcieli się spotkać. To może oznaczać, że on będzie potrzebował wizy: jeśli ma stałą pracę, środki na koncie itd, nie powinien mieć z tym większych problemów. Natomiast jeśli nie ma, lub też żeby zmniejszyć szansę odmowy, możesz chcieć wystawić mu zaproszenie. Zaproszenie to dokument wydawany (i rejestrowany) w Urzędzie Wojewódzkim. Nie jest on zamiennikiem wizy, ale może być częścią aplikacji o nią. Zanim jednak pobiegniesz go załatwiać, weź pod uwagę, że czyni cię on osobą odpowiedzialną za swojego gościa. Także finansowo, co może wiązać się z pokrywaniem kosztów jego deportacji, gdyby zdecydował się nie wracać zanim wygaśnie mu wiza. Zastanów się trzy razy, zanim weźmiesz na sobie odpowiedzialność za obcą osobę.
- Jeśli twój chłopak już był w Europie, kiedy się poznaliście, to niekoniecznie znaczy, że jego sytuacja jest uregulowana, a ty nie masz się czym martwić. Dlatego w twoim interesie będzie dowiedzieć się, na jakiej dokładnie podstawie przebywa (nielegalnie, wiza, pozwolenie na pobyt czasowy, pozwolenie na pobyt stały). Dopóki cudzoziemiec nie posiada pozwolenia na pobyt stały, będzie musiał co jakiś czas aplikować o kolejne pozwolenia, a tym samym - mieć ku nim podstawy. Trzeba pamiętać, że uzyskanie karty pobytu na podstawie małżeństwa jest stosunkowo łatwe i niektórym jawi się jako najlepsza droga do załatwienia tego problemu. W związku z tym warto mieć oczy (i zdrowy rozsądek) otwarte i dobrze orientować się w sytuacji. A jeśli kręci, ściemnia albo unika konkretów w rozmowie na te tematy: mieć się na baczności.
I tak jak mówiłam: nie musisz godzić się na coś, na co inaczej byś się nie zgodziła (np szybki ślub) dlatego, że ukochany nie może inaczej przyjechać/pozostać w Europie.

No i trzecia sprawa: różnice kulturowe. Już wspominałam, że nie musisz w ich imię robić nic, na co nie masz ochoty, niemniej warto mieć na uwadze, że one pewnie będą występować. I wziąć je na poważnie. Oczywiście to nie jest tak, że są one z góry złe: nowa kuchnia, muzyka, kino, moda, sposoby spędzania czasu, inne relacje rodzinne, inny stosunek do starszych osób itd - wiele rzeczy, które on wniesie do twojego życia może być ciekawych i wartościowych. Do tego dochodzą różnice indywidualne, które mogą sporo neutralizować (lub odwrotnie: zaostrzać).
Jednak to jak to wszystko wpłynie na was i wasz związek, najbardziej zależy od sposobu myślenia, systemu wartości i przekonań każdego z was. Prawda jest taka, że jeden Marokańczyk/Pakistanczyk/Turek drugiemu nierówny (tak samo jak Polak). Z czasem poznasz swojego wybranka lepiej i sama się przekonasz jaki jest. Ale zanim to nastąpi, nie zakładaj, że wiesz co on myśli. Weź pod uwagę, że może mieć zupełnie inne wyobrażenia dotyczące wszystkiego począwszy od modelu rodziny, przez pracę zawodową kobiet, twój styl ubierania się, stosunek do seksu, czy alkoholu, a nawet tego, czy danie sobie buziaka na ulicy jest ok czy nie. Może okaże się, że nie różnicie się tak bardzo (to nasz przypadek), może różnice będą wyraźne, ale dacie radę się jakoś dogadać, każde ustępując po trochu (w końcu każdy związek, to sztuka kompromisu). Może nigdy się nie dogadacie. A może w okienku komunikatora wszystko będzie wyglądało ok, a gdy on już dołączy do ciebie w Polsce (czy gdziekolwiek mieszkasz) okaże się, że czeka was bardzo ciężki okres adaptacji. Zupełnie inny tryb życia, inna mentalność ludzi dookoła, nawet inny klimat, tęsknota za rodziną, stres związany z papierami i z brakiem pracy przez pierwszy okres ich wyrabiania - to wszystko może być poważna próba dla świeżego związku. Nie każdy facet z importu jest w stanie przystosować się do stylu życia w Europie i do europejskiej żony. A ty - powtarzam - nie musisz iść na kompromisy, które kosztują cię za dużo. Jesteście w tym oboje, a różnice kulturowe działają w obie strony bi nie ma żadnego powodu, żeby tylko jedna osoba szła na ustępstwa.

*Wizowiec - potoczna określenie faceta, który wiąże się z kobietą po to aby uzyskać możliwość wjazdu do Europy i zalegalizowania pobytu (na podstawie małżeństwa).

/Fot. Unsplash
Image may contain: outdoor

poniedziałek, 2 września 2019

Ślub (ale nie nasz!!!)

W ostatni weekend byliśmy na ślubie znajomych. Ślub był polsko-niemiecki, para młoda poznała się na studiach we Włoszech, a że oboje pracują w międzynarodowym środowisku: towarzystwo było mocno mieszane. Ku mojej radości - podczas gdy miłościwie nam panujący przygotowywali się do wypowiedzi o pamięci, domaganiu się prawdy i zadośćuczynień - polsko-niemieccy (i inni) goście bawili się w najlepszej komitywie.
Dla Szalonego Naukowca dodatkowo był to pierwszy ślub kościelny. Czytałam ostatnio o niechrześcijańskich partnerach, którzy odmawiają wejścia do kościoła czy to w ramach zwiedzania, czy będąc zaproszonymi na ślub. Przyznam, że byłam w sporym szoku, że komuś takie rzeczy przychodzą do głowy. Serio, rozumiem inne wyznanie i w ogóle, ale przecież nie chodzi o zdradzanie swoich zasad albo swojego boga, tylko udział w uroczystości, która dla kogoś jest ważna.
Całe szczęście, że mój mąż nie ma takich pomysłów.
Tym bardziej, że pan ksiądz zafundował wszystkim - z panną młodą na czele - niezłą niespodziankę. Zanim zaczął kazanie, oświadczył, że skoro jest ona taką "obrotną panieneczką", to na pewno nie będzie miała nic przeciwko z tłumaczeniu na żywo tegoż kazania na język niemiecki i angielski, aby nikt z gości nie uronił ani jednego, cennego słowa.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Mężowskie polowania

Jak pewnie już kiedyś wspomniałam, jednym z hobby mojego małżonka jest polowanie.
Na komary.
Jednak jako zagorzały przeciwnik dyskryminacji, Szalony Naukowiec nie dyskryminuje żadnych owadów: nie znosi ich wszystkich równo.
2 tygodnie temu siedzieliśmy wieczorem przy zapalonym świetle i uchylonym oknie. Dla mnie standard, ale on nagle zerwał się, wskoczył na oparcie fotela i przystąpił do eksterminacji, jednocześnie wygłaszając mało pochlebne komentarze pod adresem osoby odpowiedzialnej za to skandaliczne niedopatrzenie (czyli mnie). Poinformował mnie nawet, że z mojej winy będziemy musieli pomalować sufit, na którym właśnie dokonywał swoich owadobójczych praktyk.

I to wszystko jest ok, przecież wiedziałam o tym jego szaleństwie i nie byłam na tyle naiwna, żeby liczyć, że to się kiedykolwiek zmieni.


To czego się nie spodziewałam, to to, że ten sam człowiek stwierdzi, że marzy mu się dom z ogrodem

niedziela, 18 sierpnia 2019

Nocne przygody

Oglądaj cały wieczór horrory.
Idź spać zmęczona.
Zbudź się nagle w środku nocy słysząc w domu stukoty, szelesty i gwałtowne trzepotanie tuż koło łóżka.
O drugiej w nocy likwiduj przy pomocy odkurzacza pozostałości kociej zabawy z ćmą.

sobota, 17 sierpnia 2019

Nieracjonalne obawy

Wiecie czego się sekretnie (i kompletnie nieracjonalnie) obawiam?
Znacie pewnie te filmy, gdzie ktoś ma wypadek i traci pamięć i nie pamięta swojego partnera. No to ja boję się własnie tego, tylko w wersji upgraded czyli, że Szalony Naukowiec nie tylko zapomina mnie, ale także język angielski (w którym się najczęściej porozumiewamy).
Tak, wiem, że to nie ma sensu, że takie amnezje są niezwykle rzadkie. Ba, wiem nawet, że język jest przechowywany w innej pamięci niż wydarzenia z życia (ale czy języki obce też?) i że ludzie którzy tracą pamięć nadal umieją mówić.
Tylko, ze to niczego nie zmienia

sobota, 10 sierpnia 2019

5 języków milości

Wspominałam już kiedyś o teorii Pięciu Języków Miłości Gary'ego Chapmana? Opiera się ona na tezie, że ludzie różnie wyrażają uczucia, co brzmi jak coś bardzo oczywistego, ale wcale do końca takie nie jest. Autor wyróżnił pięć sposobów na jakie wyrażamy miłość i nazwał je językami. Są to: Physical Touch, Gifts, Quality Time, Acts of Service albo Words of Affirmation, czyli w moim wolnym tłumaczeniu: kontakt fizyczny, prezenty, spędzanie razem czasu, przysługi i deklaracje uczuć (wyznania). Każdy człowiek ma swój wiodący język i nieświadomie zakłada, że to właśnie jest uniwersalny sposób wyrażania uczuć. I wszystko jest fajnie, jeżeli akurat on i ona korzystają z tego języka. Gorzej jeśli ona marzy o kwiatach i czekoladkach albo romantycznej randce we dwoje, a on myje jej samochód, albo chce się poprzytulać. Nic dziwnego, że może dochodzić do nieporozumień.
Jeśli ktoś ma ochotę poznać swój język miłości, darmowy test (po angielsku) jest tutaj: https://www.5lovelanguages.com/ Myślę, że fajnie zrobić go razem z partnerem i porównać wyniki - mogą one być początkiem ciekawej rozmowy.
Akurat niedawno rozmawiałam o książce na ten temat z parą znajomych, która dostała ją przed ślubem od księdza i przypomniało mi się, że kiedyś przywiązywałam strasznie dużą wagę do prezentów (zwłaszcza od chłopaka). Niektórzy by powiedzieli, że miałam na ich punkcie wręcz obsesję. Na swoją obronę dodam, że nie chodziło bynajmniej o jakieś wielkie i kosztowne rzeczy: raczej o takie, w które włożone by było więcej serca, myśli i wysiłku niż pieniędzy. Uszczęśliwiłaby mnie książka ulubionego autora, maskotka z serii, którą lubiłam albo srebrny wisiorek. Czasami jednak czułam się okropną materialistką skupiającą się na przedmiotach, a nie na tym, co w życiu - i związku - ważne.
Ale wiecie co? Wcale nie byłam okropną materialistką. Myślę, że przykrywałam w ten sposób niezaspokojone pragnienie bycia kochaną, ważną i sądziłam (nieświadomie), że prezent je jakoś zmniejszy, jakoś pomoże.
Spoiler alert: w żadnym przypadku to nie zadziałało.
Teraz już wiem, że zadziałać nie miało prawa, bo to w ogóle nie o to w tym wszystkim chodzi.
Szalony Naukowiec jest mistrzem prezentów, chociaż jemu samemu są one prawie obojętne (nie bez powodu z pięciu języków miłości, ten dostał u niego najmniej punktów). Nie żałuje jednak wysiłku, słucha uważnie, a z milionów rzeczy, o których mu opowiadam jakoś potrafi wyłuskać te najważniejsze, które później przekuwa w coś co sprawia mi radość. Swoją drogą większość jego najbardziej udanych pomysłów to wcale nie przedmioty. Na przykład wyprawa do Energylandii, albo przyjęcie-niespodzianka.
A ja? Ja w międzyczasie zgubiłam gdzieś swoją obsesję. Nadal lubię prezenty, ale na luzie i bez spiny.
I tak sobie myślę, że to dlatego, że wreszcie czuję się w 100% kochana i bezdyskusyjnie najważniejsza. I nie potrzebuję przedmiotów, żeby mi to udowadniały, albo żeby maskowały, że tak nie jest.
a Wy lubicie dostawać prezenty?

wtorek, 6 sierpnia 2019

Zanzibar raz jeszcze

W związku z tym, że dziewczyny z Ogarniete.pl wypuściły właśnie wakacyjną serię naklejek z moimi zdjęciami, naszło mnie na wspomnienia. Niesamowite jak ten czas pędzi, aż ciężko uwierzyć, że wróciliśmy miesiąc temu! To był chyba najlepszy wyjazd mojego życia i zdecydowanie polecam Zanzibar w czerwcu, jako kierunek zarówno dla osób, które chcą poleżeć na plaży, jak i tych, które wolą aktywniejszy wypoczynek, zwłaszcza wodny: snorkeling, nurkowanie, kitesurfing, różnego typu rejsy po okolicy, ale także lądowy (wycieczka po dżungli, oglądanie lasu namorzynowego, plantacje przypraw, rezerwaty żółwi, a nawet safari na stałym lądzie itd). A widoki - jak sami możecie zobaczyć - cudowne!
I tak, dobrze widzicie: krowy spacerują po plaży.











poniedziałek, 29 lipca 2019

Zagadka - rozwiązanie

Szalony Naukowiec - mimo, że szalony - jest osobą bardzo stabilną emocjonalnie. Jest także bardzo spokojny i opanowany. Nie daje się ponieść silnym emocjom, nie kłóci się, nie wścieka.
Są jednak takie sytuacje, które wyzwalają w nim zwierzę. Albo wręcz całe zoo. Jedną z takich sytuacji jest pojawienie się na horyzoncie komara.
Powoduje ono, że w mój mąż błyskawicznie rozwija słuch nietoperza, wzrok sokoła oraz refleks pumy i rzuca się na polowanie. Nie straszna mu późna godzina nocna, a żadne meble nie sa przeszkodą. Przeskakuje z łózka na fotel, a fotela na krzesło niczym pasikonik. Dziwne, że nie wdrapał się jeszcze na koci drapak.
Rozwinął też wiele technik polowania: gołą ręką, chusteczką, gazetą... Ale moja ulubiona wygląda tak:
Komar siedzi na suficie.
Szalony Naukowiec staje pod nim, na dowolnej powierzchni, na przykład na łóżku, na którym leży jego laptop.
Bierze książkę oraz chusteczkę.
Kładzie chusteczkę płasko na książce.
Rzuca obiema, pionowo w górę, celując w komara.
Niczym jastrząb nurkuje gwałtownie w powietrzu, aby złapać spadającą książkę.
Co w takiej sytuacji może sie wydarzyć ze wspomnianym laptopem, pozostawiam waszej wyobraźni.

Zagadka

Co robi Szalony Naukowiec o 1 w nocy z niedzieli na poniedziałek?
Podpowiem, że potrzebuje do tego wszystkich świateł w pokoju oraz drabiny.

środa, 24 lipca 2019

Tęczowo, ale bardzo poważnie

Nie planowałam wypowiadać się na ten temat, ale na fali dyskusji, które widzę w internetach po wydarzeniach z Białegostoku postanowiłam podzielić się jednak refleksją.
Mianowicie: mam alergię na tekst jestem tolerancyjny, ale... albo: nie mam nic do <tu wstaw jakąś grupę>, ale...
Jak to powiedział któryś bohater Gry o Tron: wszystko przed "ale" to horseshit. A jak powiedziała postać w jakimś filmie "Every but has an asshole in the middle" (mam nadzieję, że wszyscy znają angielski, bo ciężko mi przetłumaczyć tę grę słów).

Serio, dostaję wysypki czytając takie rzeczy jak:

Jestem tolerancyjna, ale to <parada równości> to już przesada
Jestem tolerancyjna, ale to co się dzieje na tych paradach jest nienormalne
Jestem tolerancyjna i nie zaglądam nikomu do sypialni, jednakże takie przemarsze wprawiają mnie w obrzydzenie
Nie mam nic do homoseksualistów, ale niech nie wyciągają swojej orientacji publicznie
Nie mam nic do tych ludzi, niech robią w łóżku co chcą ale nie epatują tym publicznie
Dlaczego ludzie heteroseksualni jakoś nie demonstrują swojej orientacji na ulicach?
Każdy ma prawo żyć jak chce ale nie ma prawa wpychać tego innym w oczy.

Nie wiem jak wy, ale ja swoją orientację demonstruję na ulicy. Za każdym razem jak idę ulicą z mężem: trzymamy się za ręce, idziemy objęci, całujemy się. Często widzę pary zachowujące się podobnie. Nigdy jeszcze nie widziałam pary facetów trzymających się za ręce na ulicy - poza paradą równości. Mogę zliczyć na palcach jednej ręki, ile razy widziałam dwie dziewczyny trzymające się za ręce. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego i jaki to ma związek z paradami?

Parady równości to (jak sama nazwa wskazuje) parady, które promują równość i akceptację i prawa (np do zawierania małżeństw) osób LGBT, ogólnie prawa mniejszości, a także wyrażają sprzeciw przeciwko dyskryminacji. Pojawiają się postulaty takie jak: ochrona przed przestępstwami z nienawiści, edukacja seksualna, otwartość względem uchodźców i obcokrajowców, zaostrzenie kar za przemoc wobec zwierząt. Parady równości odbywają się najczęściej w czerwcu, na pamiątkę wydarzeń w nowojorskim klubie Stonewall z 1969 roku, które dały początek Gay Liberation Movement - ruchowi społecznemu na rzecz praw i równości LGBT.
Co się dzieje na paradzie? Z moich obserwacji wynika, że gra głośna muzyka, a poubierani kolorowo ludzie idą ulicami, skandują różne hasła, śpiewają. Wszyscy się śmieją i dobrze bawią. Z tego, co czytam w internecie uczestnicy stoją z pół gołymi tyłkami, piją, liżą się, ocierają o siebie, niemalże bzykając. Nie zauważyłam, ale w końcu widziałam tylko dwie czy trzy parady w Warszawie, może gdzie indziej dzieją się i takie rzeczy. Internet równie chętnie pokazuje jak gorszące i niestosowne - obok zachowań - są stroje uczestników. Wczoraj na przykład widziałam zdjęcia przedstawiające mężczyzn w szpilkach/kozaczkach na szpilkach, kabaretkach i mini albo różowo-czarnym body (coś w stylu strojów w teledysku do piosenki Lady Marmalade - nic szokującego w popkulturze), albo szpilkach i jednoczęściowym kostiumie kąpielowym. W obu przypadkach z masą kolorowych baloników przypiętych do pleców.
Doprawdy nie rozumiem zgorszenia. Latem zaobserwowanie "pół gołego tyłka" na ulicy dużego miasta (nie mówiąc o kurorcie nadmorskim) nie jest problemem: pełno dookoła dziewczyn w mini i szortach z których wystają pośladki. Widok osoby pijącej alkohol albo całującej się pary także nie jest niczym rzadkim. Nie wspominając o tym, że kobieta w mini, kabaretkach i szpikach kompletnie nikogo nie gorszy, a w wielu wywołuje zgoła odwrotne reakcje. No ale przecież po co starać się zachować obiektywizm i mierzyć ludzi równą miarą?
Nie wiem czym te skandaliczne przebrania z Parady tak naprawdę się różnią od strojów na karnawale w Rio, gdzie kobiety w ozdobnych bikini lub body, chodzą na szpilkach z pióropuszami przyczepionymi do pleców/tyłków.
A tak naprawdę to wiem: na wpół goła kobieta to widok kompletnie akceptowany społecznie, zwłaszcza jeśli jest ładna i zgrabna. Na wpół goły facet, dodatkowo jeszcze w stroju typowym dla płci przeciwnej, najwyraźniej budzi zgorszenie. A tak naprawdę różnica jest wyłącznie estetyczna.

Ale spoko, każdy ma prawo mieć swój gust i nie wszystko wszystkim musi się podobać. Mnie też nie zawsze podobają się ubrania osób, które widuję na ulicy. Na przykład opięta na wielkim, piwnym brzuchu bokserka aka (koszulka na Ferdka Kiepskiego) spod której wystaje busz wilgotnych od potu włosów. Wiecie co wtedy robię? Patrzę w inna stronę. Nie idę do internetu pisać nie mam nic przeciwko Januszom ubranym tak i tak, ale niech nie epatują swoim mięśniem piwnym na ulicach. Gdyby Janusze od mięśni piwnych zorganizowali sobie demonstrację, po prostu bym na nią nie poszła.

Ten cały przydługi tekst w zasadzie zmierza do tego:

Nie muszą Ci się podobać parady. Nie musisz w nich uczestniczyć. Ale wypowiadając się na ich temat nie trać z oczu tego o co naprawdę chodzi. Środki wyrazu - czasem źle dobrane, czasem specjalnie przesadzone żeby zwrócić uwagę, czasem po prostu niesmaczne - to tylko środki wyrazu. To co się liczy tak naprawdę to przesłanie, które mają wyrażać. Ta równość której nie ma: ani w świetle prawa ani w postawach ludzi. I to żeby mój albo twój kolega, brat albo syn mógł iść ulicą za rękę z osobą, którą kocha, tak jak Ty możesz - bez obawy że zaraz ktoś go zaatakuje słownie albo fizycznie.
PS. Ktoś mógłby zapytać dlaczego w ogóle tak się angażuję w ten temat. Odpowiedzi są dwie:
1. Bo uważam że to właściwe.
2. Bo posiadając męża imigranta i Araba* rozumiem, co to znaczy czuć sie niepewnie trzymając partnera za rękę na ulicy. Wiem jak to jest czekać na swój przystanek, żeby wysiąść z tego autobusu, gdzie pijane Sebki szukają zaczepki i kwestią czasu jest, kiedy ich uwaga skupi się na nas. I wiem, że być może jestem następna w kolejce. I że jak nie powstrzymamy tej fali nietolerancji i nienawiści, pewnie kiedyś sama usłyszę "Nie mam nic przeciwko związkom mieszanym, ale niech zachowają to do sypialni a nie pokazują się publicznie".

* no, nie do końca, ale zaokrąglę go do Araba na potrzeby retoryki.